Skip to content
Artwork for Akademia Płodności

Akademia Płodności

Akademia Płodności

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.

Play
  • 28 episodes
  • weekly
  • Avg 32 min
  • Polish
Counted on this page — what you have heard stays on this device, so it is not something the list can be paged by.
  • Thursday · 28 min

    #117 Kiedy jedna ma dzieci, a druga się stara

    W tym odcinku wracamy do początków, kiedy jedna z nas była już mamą, a druga wciąż nie wiedziała, czy kiedykolwiek nią zostanie. Rozmawiamy o tym, jak pracowało nam się po dwóch stronach niepłodności, co potrafiło zaboleć i dlaczego w tej relacji najważniejsze okazało się wzajemne wyczucie. Plan odcinka Początki Akademii Płodności, dwie osoby w dwóch różnych miejscach Jak pracować razem, kiedy jedna ma dzieci, a druga wciąż się stara Co naprawdę triggerowało nas podczas niepłodności Dzieci bliskich, ciąże i poczucie bycia pomijaną Czy można być specjalistką od płodności i samemu nie móc zajść w ciążę? Jeden komentarz, który został w głowie Zosi na lata Przeprosiny po wielu latach i historia kobiety, która napisała ten komentarz Co by było z Akademią, gdyby starania Zosi trwały kolejne lata? Jak robiłyśmy sobie nawzajem miejsce na zupełnie różne doświadczenia Wróżenie z obrączki, „dobra wiedźma andrzejkowa” i granice dobrych intencji Test ciążowy, beta i dzień, w którym obie byłyśmy wyjęte z życia Dlaczego czasem ważniejsze od dobrych rad jest wyczucie momentu Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania: Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. Zosia: Cześć, na majku. Na majku znowu Ania i Zosia. Wrócimy sobie dzisiaj wspominkami do czasów, w których zdecydowałyśmy się razem tworzyć Akademię Płodności i byłyśmy w dwóch światach. W sensie: Ania była człowiekiem, który miał już dwójkę dzieci, a ja byłam człowiekiem, który wciąż o te dzieci walczył i nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie je miał. I zdecydowałyśmy się otworzyć miejsce w sieci, które będzie dedykowane osobom starającym się o dziecko i będzie te osoby zrzeszać, będąc po dwóch stronach barykady. Jedna dokładnie wiedziała, z czym się wiąże niepłodność, bo przeszła to całe doświadczenie, ale finalnie wygrała. A druga była jeszcze w trakcie i nie wiedziała, co przyniesie kolejny rok, kolejne lata, może kolejny zakręt. Jak to było? A w ogóle samo takie pytanie: „Jak to było?”, prawda? To było kiedyś pytanie od jednej z obserwatorek. Zostawiłyśmy chyba takie Q&A przed nagrywaniem podcastu. Wiecie, że ten podcast nagrywamy już sześć lat? Niesamowite to jest, co? Ania się nie uśmiecha. Więc w jednym z tych odcinków, które były kiedyś, dziewczyny pytały właśnie o to, jak nam się pracowało, kiedy jedna miała dzieci, a druga wciąż się o nie starała. Ja trochę pamiętam. Ania: Ja też pamiętam. Pamiętam moje wszystkie rozkminy, bo wiedziałam, co siedzi w twojej głowie. Miałam podejrzenie, że wiem, co siedzi. Wiadomo, ty sama najlepiej wiesz, co w niej siedzi. Natomiast patrzyłam trochę przez swoją kalkę i swoje doświadczenia, bo ja na przykład bardzo źle się czułam w towarzystwie dzieci. A może nawet nie wszystkich dzieci, bo to dotyczyło dzieci wśród bliskich znajomych, wśród osób, z którymi gdzieś tam zaczynaliśmy. Jest pewna rywalizacja: kto pierwszy, kto… Czyli pojawiające się dzieci w rodzinie i wśród bliskich. Przy nich czułam się tak, jakby moja pozycja była jakoś… Czułam się oceniana. Ale wśród obcych dzieci wcale tak nie było. Po prostu te dzieci były. Nie powodowało to we mnie jakiegoś żalu. Natomiast obawiałam się tego, że ja jestem już tą twoją laską z otoczenia. Tą laską, przy której ty będziesz się chciała jakoś… No właśnie, jak tworzyć Akademię? Skoro pierwsze nasze spotkania były u mnie w domu, gdzie były rzeczy związane z macierzyństwem, gdzie był, nie wiem, mały stolik do jedzenia… Zosia: Były malutkie dzieci na początku. Ania: Były malutkie dzieci, które też nam towarzyszyły. I zastanawiałam się: jak będziesz się czuła? Gdzie ty jesteś? Co mogę zrobić, żeby to funkcjonowało? Bo bardzo chciałam, żebyśmy stworzyły coś razem. Zosia: Najpierw to miały być cztery jakieś wpisy na bloga, przypominam. Taki był pomysł wstępny. I siedzisz i nawijasz ze mną na majku szósty rok, a Akademia zaraz dekadę świętuje. Ale taki był plan, żeby to były najpierw jakieś tam wpisy na bloga. Ania: Tak było. A widzicie, jak miłość się podlewa, to co się dzieje. Natomiast właśnie zastanawiałam się, jak… Musiałam się najpierw wyczuć. O, może tak. Pamiętałam siebie jeszcze tak niedawno, bo to było świeżo po zakończonych drugich staraniach. Więc ja jeszcze doskonale czułam to wszystko na sobie i ten oddech niepłodności na plecach. Doskonale wiedziałam, że najpierw muszę się nauczyć tego człowieka. Zosia: Tego człowieka. Ania: No. Tego, jak czujesz, co czujesz, co będzie dobre, jak mówić. Trochę tak otworzyłam się na naukę tego, żeby to jakoś funkcjonowało. Nie chciałam być tą laską, co jest po drugiej stronie i już zapomniała o wszystkim, jak to było. Chciałam, żebyś ty się dobrze czuła w tym wszystkim. Zosia: No i pewnie dlatego to siadło. Ja też nie miałam tak jak ty, czyli mnie nie triggerowały dzieci z bliskiego otoczenia tylko dlatego, że były w bliskim otoczeniu. Triggerowało mnie to, kiedy ja byłam pomijana. Jak już ludzie z mojej najbliższej rodziny wiedzieli, że my się staramy o dziecko i to nie wychodzi, to pewnie z takiej inicjatywy, żeby nas uchronić, nam się o pewnych rzeczach nie mówiło. Więc dowiadywaliśmy się gdzieś od kogoś, jako ostatni. I to było dla mnie najgorsze, bo ja wtedy nie czułam się zaproszona do tego świata. A jeśli ktoś był w stanie mi o tym powiedzieć, to owszem, było mi przykro, ale nigdy nie było takiego poczucia, że ktoś mnie tam nie chce. Rozumiesz? Że ja nie pasuję. Ja w ogóle nigdy nie miałam problemu z twoimi dziećmi. Trochę traktowałam je tak, jakby to była moja przepustka do tego świata wygranej. Wiesz, skoro jesteś ty – laska, która zajmuje się tym tematem, ty już wtedy prowadziłaś bloga, więc ja cię znałam od tej strony specjalistycznej wiedzy – i ty byłaś po tej drugiej stronie, to patrzyłam na twoje dzieci jak na flagę wbitą na Mount Everest. A ja teraz trochę muszę znaleźć wskazówki, jak na ten mój wejść i jak postawić flagę na swoim. I od ciebie trochę czerpać wiedzę: którędy, którym podejściem, jak to zrobić, gdzie butla z tlenem. Rozumiesz? Więc chyba dlatego było mi łatwiej i nigdy nie miałam tak, że byłam zazdrosna o twoje dzieci. Natomiast miałam takie myśli: co będzie, jeśli moje starania przedłużą się jakoś tak bardzo? Jakbym nie miała tych dzieci, nie wiem… Akademia by trwała, a ja byłabym na przykład staraczką z piętnastoletnim stażem. Czy ja to po prostu dźwignę? I to w ogóle nie chodziło o twoje dzieci. Chodziło o to, czy będę potrafiła nie zwątpić w siebie jako specjalistę. Pamiętam, że głównym takim czynnikiem, który spowodował zwątpienie w siebie, był komentarz pewnej laski, która napisała gdzieś pod naszym postem – to było na Facebooku, prawda? I to do mnie dotarło. Ty próbowałaś, pamiętam, żebym ja tam nie wchodziła, żebym tego nie zobaczyła? Ania: To było gdzieś na Fejsie? Nie, nie, nie usunąć. Tylko odpowiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Trochę pokazać, jak rozumiemy ten komentarz. Zosia: „Co to za dietetyczka od płodności, która sama w ciążę zajść nie umie?”. Jakoś tak, nie? Nie wiem, czy oddam go w stu procentach, ale podejrzewam, że był mielony w mojej głowie tyle razy, że w dziewięćdziesięciu procentach był dokładnie taki. Prawda jest też taka, że jak weszłam już w to miejsce, gdzie ten komentarz został zostawiony, to tam była masa wiadomości od innych dziewczyn, które mega stanęły w mojej obronie. Ta społeczność wtedy była bardzo wspierająca. Było mnóstwo takich laurek, kwiatuszków dla mnie, które mogłam pozbierać i zapakować nimi plecak na dalszą drogę. Ale ja tak mam, że jeden negatywny komentarz potrafił się wkręcić w moją głowę na tyle mocno, że to mnóstwo laurek nie potrafiło go zrównoważyć. Nawet jeśli na co dzień potrafiło, to przychodziły momenty zwątpienia, kiedy przypominałam sobie o nim i myślałam: kurde… Niby wiesz, że to jest nieprawda, a jednak w tych momentach zaczynasz w to wątpić. Więc to było ze mną długo. Kroczyło ze mną w trakcie tego wszystkiego i myślałam sobie: co będzie, jeśli czas starań będzie się wydłużał? Co, jeśli będą osoby, które dalej będą tak myśleć? Bo zdecydowałam się o tym powiedzieć, podzielić się tym i w pewien sposób kroczysz wtedy drogą niepłodności na oczach ludzi. Oni wiedzą, że ty się starasz, więc obserwowane są też wyniki tego procesu. Rozumiesz? Ania: Myślę, że niektórym ciężko byłoby to zrozumieć i oddzielić. Przypomniało mi się, jak napisała do nas w tym samym czasie, jeszcze zanim ty byłaś mamą, dziewczyna, która zajmowała się fizjoterapią uroginekologiczną. To też jest super puzzel, jeżeli chodzi o płodność, i polecamy Wam obejrzeć nasze odcinki na ten temat. Napisała, że nie ma w sobie odwagi mówić o tym, że fizjoterapia uroginekologiczna, czyli to, w czym się wykształciła i wyspecjalizowała, może wspierać płodność, ponieważ ona sama stara się o dziecko. Bardzo podziwiała ciebie, że zdecydowałaś się o tym powiedzieć, jednocześnie mówiąc, że zajmujesz się jednym z puzzelków, które mogą wpływać na płodność. Ona też miała swoich pacjentów, u których przełożyło się to na poprawę, ale nie potrafiła powiedzieć, że sama się stara, bo bała się właśnie tego, że skoro nie potrafi pomóc sobie, to w oczach innych będzie słabym specjalistą. Że się nie zna. Że to, co robi, jest o kant dupy potłuc. No bo: „Sobie nie umiesz pomóc, to jak ty masz pomóc mi?”. Zosia: To prawda. Dlatego to są trochę dywagacje, ale pamiętam, że bardzo bałam się tego, że jeśli to miałoby się przedłużyć, to może jednak ten głos rozsądku, który mówi mi: „Zosin, to, co masz w głowie i twoja wartość, nie zależy od tego, czy będziesz mamą, czy nie. Możesz być super specjalistą, mierząc się jednocześnie z niepłodnością. To nie od tego, ile artykułów naukowych przeczytasz, zależy, czy uda ci się zajść w ciążę” – że ten głos będzie coraz cichszy. Bałam się, że kiedyś bardziej do głosu dojdzie ta druga strona. Bo to był jeden komentarz. Jedna zadra w serduszku. Ale gdyby na przestrzeni lat pojawił się kolejny, potem dwa kolejne, potem pięć – czy to nie byłyby takie małe gwoździki do trumny, które by to po prostu pogrzebały? To nie ty byłaś triggerem. Nie to, że ty masz dzieci. Na projekcie Akademia Płodności nigdy nie postawiłam znaku zapytania, natomiast często zastanawiałam się: co by było, gdyby? Już nawet z perspektywy tych lat siedzę sobie teraz z tobą i zastanawiam się, czy dalej byśmy tutaj siedziały i tworzyły to miejsce, gdybym ja nie zaszła w ciążę i nie spełniła tego marzenia. Nie wiem, gdzie bym skręciła swoją głową, w jakie meandry. Gdzie bym uciekła. Jak wiesz, podczas tej ucieczki prawie rozwiodłam się z mężem. Nie wiem, czy nie próbowałabym po prostu znaleźć czegoś dla ratunku, jakiegoś wentyla bezpieczeństwa dla swojej głowy. Swoją drogą, to jest bardzo dobry moment, żeby Wam opowiedzieć – nawiązując do tego komentarza – że ta sprawa w głowie tej dziewczyny również ma swoją kontynuację. Ile lat temu mógł być zostawiony ten komentarz? Aniusia, kiedy to mogło być? Ania: Dziewięć lat temu. Zosia: To jest takie strzelanie. To mogło być dziewięć, mogło być osiem. To były początki Akademii, ale też nie tak, że pierwszy miesiąc, prawda? Miałyśmy już społeczność. Ania: Miałyśmy społeczność, dokładnie. Zosia: Więc musiałyśmy już trochę nad tym pracować, żeby te dziewczyny były. Ania: Były już po warsztatach, bo to były chyba też warsztatowe dziewczyny. Zosia: O, bardzo możliwe. Czyli to wcale nie było tak bardzo wcześnie. Chcę Wam opowiedzieć anegdotkę. Bardzo niedawno, bo to jest sprawa sprzed mniej więcej miesiąca na dzień, kiedy nagrywamy ten podcast, na moją prywatną instagramową skrzynkę – nieakademiową, tylko na moim Zosinowym publicznym profilu – wpadła wiadomość. Na początku nie bardzo wiedziałam, gdzie mam ją sobie umiejscowić. Jak zaczęłam czytać, dopiero po chwili złapałam, kto do mnie pisze i z kim rozmawiam. Odezwała się do mnie ta dziewczyna, która wtedy zostawiła komentarz: „Co to za dietetyczka od płodności, która sama w ciążę zajść nie potrafi?”. I zobaczcie, po ilu latach. Ona pamiętała, że zostawiła ten komentarz i miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Finalnie, po tych ośmiu czy dziewięciu latach, przeprosiła mnie za to. Pozwolę sobie przeczytać Wam teraz tę wiadomość: „Cześć, chciałam Cię przeprosić za kiedyś zostawiony komentarz, którego już dawno nie ma. Nie wiem, czy o nim ciągle mówisz, czy pewnie też były inne, ale pamiętam, dawno temu dziwiłam się, jak dietetyczka płodności sama nie może zajść w ciążę. Od razu na mnie inne dziewczyny naskoczyły i po chwili usunęłam komentarz. Na moją obronę chcę powiedzieć tylko, że to było trochę dziwne, bo tak jak ja na przykład – taki przykład – mówiłabym, że moje metody uspokoją reaktywnego psa i rzeczywiście te metody by uspokajały psy, ale moich własnych nie umiałabym wyciszyć moimi własnymi metodami. Tak pamiętam, że myślałam. Czułam się też strasznie źle psychicznie. Nie chcę się bronić. Nie po to piszę te przeprosiny. Rozumiem, że Cię zraniłam. Jesteś też pewnie bardzo wrażliwą osobą. Ja też jestem. Ale Tobie w końcu udało się zajść w ciążę. Mi mimo modlitw, diet i operacji nie udało się. Choć lekarze twierdzą, że to możliwe. Minęła już dekada starań i powoli akceptuję to, że nigdy się nie stanie. Wybacz proszę”. I w sumie nie wiem, co bardziej mnie teraz uderzyło. Czy to, że w głowie tej dziewczyny to siedzi. Że zostawiła gdzieś totalnie anonimowo ten komentarz. Przecież ja nawet nie kojarzę tej osoby, nie potrafię skojarzyć jej z twarzą. To może być każdy. Czy to, że wtedy tak mnie to ruszyło. Minęło już tyle czasu. Ja nigdy nie miałam personalnie żalu do tej laski. Bardziej wpływało to na moją samoocenę. I teraz też nie mam. Nie czuję, żebym miała cokolwiek wybaczać. Ale niesamowite jest, jak niepłodność potrafi przetyrać człowieka i jak długo to potrafi trwać. Jak potrafi działać takim mieczem obosiecznym. Z jednej strony piszesz coś, żeby może sobie ulżyć, z drugiej trochę czegoś nie rozumiesz, a potem przez tyle czasu masz wyrzuty sumienia i decydujesz się napisać taką wiadomość. Po tylu latach prowadzenia Akademii Płodności i obcowania z osobami, których na co dzień dotyka niepłodność, wciąż jest dla mnie szokujące, zaskakujące i nieodkryte, jak te meandry niepłodnej głowy działają. Chciałam to zostawić jako anegdotkę, bo myślę, że jest warta wspomnienia. Ale nie odpowiemy na pytanie: co by było, gdyby? Co prawda nie jest ono tytułem tego odcinka, ale pytanie „co by było, gdyby?” często padało. Jak nam się pracowało – jesteśmy w stanie powiedzieć. I chyba w tym wszystkim wytworzyłyśmy sobie warunki pracy bezpieczne dla każdej z nas. Ania: Chyba to było kluczem, że jedna i druga zrobiła dla siebie nawzajem przestrzeń. Ja po prostu czułam, że ty mnie bierzesz taką, jaką jestem i czułam się przy tobie dobrze. Jednocześnie miałam z tyłu głowy, że może nie będzie dobrym pomysłem, kiedy ty masz znowu nieudany test ciążowy, mówić ci: „Jak to się nie wyspałam w nocy, bo trzeba było wstawać do dzieci”. Może to nie był ten czas. Starałam się to gdzieś wyważyć. Natomiast zawsze czułam, że jak przyjdę do ciebie i będę płakać z jakiegoś powodu, to ty nie powiesz: „Ty to masz problemy”. Że mnie z tym nie odrzucisz. Więc może to było kluczem, który pozwolił nam przetrwać, jakoś się odnaleźć i dogadywać w tym czasie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś komuś umniejsza. Ale też sytuacji, w której mamy się spotkać, a ty już wiesz, że spotkanie ze mną czy przyjazd do mojego mieszkania będzie sprawiał, że będziesz się denerwować. Że będziesz czekać na jakiś niezamierzony atak. Zosia: Rozumiesz, że te spotkania były… Ania: W takiej serdecznej atmosferze, czy pracowe, czy nie. Jakoś się po prostu dogadałyśmy. Zosia: To prawda. Jakoś tak wyszło. Ale wiesz co? Uważam, że była jedna pojebana akcja. Jedna pojebana akcja na maksa: jak wróżyłaś mi obrączką, ile będę miała dzieci. To była pojebana akcja. Tylko wspomnę. Ania: To była jedna pojebana akcja, w której ja bardzo potem poległam. Zosia: Tylko badania naukowe, ale to była zabawa. Bawiłyśmy się kiedyś. Ania się bawiła moim włosem, moją obrączką. Ania: Ja tak słucham… Zosia: Ale co chcę powiedzieć? Przepraszam. Ania, uspokój się. Takie coś miało miejsce. To jest głupia akcja. Już to określiłyśmy dosadnie. Cichutko. Chcę tylko powiedzieć, że jak coś tam z tego wyszło, to ja sobie pomyślałam: „Jezu, Boże, a jak to prawda?”. I później często łapałam się na tej myśli. Wiedziałam, że to jest irracjonalne, ale: „A jeśli to będzie prawda?”. Kluczem było to, że nigdy więcej takich porąbanych akcji nie było. I na przykład jak miałaś porąbaną akcję typu: „Mam przeczucie, że Zosin będzie w ciąży”, to wysyłałaś to sama sobie na swoim własnym Messengerze, żeby mieć potwierdzenie, że miałaś sen, że ja będę w ciąży. I to się, kurna, sprawdziło. To było porąbane, ale ty mnie tym nie triggerowałaś. Nie wysyłałaś do mnie durnych wiadomości typu: „Zosin, śniło mi się, że będziesz w ciąży i ty będziesz”. Bo to byłoby, myślę, chore. Tylko sama sobie to wysyłałaś, a ze mną dzieliłaś się tym po czasie, na zasadzie: „Zobacz, jestem wiedźmą, ale nie bój się, nic ci nie zrobię. Jestem dobrą wiedźmą”. Myślę, że to też było ważne, że czarowałaś sobie w swojej własnej kuli i nie mówiłaś mi tego. Bo w momencie takiego wyczulenia i bycia tak receptywną na te rzeczy mogłabym bardzo się tym sugerować i traktować to trochę jak obietnicę. Rozumiesz? Kurde, tobie się przyśniło, ty masz przeczucia, a w sumie często masz dobre przeczucia. No to może… A jakby nie wyszło, to co? I z finalnym testem ciążowym, z którego jest moja pierwsza córeczka – jak ci go wysłałam, byłam pewna, że to jest kolejny test, który mnie oszukał. Bo miesiąc albo dwa wcześniej robiłam test ciążowy – ja go w ogóle mam, nie wiem po cholerę, ale mam – który pokazał taki włosek drugiej kreski. Teraz widać, że coś jest nie tak z tym testem, ale ja wtedy nie wiedziałam. I finalnie, jak wyszedł ten pierwszy test z moją pierwszą córeczką, to myślałam, że to jest znowu to samo. A ty już wiedziałaś, że nie, i kazałaś mi iść na betę. Chwała Bogu, jeszcze za mnie tę betę sprawdzałaś, bo już nie było życia wtedy. Jezu, ja też się denerwowałam strasznie i tak się cieszyłam, że ty tam siedzisz i to odświeżasz. Obydwie już byłyśmy wyjęte z życia na ten dzień, prawda? Ania: Pamiętam to. Zosia: Ania jest zszokowana wspomnieniami. Tak, była prawda. To była prawda. I to nas uchroniło, uważam. Pozostałaś wiedźmą w swojej własnej głowie. Ania: Tak. Ja czasami też tak mam. Anegdotka malutka. Pamiętajmy: tylko badania naukowe, ludzie. To tylko w ramach ciekawostek. Zosia: Lubimy takie rzeczy, ja chętnie posłucham. Ania: Czasami mam tak, że przypomni mi się jakaś osoba, na przykład któraś z naszych obserwatorek. I czasami po roku się do niej odezwę. Różnie. I bardzo często jest taki moment: „Ściągnęłam cię myślami”, „Akurat tego potrzebowałam”. To jest niesamowite. Ktoś mi przyjdzie do głowy tak randomowo, naprawdę nie wiadomo dlaczego. Zosia: I ja tak sama z siebie napisałam do ciebie na tym Instagramie? Ania: Tak. Zosia: Nigdzie mnie nie wyczarowałaś? Nie wymanifestowałaś? Ania: Nie, nie. Zosia: Dowiem się kiedyś. Powiesz mi. Ania: Może w notatniku mam tam coś zapisane. Zosia: Dobra, to umówmy się, że na dwudziestolecie coś mi zdradzisz. Jakiś kolejny kąsek. Możemy? Doczekam może. Ania: Może, może. Zobaczymy. No dobrze. Myślę, że to, że doświadczyłam niepłodności, sprawiło, że siedzimy tu razem. I nie tylko dlatego, że obie wiedziałyśmy, czym ona jest. To wzajemne zrozumienie pozwoliło nam razem współpracować. Bo wiemy, że w pracy dziewczyny są w różnych sytuacjach. Masz dziewczynę, która jest w ciąży. Masz dziewczynę przy biurku obok, która urodziła. Masz dziewczynę, która jest już matką, albo sama stara się o dziecko, albo jest właśnie w swojej wymarzonej ciąży. Więc wydaje mi się, że stworzenie takich dobrych warunków, dostosowanych do konkretnego człowieka, i to, że po prostu widzisz tego drugiego człowieka, sprawiło, że mogłyśmy to pociągnąć. Czy udałoby się w kolejnym roku, kolejnym i kolejnym? Nie wiadomo. Natomiast wtedy po prostu wydaje mi się, że piknęło. Ja lubiłam się z tobą spotykać. Zosia: W czasie przeszłym. Ania: Nie no, teraz też lubię. Ale wiesz, nie czułam tej bariery między nami. Owszem, gdzieś tam z tyłu głowy pilnowałam tego, żeby być raczej wsparciem. Jeżeli ty płaczesz, to ja jestem obok. Jeżeli mam ci powiedzieć o czymś ważnym dla mnie, co może ci w tym momencie sprawić przykrość – powiem ci za tydzień. Wiem, że nawet jeśli dzisiaj nie ma na to miejsca, to za jakiś czas ono będzie. Tylko może nie teraz. Więc to wyczucie czasowe sprawiło, że te live’y o drugiej w nocy były fajne. Super się robiły. Zosia: Dobrze. To jest druga rzecz, o której nie chcemy wspominać w tym podcaście ani nigdy. Błędy młodości i głupie rzeczy, które robiłyśmy. Ania: Rozgadałyśmy się. Zosia: Tymczasem kończymy ten odcinek. Zostawiamy Was z przemyśleniami a propos zostawiania przestrzeni na różne momenty w życiu ludzi. Te życia są po prostu odmienne i chyba chodzi o to, żeby znaleźć taki kącik dla siebie w każdym z nich. Bo mogą też być ludzie, którzy w ogóle nie robią dla ciebie miejsca. Chyba dlatego w niektórych relacjach czujemy się tak dobrze, a w innych czujemy, że nigdy nie jest odpowiedni moment, odpowiedni czas ani odpowiednie miejsce, w które można się wlać jak woda w naczynko. Zostawiamy Was na kolejny tydzień i wracamy do Was za… Ania: Tydzień! Zosia: Do usłyszenia! Artykuł #117 Kiedy jedna ma dzieci, a druga się stara pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • October 2 · 35 min

    #116 Nasze wyniki badań podczas starań

    Podczas starań łatwo wpaść w ciąg kolejnych badań, bo każde z nich daje nadzieję, że w końcu dowiemy się, dlaczego nie wychodzi. W tym odcinku wracamy do naszych wyników, badań robionych na własną rękę i zastanawiamy się, co dzisiaj zrobiłybyśmy inaczej. Plan odcinka Dlaczego podczas starań robiłyśmy tyle badań Badania robione na własną rękę Nadzieja, że kolejny wynik w końcu da odpowiedź Co zrobić z wynikiem, którego nie umiemy zinterpretować Insulinooporność Zosi i wynik insuliny, który był kubłem zimnej wody Badania znalezione na grupach i forach internetowych Jak znaleźć lekarza, któremu naprawdę można zaufać Kiedy warto zasięgnąć drugiej opinii Pierwsze badania Ani: progesteron, LH, FSH i badanie nasienia Dlaczego wynik badania nie zawsze jest wyrocznią Drożność jajowodów jako długo wyczekiwany etap diagnostyki Co z dzisiejszej perspektywy zrobiłybyśmy inaczej Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY ANIA 00:00:00 Cześć, tu Ania i Zosia. ZOSIA 00:00:01 Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. ANIA 00:00:25 Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym wideokaście, podkaście. Jest z nami Zofia. ZOSIA 00:00:30 Jest z nami Anna. ANIA 00:00:32 I dzisiejszy temat odcinka to… ZOSIA 00:00:36 Nasze wyniki badań podczas starań. Co wtedy o nich myślałyśmy, a co wiemy dzisiaj? Fajny temat rzeka, dlatego że badań podczas starań robi się dużo. Bardzo. I ja robiłam ich dużo — potrzebnych i niepotrzebnych. Bo one, wydaje mi się, dają ci takie trochę poczucie… może nawet nie kontroli, ale takiego osadzenia się, w którym miejscu jestem. Rozumiesz? Jak bardzo jest przekichane i jak bardzo jednak nie odbiegamy od normy. Jak bardzo się do tego przywalać. A jak jednak tutaj wszystko gra, no to szukamy gdzie indziej. ANIA 00:01:16 Podczas starań lubimy robić badania na własną rękę. Bez konsultacji z lekarzem. I też potrafimy popaść trochę w taką studnię bez dna. Mi w ogóle nie było szkoda kasy na starania. Na badania mi nie było szkoda kasy. Mogłabym robić wszystko. ZOSIA 00:01:40 Mi też nie, bo to jest właśnie ta nadzieja, prawda? Że z tym wykonanym kolejnym badaniem może się dowiesz, dlaczego poprzednie cykle się nie udały. ANIA 00:01:54 Czyli porozmawiamy sobie o nas, laikach, podczas diagnostyki. Mówimy to z perspektywy starającej się Ani i starającej się Zosi. ZOSIA 00:02:09 Trochę tak. ANIA 00:02:10 Tylko że zahaczymy trochę o dietetyczność. ZOSIA 00:02:12 No właśnie. Bo ty się starałaś, jak dopiero zaczęłaś raczkować w temacie diety, a ja starałam się o dziecko, jak już jednak to ogarniałam. I tak spoko to ogarniałam. ANIA 00:02:22 Okej, to zrobimy dwie perspektywy. ZOSIA 00:02:24 Ale to też w sumie spoko nam pokaże, jak nie da się być specjalistą we wszystkim. I mimo że masz takie złudne poczucie, że w sumie, jeśli ogarniasz, to nie ogarniasz do końca. I jak bardzo potrzebne jest mądre przewodnictwo. ANIA 00:02:41 No dobra, czyli zacznę od pierwszych badań, na które Zosia idzie do laboratorium. ZOSIA 00:02:51 Nie, ja nie będę w stanie tego tak określić. Wiesz dlaczego? Dlatego że schorzenia, które wpływały na moje możliwe obniżenie płodności, zaczęły się pojawiać u mnie bardzo wcześnie, więc ciężko mi powiedzieć, które z nich mogłabym potraktować jako te pierwsze, które mówiły: „O kurczę, na tym polu jest naprawdę przekichane”. Bo rozumiesz, rozjechane TSH czy hormony tarczycy miałam jako kilkunastoletnia Zosia. Tylko co to wtedy wnosiło do moich starań? A z drugiej strony, jak robiłam kolejne badania tarczycy, to już wiedziałam, że tu jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że coś wyjdzie nie tak. Bo wiem, że tarczyca kuleje. Z każdym kolejnym USG jest coraz gorzej i tam już właściwie nie ma co produkować tych hormonów. ANIA 00:03:40 No dobrze, to w takim razie: czy na początku starań o dziecko robiłaś sobie sama badania, bo wiedziałaś, że twoja insulina jeszcze kilka lat temu szalała i masz wrażenie, że nie trzymacie jej w ryzach z lekarzem? Czy próbowałaś coś takiego robić na własną rękę? ZOSIA 00:04:00 Oczywiście. To jest moja odpowiedź. I to nie tylko insulina. Bo insulinę jeszcze tak bym powiedziała, że nie rozpatrywałabym tego w kategorii dużego grzechu. Pamiętam, jak chciałam sobie sprawdzać ją przed wprowadzeniem diety i po wprowadzeniu diety. Chciałam to sobie skorelować z moją masą ciała. To było fajne na zasadzie poznania tego, jak to działa od strony metabolicznej, jak możesz czuć się lepiej i jak to się przekłada na twoje wyniki badań. Więc akurat insulinę oczywiście robiłam. I w ogóle pamiętam taki jeden wynik mojej insuliny. Pamiętasz to? Jak ona była prawie 300 i byłyśmy na takim szkoleniu o insulinooporności. Padło takie pytanie: jakiego pacjenta mieliście państwo z jaką insuliną? Pamiętasz to? Byłyśmy w Wawce na szkoleniu o insulinooporności. Tam pani doktor prowadząca zadała takie pytanie, chcąc się podzielić swoim doświadczeniem: jaki to był najwyższy wynik? No i mój był bardzo zbliżony do niego. Mój, w sensie własny. Nie jakiegoś mojego pacjenta, tylko mój jednostkowy, zosinkowy. I miałam takie: „O kurczę”. Bo ta pani opowiada o tym na zasadzie: „Zobaczcie, tak może być źle, takie mogą mieć ludzie wyniki”. A ja miałam takie: „O kurczę”. Te HOMA-IR, te QUICKI, to wszystko u ciebie by też tak właśnie wyszło, nie? Wtedy pamiętam, że to był taki zimny kubeł na łeb. Wiedziałam, że muszę tego zacząć pilnować. I że ta moja insulinooporność to nie jest taka, że tam się może coś dopiero zaczyna. Rozumiesz? Że to może lekkie odchylenie, troszkę tego pilnujmy. Tylko raczej z grubej rury jest tam do ogarniania. I raczej trzeba się za siebie mocno wziąć. Ale badania poziomów insuliny nie rozpatrywałabym jeszcze w kontekście takiego: no, to było oczywiście na własną rękę i nigdy nie powinnaś sama siebie diagnozować. Ale za tę insulinę jeszcze bym siebie tak nie ganiła, bo chociaż od strony dietetycznej wiesz, co z tym robić. Ale po cholerę ja robiłam na przykład badania, z którymi nie mam pojęcia, co zrobić? Rozumiesz? Bo przeczytałam gdzieś na grupie na Facebooku, że ktoś takie badanie zrobił i to było super w ich przypadku, bo otworzyło im drogę do tego, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nie wychodzi. Więc ja już położyłam swoje nadzieje w tym, że ja też zrobię to badanie i u mnie też prawdopodobnie ono wyjdzie źle. No bo robię to po to, żeby się dowiedzieć. I wtedy już będę wiedziała, co robić. ANIA 00:06:51 No, idziesz do lekarza z badaniem. ZOSIA 00:06:53 Trochę tak. Ale już z góry jesteś taka… I niejednokrotnie miałam taką sytuację, że masz wyniki badań i cholera, nie wiesz, co z nimi zrobić. Bo one nie wyszły tak jak u tej dziewczyny, ale nie wiesz w sumie, czy to jest powód do tego, żebyś miała spokój, czy jednak może warto to skonsultować, skoro już wydałaś na to hajs. I pamiętam takie wizyty, w których przynoszę to lekarzowi, a on ma takie: „Ale ja kazałem robić to badanie?”. I wtedy musisz powiedzieć, że nie, bo tutaj profesor nadzwyczajny Zofia podjęła się konsultacji z szeregiem specjalistów, moich kolegów po fachu również z grup internetowych. I proszę potraktować mnie poważnie, bo tu zostało zwołane konsylium i my doszliśmy do wniosku, że takie badanie należy wykonać. I zesponsorowałam to z własnych środków. ANIA 00:07:47 Kurde, ja cię nie ganię, bo ja cię rozumiem. ZOSIA 00:07:50 A teraz jedynie proszę mi je zinterpretować. ANIA 00:07:54 Z jednej strony rozumiem, bo to daje poczucie takiego… Ja sama tam byłam. Daje to poczucie, że ty szukasz, ty coś robisz, robisz ten kolejny kroczek. Jestem o krok do przodu. I ja sama tak robiłam. Pomimo że przy niektórych badaniach też nie wiedziałam, o co w nich biega, natomiast chciałam je mieć. Chciałam zainwestować w nie. I przypominam, że mówimy to jako staraczki, a nie takie, wiecie… spece. Dzielimy się swoim własnym doświadczeniem, żeby tutaj też to rozdzielić. Więc chciałam to mieć zrobione. Ja najchętniej, jakbym mogła, zrobiłabym wszystko. Wszystkie badania bym zrobiła. Wszystkie na już, na teraz. Ja mogę sobie w każdym miesiącu robić. ZOSIA 00:08:55 Ja to rozumiem totalnie. Gdyby to nie było takie drogie, pewnie też bym to robiła, ale to pochłaniało jednak ogromną ilość pieniędzy. ANIA 00:09:03 Później już to były niekończące się badania. ZOSIA 00:09:05 A ja pamiętam też, jaką miałam ogromną wdzięczność, jak pani doktor położyła mnie do szpitala na trzy dni i zrobiła mi taki pakiet badań. Jezu, potem się jechało odebrać te wyniki, odbierało się je w teczce, bo one się nie mieściły tak, żeby dać ci w pliku, rozumiesz? Jak już poschodziły te wszystkie wyniki badań, opisy i to wszystko. Leżało się trzy dni w tym szpitalu i oni ci robili wszystko. Robili nawet takie badania, że wybudzali cię w nocy, żeby sprawdzić poziomy niektórych hormonów, więc to było takie… ANIA 00:09:35 Jezu. ZOSIA 00:09:36 To było tak wspaniałe uczucie. I też taka przeogromna nadzieja w tym, że skoro już cię przebadają od A do Z, to to, co znajdą, pozwoli ci znaleźć klucz do sukcesu. Bo będzie wiadomo, co zaopiekować. Rozumiesz? W niepłodności działasz po omacku. Nie wiesz, o co kaman w tym wszystkim. Nie wiesz, co odstaje od normy. Nie wiesz, co masz zaopiekować. A te wyniki badań to jest taki trochę drogowskaz w tym wszystkim. ANIA 00:10:12 Też znasz historie, w których to było punktem zaczepienia i to pozwoliło zostać rodzicem i spełnić marzenie. ZOSIA 00:10:19 Więc ty też chcesz tego punktu. ANIA 00:10:21 Bo wiem, że tu brakuje ci takiego hormonu, to go uzupełnimy i to po prostu będzie… I pójdziesz do lekarza z wynikiem: „Hej, ale ja to już zrobiłam”. I masz właśnie to poczucie, że chcesz działać, chcesz coś robić, chcesz umieć złapać za lejce. ZOSIA 00:10:35 No właśnie. I tu jest chyba pies pogrzebany. Że to nie ty masz trzymać lejce. Rozumiesz? Bo robisz te badania po to, żeby bardziej panować nad sytuacją, a paradoksalnie to w ogóle nie sprawia, że nad nią panujesz. Tylko robi się jeszcze większy chaos. Więc jeśli ja teraz mogłabym cokolwiek zrobić… Bo wiem, że nie byłabym w stanie sobie przemówić do rozsądku i powiedzieć: „Zosinek, nie rób tych badań”. Zamknij się, i tak to zrobię. Rozumiesz? Tylko może poszukałabym po prostu takiego przewodnika, któremu byłabym w stanie na tyle zaufać, że nie czułabym takiej ogromnej potrzeby, żeby robić to na własną rękę. Bo się na tym nie znam. I może troszkę… bo wiesz, o co chodzi. Musisz wyważyć tę intuicję, za którą warto podążać, bo ona często podpowiada bardzo dobrze. Jak czujesz coś od dłuższego czasu, to nie możesz tego zawsze zdeptywać tylko dlatego, że… nie wiem. Rozumiesz? Jesteśmy tylko ludźmi. Lekarze też mogą popełniać błędy, działać rutynowo i czegoś nie widzieć. To jest normalne. Ale z drugiej strony tylko lekarz może diagnozować. Tylko on ma do tego narzędzia, wiedzę i jest nauczony, żeby to robić. Więc jeśli jesteś pod dobrym przewodnictwem i ufasz temu lekarzowi, to może nie powodowałoby to u mnie takiego rozwalenia na mikrokawałeczki, że musisz po prostu sama łapać te wszystkie sroki. Bo prawdopodobnie ten lekarz ma tyle pacjentek, że pewnie o tym nie pomyślał. Ale ty już to wiesz, bo przeczytałaś. I wiesz, że to trzeba zrobić, bo ta laska z tego forum to zrobiła i u niej to dało odpowiedź. Więc może po prostu ty to zrobisz szybciej, bo może pan doktor nie pomyślał. A nawet jak to nie wyjdzie, to ty mu po prostu pokażesz ten wynik i będziecie mogli odhaczyć kolejny checkpoint, że to nie tutaj należy szukać. ANIA 00:12:43 I przypomina mi się teraz, w kontrze do tego, co powiedziałaś — bo to jest w ogóle super i to jest naprawdę ścieżka, którą ja bym chciała podążać. Chciałabym znaleźć się w gabinecie lekarza, z którym będę potrafiła tak szczerze rozmawiać i któremu tak szczerze zaufam. Przypomniało mi się, jak człowiek puka do wielu drzwi podczas starań. I między innymi odwiedziłam też takiego lekarza, u którego — druga sprawa — zabrakło dialogu. Bo ja powiedziałam tylko o tym, że staram się o dziecko, że nie wychodzi i co on może mi zaproponować. I pamiętam, wyszłam z jednym badaniem, ze skierowaniem, które trzeba było sobie prywatnie zrobić. I byłam troszkę rozczarowana, bo spodziewałam się… Byłam gotowa na ten pakiet. Chciałam z tym wyjść. Chciałam działać, chciałam robić. Dobrze, no to skoro już jestem, działajmy, nie? I takie: hmm, to nie było to, co chciałam. Ja chciałam już działać. A może zróbmy jakiś monitoring? Może zróbmy progesteron? Może sprawdźmy, kiedy owulacja? A może to prolaktyna? A może to przez to? I taka wyszłam: „No nie, nie podobała mi się ta wizyta”. A może jakbym tam została, to gdzieś byśmy doszli. Może miał inny plan na to wszystko. Natomiast byłam zawiedziona, trochę zła. Powiedziałam, że nie wrócę. I myślę, że też laski, obserwatorki, staraczki spotykają się właśnie z tym uczuciem, z którym ja wyszłam z tego gabinetu. ZOSIA 00:14:50 Zastanawiam się, gdzie to mądrze wyważyć. Bo z kolei, jako kolejna anegdota do tego tematu, przypominam sobie naszą rozmowę z jednym z lekarzy, z którym miałyśmy okazję przez chwilę współpracować. Opowiadał o tym, jak trafiają do niego pacjentki, które przez lata są przeciągane, czyli przez lata mają niewykonywane podstawowe badania. Że trafia do niego kobieta, trafia do niego para i on zadaje pytanie o jakieś basicowe badanie, typu badanie nasienia, typu TSH, i oni nigdy tego nie mieli zrobionego. Są prowadzeni przez bardzo zawiłe procedury — pamiętasz te historie? — i on zagląda w ich kartotekę i przed jakimś podejściem do in vitro znajduje takie braki. Więc z jednej strony teoretycznie chcesz się oddać pod mądre prowadzenie doświadczonego człowieka. Z drugiej strony gdzieś tam z tyłu głowy masz taką myśl, że nie do końca ufasz na sto procent. Tylko trochę chcesz mieć nad tym pieczę, bo wiesz, że może to wyglądać przeróżnie. Więc gdzie to wypośrodkować? Tu bym chciała znaleźć jakiś, może nie złoty środek, ale chociaż jakiś konsensus. ANIA 00:16:10 Albo jeżeli masz wątpliwości, zawsze warto skonsultować się może jeszcze z kimś i zebrać ten wywiad albo pomysł, plan leczenia z dwóch stron. Dwa, wydaje mi się też, że tak jak ja wchodziłam do gabinetu i milczałam, to te moje oczekiwania rozgrywały się tylko i wyłącznie w mojej głowie. Więc jak nie zadaję pytań, to trochę też ten lekarz nie wie, z kim ma do czynienia. Jakiś dialog trzeba nawiązać. Pewnie nie zawsze tak, ale w moim przypadku wtedy wydaje mi się, że tego zabrakło. ZOSIA 00:17:03 Ja wchodziłam do gabinetu i zadawałam pytania. Dużo pytań. Ale z kolei często odbijałam się od ściany: „Mamy jeszcze na to czas”. I z jednej strony może dobrze, bo może rzeczywiście mieliśmy. A z drugiej miałam takie poczucie: kurde, tak dużo robię, że chociaż mi wytłumacz, dlaczego mamy na to czas. Albo chociaż kiedy. Rozumiesz? Do kiedy czekamy? Żebym ja miała jakiś deadline. Albo czemu w ogóle nigdy nie zrobimy tego badania? Bo co? Bo co w moim przypadku? Może ja byłam też za bardzo… Pamiętam, jak kiedyś jeden z lekarzy mi powiedział: „O, ja widzę, że pani to z tych oczytanych”. I miałam takie: aha, to już jestem w tej szufladce. Spoko. ANIA 00:17:56 Nie wiadomo… ZOSIA 00:17:57 …co lepsze. Milczysz i jesteś po prostu taka podatna na każdy rodzaj i każdą ścieżkę, która zostanie ci zaproponowana? Czy jednak przychodzisz i pokazujesz, że trochę wiesz? Czy jednak może lepiej się nie odzywać, bo słabo mieć pacjenta, który wie za dużo albo wie ze złych źródeł? Jak to on powiedział: doktor Google to nie jest zawsze za dobry doradca. ANIA 00:18:33 No właśnie, wypośrodkować to wszystko. Chcę powiedzieć w temacie badań o moich pierwszych badaniach, które robiłam, jak zaczęliśmy starania. Widziałam, że coś jest nie tak. Na co wpadłam i jak widzę to wszystko dzisiaj. I nawet chyba mam w moich starych dokumentach jeszcze te badania zaznaczone na dzień cyklu. Zauważyłam, że coś jest nie tak z tym cyklem, więc wyczytałam, że tego dnia robi się progesteron. Tego dnia sprawdźmy, jak on wychodzi, może tutaj leży problem. Więc robiłam to na własną rękę, nie wiedząc nawet, czy ja jestem po owulacji. Tak mi się wydawało. Także to były pieniądze… Tak jak mówiłaś: mam to, ale właściwie nie wiem po co i co z tym zrobić. Nie wiem, co ja tu widzę, bo nawet nie wiem, czy ta owulacja była, czy nie. Nie było monitoringu, więc sobie tak strzeliłam w cykl, który wydaje mi się, że to jest ten dzień. Pamiętam, że robiłam sobie progesteron, LH i FSH. Pamiętam, że też mi wyszedł ten stosunek zaburzony, natomiast nadal nie wiedziałam… ZOSIA 00:19:54 …w którym momencie cyklu on był sprawdzany. ANIA 00:19:56 W którym i właściwie co z tym dalej robić. I pamiętam też jedno z pierwszych badań, które próbowaliśmy tak po omacku robić. A raczej ja, bo to ja byłam za to odpowiedzialna w naszej rodzinie. Chciałam, żeby mój mąż zrobił badanie nasienia, co spotkało się z niechęcią. Natomiast znaleźliśmy miejsce, gdzie można to badanie nasienia zrobić, i on się zgodził. Ten temat mam już przetrawiony, także nie wysnuwajcie tutaj wniosków, że to on nie chciał, nie chciał. Mówił o tym w podcaście. I robiliśmy, pamiętam, badanie nasienia, które i tak wymagało powtórzenia, bo nie było tych wszystkich wyników. Ono było jakieś takie naprawdę nie tak zaawansowane, jak na przykład robią kliniki leczenia niepłodności. Tam, wydaje mi się, że była tylko morfologia oceniona. Naprawdę, tam nie było tego wszystkiego. To nie była taka karteczka A4, tylko mały świstek ręcznie napisany. Naprawdę. Więc ja nawet nie wiem, jaka to była metoda sprawdzania. I tak sobie myślę: ja to wymyślałam sama, żeby tak zrobić. Ilość tego stresu, tych kłótni: „Już się badaj, zrób to”. Ilość tego wszystkiego, co to powodowało między nami przed tym badaniem. Wybierz termin bez korków, a to trzeba jeszcze dowieźć za pazuchą. Schowaj to tutaj, nieś to tutaj w kieszonce, żebyś dowiózł. Masz na to ileś tam czasu, bo ta pani nam powiedziała, że jest ileś czasu. Można było po prostu tego uniknąć. To badanie nic nam nie wniosło. Ja nawet nie potrafiłam tego… Nie wiedziałam, czy ono jest dobre, czy niedobre. Tam nie było tak jak teraz, że są normy i na czerwono jest podkreślone. Tam nic nie było. Długopisem napisane, nie wiadomo. Plus te kłótnie, plus to wszystko. Ale człowiek chciał coś robić i nie wiedział. Badanie się za pazuchą wiezie w pojemniku rano. To jest po prostu… Człowiek chciał bardzo. ZOSIA 00:22:41 Coś robić. ANIA 00:22:43 Coś robić. I próbował jakoś robić cokolwiek, co jest w jego możliwościach. ZOSIA 00:22:54 Uczepiając się tych wyników badań jako takiego drogowskazu… Bo z drugiej strony, próbując ugryźć ten temat, wiesz, co przyszło mi teraz do głowy? Że masz wyniki badań, one do ciebie przychodzą, teoretycznie wiesz, w którym miejscu jesteś i dostajesz jakąś taką druzgocącą wiadomość, że na przykład te wyniki są dramatycznie złe. I słyszysz jakąś taką wyrocznię: „W zasadzie to nigdy się nie uda”. Bo takich historii też mamy masę. A potem okazuje się, że to wyrocznią nie było. Pomyślałam sobie podczas tej całej rozkminy o mojej psiapsi, której przez któryś miesiąc nie wychodziło. Zrobili właśnie wyniki nasienia i one wyszły bardzo złe. I ona poszła z nimi do lekarza, tak na zasadzie: „Panie doktorze, skoro mamy takie wyniki, to co możemy robić?”. I usłyszała od tego lekarza, popularnego zresztą, że: „Z tym partnerem pani nie będzie miała dzieci. To, co ja tutaj zalecam na receptę, to zmienić partnera”. To była ostatnia wizyta u tego człowieka. I oni teraz finalnie mają dwójkę dzieci. ANIA 00:24:14 Zosin, jak można tak powiedzieć? Wracając właśnie do jednego poprzedniego podcastu. Nie wiem, dobór słów może dziwny… ZOSIA 00:24:26 I sposób komunikacji po prostu poniżej wszelkiego. „Na receptę zalecam zmianę partnera”. ANIA 00:24:34 Ani to nieśmieszne. Nie wiem. No nie wyobrażam sobie po prostu czegoś takiego. ZOSIA 00:24:37 Ale to też nie są rzeczy, które działy się 20 lat temu. Ja nie opowiadam o jakichś historiach sprzed nawet dekady. To są rzeczy, które dzieją się teraz. Cztery lata temu. Nie rozumiem. ANIA 00:24:48 Mogę powiedzieć coś, co brzmi… Wiesz, też może coś palniemy w podcastach, nie do końca o to chodziło. Ale no nie. Nie wyobrażam sobie po prostu czegoś takiego. ZOSIA 00:25:03 Rozumiem. Chciałam jakoś osadzić te wyniki badań i opowiedzieć taką anegdotę, że nie zawsze to jest wyrocznią. Te wyniki badań, które teoretycznie mają nas gdzieś na tej planszy umiejscowić. Całe szczęście zdarza się tak, że nawet takie beznadziejne sytuacje można odwrócić. ANIA 00:25:29 Dlatego warto też pukać do wielu drzwi. ZOSIA To prawda. ANIA I skonsultować to jeszcze z kimś innym. Żeby dowiedzieć się, jakie spojrzenie, jaki plan ma inny lekarz, inny specjalista. ZOSIA 00:25:43 To prawda. Z innym podejściem albo z innym doświadczeniem, albo z innym planem. A czy było jakieś takie badanie, które wspominasz jako przełomowe i cieszyłaś się, że w końcu macie je zrobione? ANIA 00:26:00 Długo czekałam na sprawdzenie drożności. ZOSIA 00:26:02 Jezu, ja też. Liczyłam, że to powiesz. ANIA 00:26:04 Chciałam je już mieć. ZOSIA 00:26:06 Ja też. ANIA 00:26:07 Bo trochę myślałam, że to jest właśnie… Ta drożność była dla mnie takim kamieniem milowym. Czekałam na to i myślałam sobie, że może to przez to. Że skoro już tutaj mamy tę owulację, w ogóle stymulujemy te jajniki i bardzo ładnie wychodzi ta owulacja, biorę w drugiej fazie cyklu też leki, biorę leki na endometrium, więc tam naprawdę już robimy wszystko. I jak wprowadzamy gonadotropiny, to cieszyłam się też, że zaraz po ich wprowadzeniu została zaplanowana drożność. Bo mówię: „Jezu, a jak tam są niedrożne te jajowody?”. Bardzo czekałam na to. Cieszyłam się, że to badanie będziemy mieli wykonane. To było na takiej mojej liście must have w głowie. Chciałam bardzo mieć to za sobą. ZOSIA 00:27:03 Też to chciałam, ale chyba też dlatego, że bardzo się bałam tego badania. Nie miałaś tak? Że bałaś się bardzo? ANIA 00:27:12 Nie pamiętam, czy aż tak się bałam, natomiast czułam ulgę, że ono będzie. Ogromną. Czujesz, że coś się dzieje. Czujesz, że to jest naprawdę taki duży krok, na który czekałaś. I to będzie… Taka radość z tej diagnostyki. Wiem, jak to brzmi, ale cieszysz się, że już będziecie to mieli. Czułam się zaopiekowana tam, gdzie byłam, w tej klinice, i cieszyłam się, że to będzie po prostu. Radość, że w końcu mnie ktoś prowadzi. To była ogromna ulga, że nie muszę już czytać tego wszystkiego. Jezu, jakie to było cudowne uczucie. Ktoś myśli za mnie. I ufam, podążam. Jestem w fazie, w której ufam temu komuś. ZOSIA 00:27:55 No, nareszcie. Czyli to, co chcę osiągnąć od początku tego podcastu — to uczucie. Bo chciałam powiedzieć, że jeśli jesteś we właściwym miejscu, pod właściwymi skrzydłami i ktoś, kto się tobą opiekuje, budzi twoje zaufanie, to to zdejmuje z twojej klatki ten ogromny but, który cię po prostu dociska i nie pozwala ci oddychać. Ja mam takie wrażenie, że mimo wszystko, że to jest tak ciężkie i tyle waży, jesteś w stanie wziąć ten oddech głębiej. ANIA 00:28:25 Trochę tak, ale też tam były takie, wiesz… Troszkę gdzieś tam umysł kręcił: „Czy aby na pewno?”. Ale to było to. ZOSIA 00:28:33 Faktycznie była to swego rodzaju ulga. ANIA 00:28:36 Znaczy ulga to jest chyba… ZOSIA 00:28:38 No właśnie, bo to też nie jest dobre słowo. Ulga. To jest jakieś takie… Ja nie wiem, czy bym to określiła ulgą, ale wiesz, co mam na myśli. ANIA 00:28:46 Ja czułam, jakby mi ktoś zdjął ciężar z ciała. Z głowy wyjął, że już część tego, o czym tyle czytam, myślę: czy zrobić te badania, ile to kosztuje w labie — ktoś zadecyduje za mnie. I to było dla mnie takie uwalniające. ZOSIA 00:29:11 A potem jeszcze weźmie i to zinterpretuje. Że to nie ty jesteś sobie sterem i okrętem. ANIA 00:29:15 Nie zastanawiam się nad tym, nie czytam. Pamiętam to, że już nie muszę sama mierzyć, kiedy mam owulację. Tylko ktoś mi mówi. Jezu, to było takie… „Proszę, oceń sobie, kiedy ty masz owulację”. Ja nie wiem. To wyliczanie tych dni płodnych, zmuszanie się do współżycia, powtórne zmuszanie się do współżycia… Bo to było dla mnie, jak poszłam na monitoring i miałam moment: „O, jest”. To też było obciążające, ale nie aż tak, jak kiedy: jeszcze raz i jeszcze raz, i za dwa dni, i nie wiadomo, kiedy ta owulacja, no to jeszcze raz za dwa dni, żeby nie było. Ludzie kochani. To było ponad nasze potrzeby, nasze siły i nasze chęci. ZOSIA 00:30:09 A zrobiłabyś coś inaczej teraz, z dzisiejszej perspektywy? Wcześniej wykonałabyś jakieś badanie albo nie robiłabyś jakichś? ANIA 00:30:26 Od razu bym poszła do lekarza. Finalnie wszystko się potoczyło, wiadomo, w jakim kierunku — takim, gdzie spełniło się moje marzenie. Więc mam wrażenie, że wszystko teraz było po coś. Natomiast gdybym wiedziała to, co teraz, poszłabym wcześniej do lekarza i zrobiła research. Nie czekałabym zalecanego roku, bo ja nie miałam owulacji. Więc równie dobrze trafić w 12 owulacji takich stricte mogło trwać wiele lat. Poszłabym do lekarza, który specjalizuje się w leczeniu niepłodności i który już jest w stanie zaobserwować, że nie mam owulacji, zrobić monitoring, zobaczyć, że to endometrium ledwo co zipie. To bym zrobiła. Nie czekałabym tyle, jeżeli chodzi o diagnostykę. I jeszcze bym się nie ganiła za te swoje emocje. I nie czekała. Tak jak mówisz, czasami warto podążać za intuicją. Kiedy wiesz, że coś jest nie tak, a jednocześnie mój mąż czy głosy w mojej głowie: „Przesadzasz. Nie ma tak, że wiesz. Ty chcesz od razu. Już ci smutno jest?”. Niby już czujesz coś, ale jednocześnie bardzo to negujesz. A ty? ZOSIA 00:32:16 O Jezu. To takie zanegowanie samej siebie, kiedy czujesz coś tak bardzo. Po prostu masz wrażenie, że receptory w każdej komórce twojego ciała wysyłają ci alert, że coś jest nie tak, ale dajesz sobie wmówić, że przesadzasz, że za bardzo, że się nakręcasz. I potem finalnie okazuje się, że jednak miałaś rację. Ja dokładnie pamiętam dwa momenty z mojego życia, kiedy dałam sobie wmówić. I jak później żałowałam, że dałam sobie wmówić. Boże, jak długo miałam straszne wyrzuty sumienia z tego powodu. Właśnie, że zgwałciłam samą siebie, dając sobie wmówić. Więc kurde, z tą intuicją to trzeba jednak jej ufać. Tak myślę. Jeśli ona nie przejmuje nad tobą kontroli, tylko naprawdę coś ci podpowiada, to co ryzykujesz w sumie, sprawdzając? A co jest z kolei po drugiej stronie szali? Co ryzykujesz, kiedy tego nie sprawdzisz? Trzeba to wyważyć. Ja bym szybciej poszukała lekarza, któremu zaufam. Wtedy nie byłabym Zosią Samosią, tak myślę. Tylko właśnie szukałabym tego uczucia zdjęcia tego buta z klatki piersiowej, że nie musisz wiedzieć. Z drugiej strony to też przypadło na bardzo trudny okres w życiu, bo ja już bardzo dużo widziałam, bardzo dużo wiedziałam z takiego doświadczenia gabinetowego. Już właściwie przyjmowałam samych pacjentów borykających się z niepłodnością, więc pole działania było bardzo zawężone. Ilość historii, które do mnie docierały. Ilość wyników badań, które mogłam oglądać. To dawało takie złudne wrażenie, że nad tym panujesz, bo niby wiesz. Rozumiesz? To nie był ten Zosin z tych pierwszych lat. Tylko taki już trochę bardziej świadomy. I miałam poczucie, że jednak muszę być trochę tą Zosią Samosią i muszę ogarniać. Bo skoro ogarniam w tamtych przypadkach, no to muszę też ogarniać siebie. Nie możesz powiedzieć, że nie wiesz, o co tutaj chodzi. Dlatego jak przychodziłaś i zadawałaś pytania i dostawałaś takim tekstem między oczy: „O, pani to widzę z tych oczytanych”, to w sumie nie wiesz, czy to bardziej komplement, bo może jednak świadomy pacjent, czy jednak ktoś cię postanowił ustawić w szeregu. Także nie wiem, co radzić temu Zosinkowi. Bo z jednej strony dobrze być świadomym, ale z drugiej samemu za to wszystko odpowiadać to jest za dużo do uniesienia, jak nie jesteś lekarzem. A z drugiej strony nawet jak jesteś, to czy jesteś w stanie sam siebie poprowadzić tak obiektywnie? Więc wspólny mianownik jest taki: szukanie drugiej opinii, drugiego spojrzenia, jakiegoś świeżego powietrza, przewietrzenia głowy. To jest zawsze dobry pomysł. Najwyżej usłyszysz to samo i upewnisz się w tym, że jesteś prowadzona dobrze. Albo znajdziesz kogoś, komu będziesz w stanie zaufać bardziej. Więc myślę, że tego uczucia szukałabym szybciej. Po prostu. ANIA 00:35:33 Dziękujemy za obejrzenie i widzimy się w ostatnim… ZOSIA 00:35:38 O matko, oby to nie były prorocze słowa. Anna… ANIA 00:35:44 Widzimy się w kolejnym odcinku. ZOSIA 00:35:46 Do usłyszenia za tydzień. Artykuł #116 Nasze wyniki badań podczas starań pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • September 25 · 24 min

    #115 Jak unikać aktywności fizycznej?

    Aktywność fizyczna podczas starań (nie tylko podczas) jest ważnym elementem, które może zachować nasze zdrowie. Tylko co, jeśli doskonale o tym wiesz, a jednocześnie masz doktorat z unikania siłowni? Rozmawiamy o naszych próbach, karnetach leżących odłogiem, stresie przed pierwszym treningiem i o tym, co finalnie pomogło nam ruszyć tyłek. Plan odcinka Czy aktywność fizyczna podczas starań naprawdę ma znaczenie? Doktorat z unikania siłowni Stres przed pierwszym wejściem na siłownię Jak zacząć, kiedy kompletnie nie wiesz, co robić Trening dopasowany do poziomu „minus osiem” Jak źle dobrany trening potrafi zniechęcić Siłownia, biegówki, pilates – nasze próby znalezienia czegoś dla siebie Karnety, które kupujemy, a później nie wykorzystujemy Dlaczego poranny trening okazał się łatwiejszy do „dowożenia” Jak nie wypaść z regularności po pierwszym zrywie Co zrobić, kiedy po prostu nie chce ci się ćwiczyć Jak my próbowałyśmy „zhakować” własną niechęć do aktywności fizycznej Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur Gajo 00:00:00 Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek 00:00:01 Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur Gajo 00:00:24 Dzień dobry w kolejnym odcinku. Zosia Mazurek Dudek 00:00:26 Dziś mój wymarzony temat, kochani, jako że… Poruszyła, Ania Mazur Gajo 00:00:30 poprawiła się. Zosia Mazurek Dudek 00:00:31 Jestem specjalistą w tym temacie, więc rozwalimy go razem dla was wspólnie. O czym będziemy mówić? No, nie o diecie. Nie o diecie? W jakim jest tym innym temacie specjalistą? Słucham. Ania Mazur Gajo 00:00:43 Jak nie chodzić na siłownię? Jak unikać aktywności fizycznej? To jest temat, który Zosin uwielbia. Uwielbia Zosin. Dostajemy do eksperta, naszego eksperta. Zosia Mazurek Dudek 00:00:57 I jak mimo tego, że macie doktorat z unikania siłowni, finalnie na nią dotrzeć. To jest o tym odcinek w sumie. Bardzo. Ania Mazur Gajo 00:01:05 Tak? Zosia Mazurek Dudek 00:01:06 Tak. Jak to zrobić, żeby zhakować to? Słuchajcie, od czego powinniśmy zacząć? Ania Mazur Gajo 00:01:11 Aktywność fizyczna podczas starań. Zosia Mazurek Dudek 00:01:13 Tak, a ja powinnam jakoś sobie zdiagnozować defekt, z którym się urodziłam i moją niechęć do aktywności fizycznej i wszelakie próby szukania tej jedynej, bo słuchałam takich rad, że po prostu nie znalazłaś jeszcze dla siebie aktywności fizycznej, która cię tak naprawdę zajara. I szukałam. Po prostu moje życie to tułaczka. Wieczne szukanie tego, czego jeszcze nie odnalazłam. Ania Mazur Gajo 00:01:36 Może zacznijmy od tego, czy aktywność fizyczna podczas starań jest ważna, czy nieważna. Aktywność fizyczna w ogóle w życiu jest ważna, Zosia Mazurek Dudek 00:01:44 ale trzymajmy się… Skupmy się przy staraniach, na staraniach. Ania Mazur Gajo 00:01:47 Czy ona potrafi coś… przechylić tą szalę na naszą korzyść? Czy ona ma sens? Czy jest to ważny element układanki płodnościowej? Zosia Mazurek Dudek 00:02:03 No, odpowiedz Aniu na to pytanie. Ania Mazur Gajo 00:02:06 Odpowiedź jest taka, że ta aktywność fizyczna to jest bardzo złożony temat, bo ta aktywność fizyczna w skrócie, ona się w tych staraniach przydaje jako jeden z takich puzelków i jest bardzo ważnym elementem. towarzyszą również i które mają wpływ na płodność również i mówimy to na przykład o takiej insulinooporności, gdzie ta aktywność fizyczna powinna być wprowadzona, jeżeli chodzi o, jeżeli towarzyszy nam PCOS również, ta aktywność fizyczna może poprawić nam. sporo w naszym organizmie i natomiast nie chcemy tutaj też wchodzić w takie szczegóły, mamy już o tym podcast jak aktywność fizyczna może pomóc podczas starań, natomiast chcemy tutaj wystąpić troszeczkę jako osoby, które nie tylko mówią o tym, że to jest ważne, co nie mogą się na tą siłownię wybrać. 00:03:13 Albo wprowadzić tej aktywności również podczas starań o dziecko. Zosia Mazurek Dudek 00:03:16 No to prawda, bo to też jest tak, że wiecie, siedzą jakieś laski, dwie, a niby się na tej diecie znają, nie mówią, że ta aktywność jest ważna, ale chcemy Wam też dać taki, podzielić się z Wami naszym odbiorem tego, że dla nas również to nie zawsze jest łatwe. I że same potrafimy przed niektórymi wyjściami chociażby na siłownię mieć dyskomfort, bać się tego, stresować. Ania nawet opowiadała, że miała łzy w oczach przed pierwszym wyjściem na siłkę i że tak bardzo nie wiedziała z czym to się je. W sumie podzielenie się takim doświadczeniem też Wam może pomoże. 00:03:52 że to nie jest tak, że wszyscy na tej siłowni się czują od zawsze jak ryba w wodzie i wiedzą wszystko, co robić i wiedzą, do czego służą te sprzęty, wiedzą, no takie basicowe… rzeczy. Wchodzę, nie wiem, gdzie pójść się przebrać, tak? Nie wiem, co muszę mieć w torbie na siłkę. No po prostu stresują mnie takie podstawowe rzeczy, które dla innych, którzy tam chodzą, są tak naturalne, że aż po prostu wstyd o niektóre rzeczy zapytać. No bo jak można tego nie wiedzieć? Jest to takie bazowe, nie? Ania Mazur Gajo 00:04:19 Czyli aktywność fizyczną, mamy nadzieję i zachęcam was do tego, żebyście wprowadzili. To nie musi być siłownia, chociaż zaraz anegdotkę o siłowni wam przytoczymy, bo to mogą być również, nie wiem, wyjście w przystanek wcześniej i zrobienie sobie kroku więcej, nieskorzystanie z windy, to też zawsze będzie… Dodatkowa aktywność wprowadzona, gdzie to może już być coś dobrego dla waszego organizmu. Natomiast właśnie chcę powiedzieć propos tej siłowni, że bardzo się gdzieś tam rękami zapierałam, żeby nie iść na siłownię, ponieważ zwyczajnie bałam się tego, że… Ja w ogóle, dla mnie to jest obce miejsce. Ja nie znam się na tym. Ja nie wiem, gdzie się właśnie przebieramy, jakie są zasady, jaki jest… Nie umiem włączyć żadnego urządzenia. 00:05:18 Koleżanka mi mówiła, że ona była kiedyś… jakiś chłop jej poopowiadał tutaj to, pani tutaj to, ona nic nie zrozumiała i wyszła z tej siłowni. Zosia Mazurek Dudek 00:05:25 I nie wróciła. Ania Mazur Gajo 00:05:26 I nie wróciła. To mnie tak jakoś przeraziło, że tak zawsze jest, że oni będą na nie patrzeć, że może ja powinnam wiedzieć już takie rzeczy, bo nagrywam te podcasty, zachęcam ludzi do tego, żeby tą aktywność wprowadzali. Zosia Mazurek Dudek 00:05:38 A sama nie wiem. Ania Mazur Gajo 00:05:40 A sama kurde nie wiem, więc trochę wiecie, tu już w głowie… I było tak. Wchodzę po tych schodach, idę na siłkę. Umówiłam się na siłownię. Właśnie nie pamiętam, czy to było tak, że wykupiłam sobie trening z trenerką, żebym pokazała, żebym sobie krzywdę nie zrobiła, czy idę sama zrobić rekonesans. I chodzę po schodach płacząc, bo jest mi tak głupio, że tam idę, tak niezręcznie. Myślę sobie, że oni będą wszyscy na mnie patrzeć. Idę tam w starych leginach, bawełnianych, bawełnianej białej podkoszulce, w jakichś starych buciorach i mówię, no nie będę kupować sobie przecież Outfitu? Setu? Setu na siłownię. Zosia Mazurek Dudek 00:06:23 Why not? Ania Mazur Gajo 00:06:24 Bo po prostu tego nie czuję. Później ten set kupiłam dopiero. Zosia Mazurek Dudek 00:06:29 Poczułaś później jak była promocja na Black Friday, Ania Mazur Gajo 00:06:34 ale stwierdziłam, że nie, nie zacznę od tego tym razem, bo już miałam buty do biegania i one leżały w szafce. Zosia Mazurek Dudek 00:06:46 Nie biegały z tobą? SPEAKER_3 00:06:47 Nie biegały ze mną. Biegały same? Ania Mazur Gajo 00:06:49 Więc nie chciałam tak zaczynać. SPEAKER_3 00:06:50 Smutne buty do biegania. Moje buty na siłkę też już oddałam takie ładne, nowe, niepobrudzone. Ania Mazur Gajo 00:06:57 Nie chciałam od tego zaczynać. Nie chciałam też zaczynać od karnetów, bo też znam osobę, gdzie roczny karnet leży cały, przeleżany. I stwierdziłam, że dobra, pójdę, bo już no… Ta aktywność fizyczna może wnieść bardzo dużo dobrego do naszego organizmu i wydawało mi się wtedy, że potrzebowałam, że trochę dużo tego siedzenia było przed klątem. No i słuchajcie, trafiłam na też fajną laskę, 00:07:24 która mnie wprowadziła w ten świat i który… 00:07:30 Ona wiedziała, że po prostu przychodzą do niej ludzie, którzy nic nie czają, tak jak ja. I wytłumaczyła mi wszystko. Ja w ogóle myślałam, że oni mi zarzucą ciężary, zaraz będę to wszystko podnosić. Zosia Mazurek Dudek 00:07:44 Siłownia. Ania Mazur Gajo 00:07:44 Siłownia, tak, że podnoszę te ciężary, a ja jestem jednak… Kurde, no. Zosia Mazurek Dudek 00:07:49 Wątły człowiek. Ania Mazur Gajo 00:07:50 Ja jestem wątły człowiek. Tak przychodzę i jeszcze te mięśnie brzucha, ja muszę mięśnie brzucha sobie zrobić najpierw, żeby trzymać kręgosłup, a nie… I my zaczęłyśmy od 00:08:01 takich 00:08:03 ćwiczeń, które były dostosowane przede wszystkim pod moje możliwości, pod mój mózg i moje chęci. I to były naprawdę takie najmniejsze ciężarki. gdzie tam robiłyśmy jakieś takie ćwiczenia i niekoniecznie za każdym razem stosowałyśmy tę maszynę. I to było tak fajne, bo myślałam, że to jest tak, że to jest taki wycisk taki, że ty nie możesz po prostu wstać stamtąd. Zosia Mazurek Dudek 00:08:28 Kurde i poszłaś, mimo, że tak myślałaś. Gratulacje Aniusia. Ania Mazur Gajo 00:08:31 Ale szłam z łzami. Naprawdę. I bardzo często, słuchajcie, i to też nie było tak, że ja tam chodziłam. Tylko bardzo często już później sobie wykupiłam taki, powiedzmy, pakiet z tą czyną, żeby nauczyła mnie ze względu właśnie na to, że nieprawidłowo postawa ciała też podczas ćwiczeń może spowodować jednak jakieś kontuzje. I chciałam się tego nauczyć i trochę tych nawyków nauczyć, żeby nie zrobić sobie krzywdy. no i naprawdę, ja nie chciałam się tam chodzić, nie zawsze chodziłam tam też z uśmiechem na twarzy, jak wpadłam już w taką cykliczność, to było lepiej, bo gdzieś tam człowiek się uzależnia. Zosia Mazurek Dudek 00:09:13 Głupio nie wypaść z tego, to prawda. Ania Mazur Gajo 00:09:15 Ale jak była przerwa, wybieg taki, wiesz, to było takie, mam nadzieję, że napiszesz mi smsa, że odwołujesz. Już takie wyczekiwanie. A jak witałam się z nią, to już tak miałam, a, myślałam, że odwołasz. No trudno. Takie niechętnie, nie spróbował mi to takiej wielkiej radości i finalnie wygląda to teraz tak, że trochę zmieniłam tą aktywność fizyczną na inną już po tym czasie. I jeszcze dokończę jedną myśl taką, bo w siłowni przeskoczyłam na narty biegowe, które zaczęły się dokładnie tym samym. Było mi wstyd, Zosia Mazurek Dudek 00:09:53 że… Nie wiesz jak. Ania Mazur Gajo 00:09:57 Nie wiem jak. Bardzo mi się to podobało, natomiast było mi tak głupio. Jeździłam na nartach z osi męża, które były za duże. Zosia Mazurek Dudek 00:10:05 Ale to było w ogóle, ja nie wiem, ta próba jest i ja nie wiem, czy to warto się tym dzielić. Może powiedzmy, jak nie robić po prostu. Ania Mazur Gajo 00:10:11 Za dużo narty, za duże buty, natomiast mi się to tak spodobało. Zosia Mazurek Dudek 00:10:15 Czy jeszcze coś może być źle? Coś jeszcze można spierdzielić? Coś jeszcze może być za duże? Wypychałaś się za to gadetami? Czy skarpetami? Nie, skarpetami. Ania Mazur Gajo 00:10:25 Nieważne. Zosia Mazurek Dudek 00:10:26 Liczą się chęci. I on ci na to pozwolił. Natomiast ci powiedzieć, a nie, nie. On po prostu tak był zgrzany, żeby cię zajarać, ale nie odpuściłaś tego. Ania Mazur Gajo 00:10:34 Nie odpuściłam, ale pamiętam, że też mi było poczekane, aż ludzie skończą tam trening i pójdą do domu, żeby było jak najmniej osób do obserwowania. I słuchajcie, to wyglądało tak, że ja bardzo czerpałam z tego radość, ale jednocześnie… trochę mi było właśnie zero umiejętności. Natomiast wiedziałam, przypominała mi się ta historia z siłownią. Zosia Mazurek Dudek 00:10:58 Na początku też było trudno. Ania Mazur Gajo 00:11:01 No i akurat właśnie dokładnie tak się motywowałam, że ja już przeżyłam ten moment taki, kiedy mi było wstyd, bo coś tam. Natomiast finalnie trzeba to po prostu przemóc, bo można robić fajne rzeczy. I już abstrahując od tego, że na przykład wjechałam w las na tych nartach, bo nie potrafiłam się zatrzymać i zatrzymałam się w krzakach. I mówię, że finalnie skończyło się tak, że znalazłam zajawkę i będzie mam najpiękniejszą zimę w swoim życiu tak naprawdę. W tym sezonie, gdzie to było coś cudownego. Zosia Mazurek Dudek 00:11:38 I każda wolna chwila to były biegówki. Tak, Ania Mazur Gajo 00:11:41 z psem też. Więc to była taka aktywność, która, no nie spodziewałam się tego. Ja wcale nie biegałam na tych biegowych nartach. Ja raczej się przemieszczałam. I no nie trzeba być, startować w olimpiadzie, żeby… nie wiem, robić sobie jakieś aktywności fizyczne. Fajnie jest zacząć po prostu, nawet na macie w domu. Na YouTubie. Zosia Mazurek Dudek 00:12:04 Co ja bym jeszcze chciała powiedzieć? Oprócz tego, że jestem z ciebie dumna, że potrafisz się tak zmobilizować i przełamać swoje… Ania Mazur Gajo 00:12:11 Siłownia mnie tego nauczyła. 00:12:13 Czego nauczyła mnie siłownia? Właśnie tego, że wiedziałam, że później będzie fajnie. Zosia Mazurek Dudek 00:12:18 Okej. Ale jednak to jest takie, wiesz, że jak w ogóle nie chce wyjść mi się na trening i jeszcze mam tą z tyłu głowy taką stresującą myśl, że tam mi będzie na początku tak bardzo niekomfortowo. SPEAKER_4 00:12:33 I że to ja będę na tych kompilacjach filmików, co się bardzo ze mnie śmiali tam, to ja nie idę tam już nigdy. Zosia Mazurek Dudek 00:12:41 Właśnie może bardziej wyjdę sobie pobiegać czy coś, ale co chcę powiedzieć, w moim przypadku… Kluczem do sukcesu nie okazało się robienie rzeczy, które mnie nie stresowały, no bo wyjście na spacer nie jest stresujące, możesz to zrobić, ale było nudne, więc to nie chodziło o to, że musisz znaleźć miejsce, które jest dla ciebie komfortowe, bo nie wiem, siłka cię za bardzo stresuje, mimo że to są tylko początki, bo potem jak załapiesz, to cię już to nie stresuje, jesteś już częścią społeczności. Karzysz swoje mordeczki, które są o konkretnych godzinach na tej siłce. Masz tą swoją laskę, która cię w to wprowadziła. No nie jesteś już takim żółtodziobem. Nie, że wchodzisz i płaczesz, bo nie wiesz, gdzie się masz przebrać i jak masz to zrobić, prawda? 00:13:17 Masz swój set, jesteś gym girl, prawda? Lecisz w to. U mnie to nie działało. Stara, a wiesz, że ja kiedyś nawet, tak a propos tych moich podejść wielokrotnych do aktywności fizycznej, bo przecież one były od zawsze nawet, jak mnie staram się… dziecko, wiedząc, że ta aktywność jest ważna. Wiesz, że jak kiedyś, jak jeszcze studiowałam w Białymstoku, to zapisałam się na siłkę, która jeszcze nie istniała i wykupiłam karnet roczny i potem się zastanawiałam, komu sprzedam ten karnet i na kogo przepiszę, bo zawijałam z Białegostoku już do innego miasta, bo wracałam studiować do Lublina. 00:13:53 Ja wykupiłam karnet roczny To ja jestem tym typem, tym człowiekiem Nie wiem, czy by leżał, bo miałam akurat wtedy dobry zryw Chodziłam na piechotę, na studia To było bardzo daleko Robiłam to codziennie To była taka jedna z form życia, powiedziałabym Ale ja Zosin, kupiłam roczny karnet na siłkę Czy to w ogóle ciebie nie dziwi? Liczyłam, że tu spadniesz z krzesła przynajmniej. Ania Mazur Gajo 00:14:16 Znaczy raczej myślę, że może nie dziwi, że kupiłaś, tylko musiałaś mieć jakiś impuls, chwila, Twitter, Zosia Mazurek Dudek 00:14:20 skupiłam karnet i myślę sobie, Ania Mazur Gajo 00:14:22 to był ten Zosin. I kupił raczej karnet na… Siłownie, myślę, że to był ten, tam musiała jakaś taka, impuls poszedł w mózgu. Zosia Mazurek Dudek 00:14:34 To była siłka w galerii budowana na najwyższym piętrze i jeszcze nie było, więc oni sprzedawali okazyjne, w okazyjnych cenach te pakiety i stwierdziłam, że to jest właśnie ten czas, no, to jest właśnie ten czas. Ciekawe, czy bym na nią chodziła, finalnie nigdy się tego nie dowiedziałam, bo zniknęłam z Białegostoku. po półrocznym studiowaniu tam, ale ciekawe, Ania Mazur Gajo 00:14:52 ciekawe, ciekawe. A możesz powiedzieć o aktywności, którą wprowadziłaś podczas starań i która pomogła ci właśnie zajść w ciążę? Co to było wtedy? Zosia Mazurek Dudek 00:15:04 Aniusia, tych aktywności było wiele. Bardziej chyba bym powiedziała… Przewrotnie, czyli czego bym teraz nie robiła, gdybym miała do tego podejść jako człowiek, który nie jest pasjonatem. Tegoż rodzaju życia, tylko woli mieć po prostu trening odbębniony i być z siebie dumnym, że znowu nie wypadł z obiegu, tylko że ciśnie to i dowozi. U mnie rozwiązaniem okazały się treningi z rańca i to było takie wow, możesz mieć o dziewiątej wyjść z… z sali treningowej i mieć to z bani i nie myśleć o tym przez cały dzień, że wieczorem jeszcze cię to czeka, a nie masz na to ochoty. Nigdy nie spróbowałam treningów grupowych. 00:15:45 Mój mąż twierdzi, że to by odmieniło również moje podejście, bo tam jest śmiesznie, bo jest grupa, bo się wszyscy motywują, więc może. To jeszcze przede mną. 00:15:52 Ale pamiętam, że dla mnie z kolei strasznie demotywującym… Bo to takie uczucie napięcia przed wyjściem na siłownię, że nie wiesz co do czego i nie wiesz jak i że będziesz pośmiewiskiem i że w ogóle zrobisz sobie krzywdę i że wszystko, co oczywiście mózg podpowiada, co się może zdarzyć, źle to się zdarzy, to mnie również bardzo stresowało to, że… Jak przychodzę na personalny i mówię do tego trenera, człowieku jestem na poziomie minus 8, nie zaczynamy od zera, tylko dostajesz człowieka, którego oderwałeś od kompa i mój dystans to jest z parkingu do biura i koniec, więc proszę łaskawie, bo naprawdę się nie da. To ten człowiek robił mi jego zdaniem łaskawy trening, a ja czułam, że na tym treningu umieram. 00:16:41 A po treningu, w ogóle drugi dzień po treningu, to było siadanie na kibel na rękach, bo po prostu moje nogi odmawiały posłuszeństwa tak, że ja nie panowałam nad nimi. Rozumiesz? Czyli, że… I niedostosowanie tego treningu to tak naprawdę dopiero treningi teraz u Pawła, u którego jestem, on mi to zrobił tak naprawdę na poziomie, to się zaczynało od treningów geriatrycznych, dokładnie tak, tak jak się robi osobom starszym, żeby to ciało rozruszać i żeby mu nie dać takiego bodźca, walczysz o przetrwanie i umrzesz. 00:17:15 I to dodatkowo mnie demotywowało, że po pierwsze czułam, że ok, jeśli to jest rzeczywiście trening dla poziomu minus 8, no to mi się zdawało, że ja jestem na minus 8, a tak naprawdę byłam na minus 20, bo skoro nie potrafię tego wykonać i tam już walczę o życie na treningu, a potem walczę o przetrwanie przez następny tydzień, to znaczy, że ze mną… no jest w ogóle turbo nie okej, nie? Potem się okazywało, że to jednak można było mądrzej dobrać trenera, który by wiedział, co to znaczy naprawdę ten minus osiem i zrobił ten trening tak, żeby cię rozruszać, a nie zniechęcić do niego, pokazując ci, jaki jeszcze bardzo wielki deficyt masz. 00:17:49 Więc chyba od tego bym zaczęła, że naprawdę bym poszukała człowieka, który ma doświadczenie i wie. Ania Mazur Gajo 00:17:55 Żeby pokazał. Zosia Mazurek Dudek 00:17:56 Tak, że zaczynasz z takim człowiekiem, którego masz nie zrazić. O, coś takiego bym powiedziała. Że po prostu spróbuj i już nawet nie zakładaj, że rozkochasz typiarę w sporcie, ale zrób tak, żeby jej tam nie zrazić. O! Ania Mazur Gajo 00:18:12 To właśnie moje treningi tak wyglądały, że one były dostosowane i myślę, że to pozwoliło mi trochę odczarować to, co miałam w głowie i widziałam to, że tam będę po prostu zdychać. I były dostosowane totalnie do mnie, do tego, co chcę, do tego, co… Co mogę też zrobić? Jak już miałam dość, to już była zmiana jakaś, coś innego na przykład, inne ćwiczenie. Czy jak Monika, która właśnie mnie trenowała, do której chodziłam na te treningi, trzymała nad tym pieczę i dostosowywała po prostu to do… 00:18:49 I to było właśnie takie, że mi się chce chodzić tam, że to było takie fajne, bo to nie było takie:”Jezu, nienawidzę tego robić”, chociaż czasami tak miałam, że mnie bolało, nie wiem, wszystko co mogło boleć, żeby tylko nie iść na trening. To było dostosowane i to było fajne, takie wprowadzenie, odczarowało to wszystko. Zosia Mazurek Dudek 00:19:11 Finalnie po zrobionym treningu, mimo że czasami na niektóre z nich wychodziłam tak wściekła, że muszę to zrobić, zawsze byłam z siebie zadowolona. Więc fajny ten moment takiego odcięcia kuponu od tego, że trzymasz tą regularność. Właśnie, Ania Mazur Gajo 00:19:25 jak to jest z tą aktywnością, że jak ją odwalisz, to nie masz czegoś takiego, że a, żałuję, Zosia Mazurek Dudek 00:19:30 że ją zrobiłam. Tak, mowa mnie istnieje. Chyba, Ania Mazur Gajo 00:19:31 że coś zrobisz nieprawidłowo, że sobie naciągniesz albo coś, ale jeżeli… jest to prawidłowo wykonane, to zawsze masz tak, że ej, ale to jest zarobiste, Zosia Mazurek Dudek 00:19:40 jestem dumna z siebie. No to prawda. Ania Mazur Gajo 00:19:42 Więc co w tym takiego jest, że człowiek jest dumny, jak to zrobi? To dobrze, Zosia Mazurek Dudek 00:19:46 że to jest, bo to jest ta marchewka, moim zdaniem. To jest właśnie marcheweczka, która ma cię do tego… przyciągnąć. Nie wiem, może kiedyś dołączę do grona sportowych freaków. Ania Mazur Gajo 00:19:57 A jeszcze teraz jest era pilatesu. Zosia Mazurek Dudek 00:20:00 That’s true. Ania Mazur Gajo 00:20:01 Więc może coś o pilatesie zacznij, bo masz doświadczenie. I ja małe też. Zosia Mazurek Dudek 00:20:06 Czy usłyszeliśmy tą nutkę ironii, która wybrzmiała tutaj za mocno? Ania Mazur Gajo 00:20:11 Nieprawda, to nie było nic ironicznego. Zosia Mazurek Dudek 00:20:14 Stara, proszę cię, za długo się znamy, Ania Mazur Gajo 00:20:16 za długo się znamy i czy przy ludziach ściemniasz? Zosia Mazurek Dudek 00:20:19 Nie układa mnie w samo serce, w każdym razie ta szpilka naprawdę spłynęła po mnie jak po kaczce. Ania Mazur Gajo 00:20:25 Ja się pod tym nie podpisuję. Zosia Mazurek Dudek 00:20:28 A ja ci nie pozwolę z tego wybrnąć, bo mam na taśmie to. Kochana. Ania Mazur Gajo 00:20:33 Analizujemy u behawiorysty. Co ja chciałam, co ja widziałam. Zosia Mazurek Dudek 00:20:37 Zajmiemy się tym na terapii. W każdym razie nie ubodło mnie to. Za mocno. Mam nadzieję, Ania Mazur Gajo 00:20:44 że nie będzie kamera skierowana tylko na twoją stronę. Będzie moja mimika widoczna. Pokażcie to. Mów o pilatesie. Zosia Mazurek Dudek 00:20:50 Wy wyraźcie swoje zdanie. Kto tu ma rację? Kochana, pilates. Jest w moim życiu obecnie nieobecny. Ania Mazur Gajo 00:21:00 Ale no byłaś obecna na Pilatesie. Zosia Mazurek Dudek 00:21:02 Nie no byłam, no fajne bardzo, ale widzisz, no to jest właśnie to wypadnięcie z kółeczka. A pamiętasz, no pamiętasz, jaka byłam zajarana i jak ci nagrywałam głosówki, że musisz i że pójdziesz i znajdź fajne miejsce i że to jest właśnie może to? Ania Mazur Gajo 00:21:15 No kupiłam garnet na Pilates, o. No, Zosia Mazurek Dudek 00:21:17 bo ja cię zinfluensowałam, a sama nie chodzę teraz, także taki influencing, którego nienawidzę. Ania Mazur Gajo 00:21:23 A z kolei kupiłam karnet na Pilates, trafiłam na inne zajęcia. Zosia Mazurek Dudek 00:21:28 Prawie umarłam. Ania Mazur Gajo 00:21:30 Ale bardzo mi się spodobały. Tak mi się śmiać chciało. Nagrywałam właśnie też głosówki z Osinowi, że to w ogóle jest. I na co ja się zapisałam? Myślałam, że idę na jakieś te reformery. Tak. Okazało się, że to jest jakiś hardkorowy aerobik z elementami baletu, gdzie po prostu… Czekam tylko, aż ten karnet się skończy, bo nie poczułam tego troszeczkę tych reformerów. To taki jest fajny, ale tamten hardkorowy. Bardziej mi się podoba śmiać, mi się chce z tego. Jakoś tam endorfiny wydzielają się. No, więc trzeba chyba szukać. Zosia Mazurek Dudek 00:22:08 No trzeba szukać, Ania Mazur Gajo 00:22:09 bo to jest… Ale mój karnet leży na reformery. Nie mam kiedy naprawdę teraz. Ja naprawdę nie mam kiedy iść. Zosia Mazurek Dudek 00:22:16 Jakie to jest pitolenie i to jest właśnie to, że musicie po prostu jakoś się zhakować i jeśli jesteście typem szukającym wymówek, Ania Mazur Gajo 00:22:26 to musicie się zhakować, Zosia Mazurek Dudek 00:22:29 no ja też niestety. Ania Mazur Gajo 00:22:31 Więc ja mam takie momenty, kiedy chodzę i kiedy nie chodzę. Zosia Mazurek Dudek 00:22:35 Dlatego może właśnie łatwo się nam o tym gada i łatwo nam się czuć w wadze, że to nie jest tak, że siedzi przed wami kolejna gym girl i po prostu mój każdy dzień zaczyna się od siłowni i jak tego nie robisz to… Nie jesteś w mojej grupie friendsów, tylko raczej tak pogadajmy o tym, co zrobić, żeby się wspólnie zmotywować i co zrobić, żeby z tego kółeczka za szybko nie wypaść. Co może sprawić, że zostaniemy tam dłużej i jak przełamać te pierwsze stresy albo po prostu potrafić je obśmiać, jesteśmy w tym z wami. 00:23:08 I nie mamy minimalnych wątpliwości odnośnie tego, że aktywny… fizyczna podczas starań jest jednym z głównych elementów, które trzeba zaopiekować i chociaż same chciałyśmy to zhakować i wielokrotnie od tego uciec, szukając innych sposobów i wierząc w to, że w przypadku chociażby mojej insulinooporności bardziej załatwi za mnie sprawę tabletka niż to, że zmobilizuję się regularnie na trening. Finalnie skończyłam zawsze tak, że każda z moich ciąż, w którą udało mi się zejść naturalnie, zaskakiwała wtedy. Kiedy nie oszukiwałam siebie i swojego kalendarza i znajdowałam czas na to, żeby na tej siłowni pojawić się regularnie. Zostawiamy do rozwagi. Ania Mazur Gajo 00:23:48 Trzymamy kciuki, nawet jak te karnety leżą. Zosia Mazurek Dudek 00:23:53 Może jeszcze można je odkurzyć. Ściskamy. Do zobaczenia za tydzień. Artykuł #115 Jak unikać aktywności fizycznej? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • September 18 · 27 min

    #114 Czego nie mówiłaś podczas starań

    „Boję się, że zostawisz mnie dla innej, kiedy nie dam ci dziecka”. To zdanie przez długi czas istniało tylko w głowie Zosi. I okazało się, że takich niewypowiedzianych rzeczy podczas naszych starań było znacznie więcej. Były rzeczy, które podczas starań siedziały nam w głowie miesiącami, ale nigdy nie wypowiedziałyśmy ich na głos. Nie mówiłyśmy mężom, jak bardzo się boimy. Lekarzom nie zadawałyśmy pytań, z którymi później szłyśmy do internetu. Nie potrafiłyśmy przyznać przed bliskimi, że czyjaś ciąża jednocześnie nas cieszy i cholernie boli. Dzisiaj wracamy do tego, co wtedy przemilczałyśmy. Plan odcinka Rzeczy, których nie mówiłyśmy mężom podczas starań Strach, że nigdy nie zostaniemy rodzicami Lęk, że partner odejdzie, jeśli nie będziemy mieli dzieci Ciąża bliskiej osoby – radość i zazdrość jednocześnie Udawanie, że wszystko jest okej Pytania, których bałyśmy się zadać lekarzowi Ukrywanie przed lekarzem suplementów i innych konsultacji Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Witamy w kolejnym odcinku naszego videocastu, podcastu. Jak nas ciągle słuchacie na Spotify, to ja daję cynę, że na naszym YouTubie można nas też oglądać, gdybyście sobie chciały na nas popatrzeć. Zapraszamy bardzo, bo co poniedziałek wstajemy rano i malujemy się dla Was, kochani. Żeby odbiór był milszy, bo gdybyśmy do Was nie jechały, żeby się z Wami zobaczyć, to ja Wam gwarantuję, że chodziłabym w dresie i nieumalowana. Ania: Kocham ten stan. Zosia: Czyli Aniusia też. Ania: Dzisiaj porozmawiamy sobie na temat… może inaczej. Temat dzisiejszego podcastu to: czego nie mówiłam podczas starań. Zosia: Mężowi, przyjaciółce, lekarzowi, koleżance z pracy. Takie rzeczy, które nie padały podczas starań. Ania: Zacznę od męża? Zosia: Możemy. Ania: Czego nie mówiłaś, Zosia, mężowi? Czy są takie rzeczy, których mu nie powiedziałaś? Zosia: Właśnie miałam tak, że jak czytałyśmy sobie ten skrypt, który przygotowałyśmy, i tam pojawiały się rzeczy, o których chciałyśmy hipotetycznie rozmawiać, to mówiłam: „To też mówiłam. No, mówiłam”. I potem Ania mnie zapytała: „No ale od początku to mówiłaś?”. I było takie: „A no kurczę, nie”. Bo mówiłam od momentu, kiedy nauczyłam się o tym mówić, czyli jak byliśmy już na końcówce terapii. Nawet nie na początku tej terapii, tylko na końcówce. Wtedy sama w ogóle odważyłam się przede wszystkim przed sobą to powiedzieć. To były takie rzeczy, których nie mówiłam mężowi, ale tak serio, w skrytości serca, nie mówiłam ich też samej sobie. Bo może gdybym odważyła się powiedzieć je samej sobie, to odważyłabym się w końcu powiedzieć je też mężowi. Ale to było gdzieś tam zagrzebane i raczej starałam się to zakryć jakimś innym swoim zachowaniem, żeby tego nie mówić. Ania: I powiesz nam, czego mu nie mówiłaś? Zosia: Na przykład tego, żeby nazwać to dokładnie: „Boję się, że zostawisz mnie dla innej, kiedy nie dam ci dziecka”. Albo: „Bardzo boję się tego, że obudzisz się kiedyś w świecie, w którym jesteś nieszczęśliwy, i powodem tego nieszczęścia będę ja. To, że nie mamy dzieci”. To były takie rzeczy, których nie mówiłam, których bardzo się bałam. Ania: Ja miałam podobnie, ale wydaje mi się, że przez cały czas starań nie wypowiedziałam słów, za którymi stał mój ogromny strach. Nie powiedziałam mojemu mężowi, że przeraża mnie to, że możemy nigdy nie zostać rodzicami. Że się tego boję. Mój mąż tego nie usłyszał. Wszystkie moje strachy zostały we mnie. A szkoda. Może wtedy człowiekowi byłoby w pewien sposób łatwiej. Może pozwoliłoby mi to trochę uwolnić się od tych myśli, zamiast zostawiać je gdzieś w środku. Zosia: Mi samo nazwanie tego i otworzenie się bardzo dużo pootwierało w serduchu. To było jak nacięcie ropnia, którego udajesz, że nie ma. On cię ciągle uwiera, czujesz się z nim bardzo źle, ale ciągle nie idziesz nic z tym zrobić. W końcu, kiedy to robisz, ten moment jest bardzo bolesny i bardzo trudny, ale potem masz taką ulgę, że żałujesz, że aż tak długo to odkładałaś. Tylko ja nie odkładałam tego dlatego, że wiedziałam, że będzie mnie bolało samo przecinanie. Ja nawet nie wiedziałam, że mogę to zrobić. Że mogę samym nazwaniem tego i nieuciekaniem od tego poczuć potem jakąś ulgę. Ale to prawda – nie mówiłam tego na początku. A samo wypowiedzenie tego na głos pozwoliło mi oswoić tę myśl, opracować strategię na tę myśl, czyli dalej się z tym zmierzyć. Finalnie się nie rozwieść z typem. No to było po prostu niesamowite. Z typem, który nigdy nie chciał się ze mną rozwodzić. A w mojej głowie te myśli urosły do takiej skali, że byłam w stanie rozwieść się z nim, zanim on podejmie tę decyzję. Też tego nie chcąc. Rozumiesz? Chore, ale do tego zaprowadziło nierozmawianie ze sobą i nienazywanie swoich lęków. A właściwie nawet nieumiejętność ich nazywania, bo ktoś musiał mi pokazać, że robię takie uniki i takie ucieczki. To były rzeczy, których nie mówiłam na początku, bo nie wiedziałam. A potem już mówiłam. Ania: Ja myślę, że mojemu mężowi sporo rzeczy nie powiedziałam. Zacznijmy od samych początków starań, kiedy tak bardzo przytłoczyło mnie to, że może się nie udawać. Mijały kolejne miesiące i mój mąż nie usłyszał ode mnie takich rzeczy, że mnie coś boli. Ja płakałam, on wiedział, że jest mi źle, natomiast nigdy nie padło – przynajmniej nie przypominam sobie takiej rozmowy – żebym powiedziała: „To jest dla mnie przytłaczający moment. Nie chcę być w tym miejscu. Tak bardzo się boję. Tak bardzo ta niepłodność mnie przytłoczyła”. W ogóle nie pamiętam, żebym coś takiego powiedziała na głos. Moim zdaniem bardzo wielu rzeczy nie powiedziałam mojemu mężowi. Zosia: A czego nie powiedziałaś… nie wiem, czy „przyjaciółka” to nie jest za duże słowo, ale przyjaciółce slash koleżance? Ania: Moi przyjaciele wiedzieli, że staramy się o dziecko, natomiast nie miałam też potrzeby wprowadzać ich w szczegóły. Chociaż pamiętam, że jak poroniłam, to mówiłam im o tym i rozmawialiśmy na ten temat. Nie miałam jakichś zahamowań, żeby o tym rozmawiać. Mówiliśmy, że staramy się o dziecko, ale nie wprowadzałam przyjaciół tak dogłębnie w te starania. Nie oczekiwałam też od nich jakiegoś wsparcia, bo z góry przyjęłam, że oni tego nie rozumieją. Może tak. Ten temat ich nie dotyczył. Część z nich nie miała nawet partnerów, z którymi byłaby na takim etapie życia. Więc oni po prostu byli. I za to jestem im wdzięczna. Moja przyjaciółka była zresztą nawet ze mną u ginekologa, tak się złożyło. Koleżankom, którymi się gdzieś tam otaczałam, mówiłam, że się staram, natomiast też ich w to nie wprowadzałam, bo miałam poczucie, że nikt z tej grupy nie czai, o co mi chodzi. Więc nie mówiłam im. A żeby powiedzieć im to, co czuję? Mężowi tego nie mówiłam, a co dopiero, wiesz… Nie ma takiej opcji. „Staramy się o dziecko” – to była informacja, którą mogłam się podzielić. I jakoś nikt też w to nie wchodził, nie pytał: „A co to znaczy?”. To nie były osoby, które miały takie doświadczenia, żeby mogły mnie pocieszyć. To była sucha informacja. Zosia: Tak. Zadając pytanie o przyjaciółkę, koleżankę, nie wiem dlaczego, ale od razu wyobraziłam sobie jakąś laskę w ciąży. Typiarę, która spodziewa się dziecka, albo świeżo obwieszcza tę nowinę, albo już jest na finiszu. I wiesz co? Zaraz ciebie o to zapytam, ale ja nigdy nie powiedziałam tak szczerze, jak powinnam – tak sobie teraz myślę – dokładnie tego, co czuję. Czyli: „Część mnie bardzo się z tobą cieszy i gratuluje ci, ale część mnie właśnie przeżywa rozdarte serce, bo tobie spełnia się marzenie, o które ja cały czas walczę”. To byłoby chyba fair. Tak sobie myślę z perspektywy czasu. Powiedzieć to, zamiast stać z przyklejonym uśmiechem numer tam któryś, wybranym na tę okazję, z zagryzionymi zębami i tylko czekać, aż wrócę do domu, kiedy będzie można puścić tamę i te łzy w końcu pociekną. Nie odbierać jej tego momentu szczęścia, bo część mnie naprawdę się cieszyła. Potrafiłam pogratulować i pomyśleć sobie: „Wow, super”. A druga część, która coraz głośniej krzyczała w głowie, a ja coraz bardziej starałam się ją ukryć, mówiła jednak: „To znowu nie ty”. Ania: Ja kobiecie w ciąży nie mówiłam… Ja chyba się w ogóle wyoutowałam. Nie rozmawiałam, unikałam kontaktu, nic nie mówiłam. Nie wiem, czy ja nawet pogratulowałam. O ciąży nie zostałam poinformowana bezpośrednio, tylko przez mojego męża, więc myślę, że po prostu z kultury osobistej na spotkaniu zapytałam: „Jak się masz?”. Natomiast nie miałam w sobie na tyle odwagi, żeby powiedzieć: „Gratuluję, ale jest mi ciężko”. To w ogóle by mi nie przeszło przez myśl. Mówienie, że jest ciężko… Wiecie, moja mama mówiła, że nie może być w życiu ciężko. W sensie: nie przyznawaj się do tego, że jesteś słaba. Ja trochę weszłam w dorosłe życie z takim przekonaniem, że sobie ze wszystkim dam radę. Że nie jestem słaba. Że zawsze dam radę, zagryzę zęby. Więc trochę przyjęłam taką postawę: hej, jestem twardzielem. Mama zawsze sobie dawała radę. Ty też sobie dasz radę. Nie bądź miękka faja. Więc kobiecie w ciąży w tamtym okresie przecedzałam przez zęby jakieś sztampowe rzeczy, bo coś wypadało powiedzieć. Jesteśmy między sobą, patrzymy na siebie, nie mogę udawać, że ten brzuch nie istnieje. Ale tylko sztampowe rzeczy. Nie mówiłam o tym, co czuję. Absolutnie. Nie przeszłoby mi to nawet przez gardło. Zosia: To tak jak ja. A są takie rzeczy, których na przykład nie mówiłaś lekarzowi podczas starań? Ania: Tak, są takie rzeczy. Na przykład nie mówiłam, że byłam u innego lekarza konsultować mój przypadek i co on zaproponował. Albo że podjął próbę stymulacji, ale z jakichś powodów straciłam do niego zaufanie i zmieniłam lekarza. Ukrywałam to. Nie wiem, czy mądrze, czy niemądrze. Sorry, nie oceniajmy siebie. Może gdzieś o tym wspomniałam, ale też nie angażowałam go w to, że te jajniki były już stymulowane jakimś leczeniem. Tylko czekałam, co on powie. Może spróbujemy jeszcze raz? Nie chciałam, żeby patrzył na to przez pryzmat tamtej konsultacji, więc nie do końca mówiłam, że konsultowałam jeszcze mój przypadek z kimś innym. I też lekarzowi nie mówiłam o wielu pytaniach, które miałam. Bardzo mnie krępowały te wizyty. Czasami wychodziłam z wizyty i nadal miałam pytania. Krępowała mnie też obecność mojego męża, który zadawał milion pytań, które były dla mnie wtedy tak irytujące. Ale może to i lepiej, bo ja siedziałam jak trusia i słuchałam. Wychodziłam z pytaniami, których wstydziłam się zadać. I właściwie nie wiem sama, czemu tak było. Po prostu wstydziłam się rozmawiać z tym lekarzem. Byłam dość wstydliwą osobą. Żeby nie pomyślał… nie wiem, że nie umiem, że powinnam to wiedzieć. Nie wiem, co chciałam sobie tym udowodnić. Finalnie nie zadawałam pytań mojemu lekarzowi, a później szukałam odpowiedzi w necie. Zosia: Ja pamiętam, jak padało pytanie o to, jakie biorę suple. W momencie, w którym przeginałam z ich braniem i brałam jakieś suple totalnie od czapy, trochę wstydziłam się do tego przyznać. Wymieniałam tylko tę taką bezpieczną bazę. Nie wspominałam o tamtych, myśląc sobie: „Ty i tak tego nie zrozumiesz. To na pewno są takie niegroźne suplementy, ale ja je sobie biorę. Pozwól mi je sobie brać. To jest dla spokoju mojej głowy, ja w to wierzę”. Nie krytykuj mnie za to. Bo bałam się, że jak wysypię się ze wszystkiego, co biorę, to on już sobie mnie umieści w odpowiedniej szufladce. Przypisze mi konkretne cechy, których uważałam, że nie posiadam, i będę oceniana przez pryzmat takiej fiksacji. Więc pamiętam, że nie wysypywałam się ze wszystkich supli, które brałam, podświadomie czując, że chyba jednak z nimi przeginam. Że moje pudełeczko bez dna i ładowanie tych supli w takich ilościach mogło nie do końca być rozsądne. Ale na tamten moment bardzo chciałam tak żyć i wolałam nie wypstrykiwać się ze wszystkich rzeczy, których lekarz mógłby się o mnie dowiedzieć. Też tak sobie pomyślałam po czasie, że mogłam – i to chyba też wynika z tego, że trudno jest mówić o swoich uczuciach – podzielić się z lekarzem swoim strachem. Tak po prostu to nazwać. Przychodzisz do kolesia na którąś tam inseminację w jego życiu. On wykonuje to jak procedurę, którą zna tak dobrze, że wręcz z zamkniętymi oczami by to zrobił. Ale dla mnie to jest akurat pierwszy raz i bardzo się tego boję. Może gdybym powiedziała: „Jestem bardzo zestresowana”, „Boję się”. Nawet nie wiem czego – czy bólu, czy tego, że nie wyjdzie. Albo przed HSG, drożnością. Ja też bardzo się tego bałam. Naczytałam się, że to tak boli. Przecież można było to nazwać. Może to by niczego nie zmieniło w postępowaniu lekarza, a może jakieś jedno zdanie, które cię pokrzepi, dałoby ci większy spokój w tym momencie, kiedy słyszysz tylko bicie swojego serca, bo tak bardzo się stresujesz. Ania: A wiesz, że masz rację? Teraz sobie przypomniałam, że nawet ja się nie zapytałam, czy to HSG boli. Nie zadałam tego pytania. Szukałam jakichś informacji, nakręcałam się opowieściami. Mamy zresztą podcast na temat tego, jak wyglądało to u nas, i bardzo Wam go polecamy, bo wiemy, że potrafi Was uspokoić. Ale ja nawet nie zapytałam lekarza, jak w ogóle wygląda ta cała procedura. Starałam się tak… nie zawracać mu głowy? Nie wiem, z czego to wynikało. Przychodzę na wizytę i nie chcę mu zawracać głowy głupimi pytaniami, a tych pytań było milion. Brałam sobie internet, szukałam odpowiedzi w internecie, zamiast zapytać u źródła, które właściwie jest po to, żeby rozwiać moje wątpliwości. Nie wiem. Za to mój mąż zadawał milion pytań. Zosia: Mój nie zadawał wcale, to może się wyzerowało. Jak wychodziliśmy z wizyt, to byłam wściekła, bo on siedział i nie zapytał o nic. Rozumiesz? Siedział jak trusia. A ja chciałam, żeby zadał jedno. Chociaż jedno pytanie. Wtedy bym widziała, że jemu bardziej zależy, że on jest w tym. A on siedział i słuchał. „Bo ty to najlepiej ogarniesz, bo ty to rozumiesz, bo ty wiesz, jakie pytania zadać”. Może się wyrównało. Pula pytań zadawanych przez mężów typiar, które siedzą w tym pomieszczeniu, równa się tyle samo, bo twój skorzystał z puli mojego męża. Ania: Myślę, że tak. Może aż za bardzo. Ale te pytania były tak frywolne, że za każdym razem w tym gabinecie myślałam, że będziemy się przy tym chłopie kłócić. Zosia: A skoro bałaś się zadać pytanie, to na pewno byś się pokłóciła przy chłopie. Ania: Na pewno nie. Ale później było: „Halo, musiałeś się odzywać? Po co?”. Widzisz, jak człowiek nie potrafił się ze sobą komunikować, to z tego to wynikało. Ja siedziałam w tym gabinecie taka zalęknięta, przerażona. Może teraz też bym siedziała taka w tej sytuacji, natomiast może więcej byłabym w stanie po prostu powiedzieć. Dobra. A czego nie powiedziałaś osobie, która zapytała: „A wy kiedy?” albo „Czy staracie się o dziecko?”. Zosia: Powiedziałam, ale za późno. Chyba musiałam sobie po prostu wyrobić żelazną pupę, na którą wiele razy upadłam i bolało. Bo wiesz, jak to jest z tymi ripostami, Aniusia. Te najlepsze przychodzą, jak już jesteś w chacie. „Ach, mogłam mu tak powiedzieć! A mogłam to!”. I masz po prostu taki wyrzut sumienia. Potem już miałam przygotowane jakieś odpowiedzi. A przynajmniej postanowienie, żeby znowu nie udawać, że to jest „hi, hi, hi”, śmieszny żarcik wujka Stasia, który jest po prostu poniżej jakiegokolwiek poziomu. Tylko żeby jednak skontrować to i pokazać: „Sorki, wpierdoliłeś się właśnie za granicę, która jest moją granicą, i nie pozwolę jej przekraczać”. Więc wyrobienie sobie takich żelaznych pośladów troszkę trwało. Musiał ten tyłeczek kilka razy zaboleć. Potem już potrafiłam odpowiadać różnie – grzecznie bądź mniej – ale zawsze byłam zadowolona, że nie pozwoliłam zrobić z siebie dziewczynki do bicia. Sorry, to nie jest śmieszny temat. Nie żartujemy sobie z tego. Przynajmniej nie w taki sposób i nie w mojej obecności. Ania: Ale to wymagało kilku takich sytuacji, w których nie wypowiedziałaś żadnych słów. Zosia: Tak. Bez riposty. A ty? Ania: Ja żałuję, że nie powiedziałam… Nie potrafiłam się odezwać w momencie, w którym byłam, nazwijmy to, atakowana i ktoś przekraczał moje granice. Robiłam: „Ha, ha”, a wcale mnie to nie śmieszyło. Taki śmieszny żarcik o tym, że ktoś nam „warsztat” pożyczy i na pewno się uda, bo komuś się udało. Mogłam się odezwać, bo to w sumie jest nieśmieszne. Na zasadzie: „Kurczę, chłopie, trochę mnie zraniłeś, bo stoję tu obok”. „Warsztat” mojego męża. Masakra. Natomiast nie odezwałam się. Takich sytuacji, które gdzieś mocno wbijały szpilę w towarzystwie, nie miałam bardzo dużo, bo miałam dobrych ludzi wokół siebie. Przyjaciół. Może czasem się zapytali, ale raczej to ja wychodziłam z inicjatywą. Oni byli po prostu obecni. Oni żyli wtedy takim życiem, gdzie nikt jeszcze nie starał się o dziecko. Więc pytania: „A kiedy dziecko?”, „A kiedy wy będziecie się starać?”… Zosia: One po prostu nie padały. Ania: Bo to nie był ten mindset. Oni na razie planowali jakieś śluby, wspólne rzeczy, rozpoczynali dorosłe życie, pierwsze prace. Raczej nie było tego myślenia. I z ust moich przyjaciół to nigdy nie padało. Wręcz czułam po prostu, że może oni nie potrafią dobrać słów, żeby mnie pocieszyć, ale wiem, że po prostu są i mogę czuć się przy nich swobodnie. Może tego nie rozumieją, więc nic nie mówią. Moja mama też tak taktownie zachowywała się w stosunku do tego. Póki ja nic nie mówię, to ona też nic nie mówi. I czasami są takie tematy, gdzie fajnie by było, gdyby wyszła i podniosła ten ciężki temat, ruszyła go. Natomiast w tym przypadku było mi bezpiecznie i super, kiedy nikt się nie pytał: „Kiedy macie dzieci?”. Zosia: I nie wywierał przy okazji na tobie presji. Ania: Tak. Od strony moich rodziców w ogóle nie było czegoś takiego: „Kiedy, kiedy, kiedy?”. Oni po prostu nic nie mówili. I to było dobre. Zosia: No to na koniec zadam ci pytanie: czego nie mówiłaś samej sobie? Ania: Wielu rzeczy. W ogóle, żeby zacząć ze sobą rozmawiać podczas starań, to jest długa droga. Bo na początku próbujesz się odnaleźć i poznać nową siebie. Kim ty się stajesz? Kim ty jesteś? Dlaczego tak bardzo uwiera cię coś, na co kiedyś nie zwracałaś uwagi? Jak może cię uwierać kobieta w ciąży? Co jest z tobą, dobry człowieku? Czy ty jesteś niedobrym człowiekiem? Ktoś spodziewa się dziecka, a ty nie jesteś w stanie pogratulować mu w twarz, bo zaraz się popłaczesz. I nie mówiłam sobie, że tak może być. Nie rozumiałam tego, że hej, kiedy starasz się o dziecko, takie reakcje na daną sytuację mogą się pojawić i nie powinny cię dziwić. Natomiast ja traktowałam je jak jakieś anomalie w mojej głowie i jeszcze się za to ganiłam. „Co z ciebie jest za człowiek? Co ty jesteś?” Bo wychodzisz z założenia: dobrym jesteś człowiekiem, tak? Tak o sobie myślisz. Nie chcesz źle dla ludzi. Nie chodzisz po ulicy i nie szukasz kogoś, komu można zrobić przykrość. I nagle: co się z tobą dzieje? Skąd te myśli? Patrzysz na laskę i myślisz sobie: „Dlaczego ty masz życie, o którym ja marzę? Dlaczego masz brzuch, o którym ja marzę? Dlaczego masz dziecko, o którym ja marzę, a nie ja?”. A zazdrość jest dobra czy zła? W moim odczuciu wtedy była zła. Patrzyłam na siebie jak na złego człowieka. I z tym sobie nie mogłam poradzić. A przecież nie byłam złym człowiekiem. A ty czego sobie nie mówiłaś? Zosia: Też wielu rzeczy. Ale przede wszystkim nie mówiłam sobie, że jestem fajna. Że jestem naprawdę fajną, wystarczającą laską. Dla samej siebie, dla mojego męża. Starałam się to sabotować. W ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli, że taka, jaka jestem w danym momencie, mogę być wystarczająca. Że to jest naprawdę bycie spoko żoną still. Że to jest bycie spoko psiapsi cały czas. Że to jest bycie wystarczającą synową, córką. W ogóle nie dopuszczałam takiej opcji do siebie. Totalnie. Byłam ciągle za mało, ciągle pod kreską. I to tak przysłaniało wszystko inne, co robiłam, że nie było wtedy w moim życiu sukcesów ani czegoś, za co sama siebie mogłabym polubić. Mimo że robiłam naprawdę dużo fajnych i wartościowych rzeczy. Nie pozwalałam tej lasce pomyśleć o sobie, że jest po prostu fajną laską. Ania: Ciężko się pokochać podczas starań. Zosia: Bardzo. A z perspektywy czasu, jak patrzysz na tamtą dziewczynę, to widzisz, że to była naprawdę spoko typiara. Tak bardzo pogubiona, tak bardzo z klapkami na oczach, ale naprawdę spoko. I ona tak bardzo siebie nie lubiła. I sobie myślisz: „Boże, mała, chociaż troszeczkę mniej od siebie wymagaj. Troszeczkę. Bo przecież nie zdejmę ci po prostu tego chomąta, ale minimalnie”. Tego sobie nie mówiłam i przede wszystkim tego nie czułam. A Wy, ziomusie, czego Wy sobie nie mówicie? Zastanówcie się tak w skrytości serca. Czego sobie nie mówicie? Czego nie pozwalacie sobie poczuć? Co jest tam na dnie takie bardzo kanciaste, że aż uwiera i nie chce się tego dotykać? O czym nie gadacie ze swoim mężem, partnerem? Czego nie mówicie przyjaciółce? Bo na pewno są takie rzeczy. A może właśnie próba nazwania ich i takiego – niestety – nacięcia tego ropnia sprawi, że choć ten moment nacinania będzie bardzo bolesny, to po czasie pozwoli poczuć ulgę. Dajcie cynę. A my widzimy się z Wami za tydzień. Artykuł #114 Czego nie mówiłaś podczas starań pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • September 11 · 28 min

    #113 Co miesiąc przeżywam żałobę

    W tym odcinku rozmawiamy o jednym z najtrudniejszych momentów podczas starań- dniu, w którym przychodzi miesiączka. Przez cały cykl rośnie nadzieja, zaczynamy doszukiwać się objawów I bardzo chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej, a potem wszystko potrafi rozsypać się w kilka minut. Plan odcinka Dlaczego miesiączka podczas starań boli inaczej niż zwykle Jak przez cały cykl buduje się nadzieja Wmawianie sobie objawów Moment, kiedy pojawia się krew Nieregularne cykle i jeszcze większy chaos w głowie Złość na samą siebie Jak szybko trzeba było znowu się pozbierać Poker face podczas niepłodności Dlaczego czasami partnerzy nie potrafią być obok Co powiedziałybyśmy sobie dzisiaj Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur-Gajo 00:00:00 Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia Mazurek-Dudek 00:00:01 Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Słuchajcie, dzisiaj będziemy sobie nawijać o dniu, kiedy przychodzi miesiączka i przeżywamy wtedy taką swoją żałobę. W roboczym tytule miałyśmy „małą żałobę”, ale potem stwierdziłyśmy, że momentami to wcale nie była mała żałoba, tylko największa rozpierducha życia w trakcie jednego cyklu. Bo ta nadzieja, wezbrana do granic możliwości, po prostu wtedy opadała. Ja na przykład nie miałam złudzeń. Wiemy, że Ania jeszcze miała złudzenia, bo przyjście miesiączki wcale nie oznaczało dla niej od razu końca. Znaczy, ja to wiem. Może jak słuchaliście jakichś poprzednich podcastów, to zresztą wiecie. Ale porozkminiamy sobie o tym. Gdyby cykl miesiączkowy miał być jakąś taką linią, to przez cały czas buduje się napięcie i po kropelce dolewa do wiaderka nadziei. Kumulacja jest po prostu tuż przed okresem, więc jak on przychodzi, jest mnóstwo emocji, które nami miotają. Ania Mazur-Gajo 00:01:34 Miesiączka jest podsumowaniem całego miesiąca starań, bo podczas starań żyjemy od-do i pewien cykl się kończy. Jest to cykl miesiączkowy, ale też pewien cykl w głowie, cykl nadziei. Taki moment, kiedy wszystko zaczyna się od nowa, pojawia się biała karta i zaczynamy nowy cykl. Nowe starania, nowy plan. Zanim to się wydarzy i ten nowy plan wejdzie do głowy, jest ta żałoba. Nasze marzenia znowu się nie spełniły. U mnie było jeszcze tak, że kiedy czekałam na miesiączkę i ona przychodziła, nadal się łudziłam, że może to nie jest miesiączka. Zdarzało mi się nawet wtedy jeszcze testować. Gdzieś wyczytałam jakąś historię, że ktoś miał plamienie, myślał, że to miesiączka, a potem okazywało się, że jednak nie. Ja po prostu wyszukiwałam takie historie. Nie chciałam jeszcze w to wierzyć. Nadal się łudziłam. Zosia Mazurek-Dudek 00:02:54 Że to nie jest to. Nie z tobą, bo nie było mnie wtedy w twoim życiu, ale pamiętam te historie, kiedy laski dostawały teoretycznie okresu, myślały, że to okres, a potem się okazywało, że nie. Ania Mazur-Gajo 00:03:06 Że to właśnie było plamienie. I myślałam sobie: być wybrańcem. Zosia Mazurek-Dudek 00:03:10 Być wybraną i to właśnie tobie się udaje. Ania Mazur-Gajo 00:03:14 A że ja miałam różne miesiączki, niektóre skąpe, szczególnie przy cyklach nieowulacyjnych, to one naprawdę potrafiły być tylko plamieniem. I ta miesiączka dawała mi wtedy takie: „Ojejku”. To mi bardzo rozwalało głowę. Ten moment, w którym miesiączka miała wystąpić, a cykle były jakieś dziwne. Dopiero później odkryłam, że wynikało to z tego, że były to cykle bezowulacyjne i endometrium nie miało się za bardzo z czego złuszczać. A wcześniej robiło mi to ogromną nadzieję. Ja w ogóle nie wiedziałam, gdzie jestem. Później, kiedy cykle były już monitorowane, były leki i wiedziałam, co jest, gdzie i na co czekamy, było inaczej. Ale wcześniej, zanim zgłosiłam się do lekarza i sama próbowałam to ogarnąć, ten cykl był dla mnie bardzo chaotyczny. Pamiętam, że bardzo mnie to męczyło. Ta nieregularność cykli, zastanawianie się, czytanie historii, czytanie o objawach, wczytywanie się w to wszystko i analizowanie, co to może oznaczać i co oznacza u mnie. Zosia Mazurek-Dudek 00:04:27 Ja miałam jeszcze tak, że jak wiedziałam, że jakiś objaw częściej występuje w danym momencie, to potrafiłam go sobie wmówić. Czekałam na tę tkliwość piersi. Na bóle podbrzusza. Na plamienie implantacyjne. Nie miałam go nigdy i zawsze myślałam, że je będę mieć, jak to będzie ten wygrany cykl. Pamiętam też naprawdę to, że kiedy przychodził okres, czułam się takim frajerem. Sama z siebie gdzieś wewnętrznie drwiłam i byłam sobą rozczarowana. Myślałam: „Kurwa, kolejny raz się dałaś nabrać. Miesiąc temu leżałaś na tej samej podłodze, a teraz dzieje się to samo”. To przecież nie była moja pierwsza miesiączka podczas starań. Ten scenariusz właściwie nigdy nie wyglądał inaczej. Może różniła się długość cyklu, ale pamiętam, że byłam na siebie potwornie zła. Obiecywałam sobie: „Już sobie nie uwierzysz, Zosin. Nie zrobisz sobie już więcej takiej nadziei. Wiesz, czym to się kończy. Zostaw sobie margines na to, że będziesz superzaskoczona, jeśli się uda, ale nie nastawiaj się, że to będzie teraz. Nie wmawiaj sobie tych objawów”. Za każdym razem, kiedy to tak strasznie bolało, kiedy kuliłam się na tej podłodze i wyłam, myślałam: znowu jesteśmy w tym samym punkcie. Znowu dałaś się nabrać. Znowu uwierzyłaś sobie, że ta tkliwość piersi musiała być inna niż w zeszłym cyklu. Ania Mazur-Gajo 00:06:09 Doszukiwanie się objawów to nieodzowna część starań. Cały czas ich szukasz. Ale szukasz też objawów miesiączki, tego bólu przedmiesiączkowego, który niektórym towarzyszy, a innym nie. Zosia Mazurek-Dudek 00:06:30 Tylko ból podbrzusza zdarza się również w początkowej fazie ciąży. I wtedy zastanawiasz się: to jest ból miesiączkowy, który się zbliża, czy może jednak ten ból, bo coś się tam zagnieżdża? Nie wiesz tego. Ania Mazur-Gajo 00:06:44 Więc cały czas jesteś w takim czuwaniu. Zosia Mazurek-Dudek 00:06:48 Tak. Chodzi mi o to, że chciałam, żeby wtedy w mojej głowie przejmował prym Zosin rozsądny. Taki, który potrafi mi przemówić do rozsądku i powiedzieć: „Zosin, słuchaj, raczej to będzie jednak ból na miesiączkę. Nastaw się na to. Bądź przygotowana, niech cię to nie zaskoczy”. A nie ten Zosin, który mówi: „W tamtym cyklu chyba bolało cię inaczej. A zobacz, teraz miałaś śluz płodny. W tamtym cyklu go nie miałaś, a w tym miałaś”. Zawsze było coś. Zawsze sobie coś znalazłam. Chciałam być tym Zosinem, który przejmuje kontrolę. Że okej, będę gotowa na okres. Na pewno będzie mi przykro, bo nie będę potrafiła tego tak odczarować, żeby powiedzieć sobie: „Easy game, jestem tutaj pięćdziesiąty raz i nic mnie to nie rusza”. To była walka serca i rozumu. Pamiętam, że kiedy leżałam w łazience na podłodze i wyłam, oprócz totalnego puszczenia lejców i pozwalania sobie wtedy na wszystko grzeszne, obiecywałam sobie, że sama siebie już nigdy tak nie wyroluję. Że sama sobie już nie uwierzę. Nie nakręcę się tak. Nie dam sobie aż tyle nadziei, bo sama siebie nią karmiłam. I ja już nigdy nie testowałam w dzień miesiączki. Wiedziałam, że jak jest krew, to mam „the end”. Koniec. Ania Mazur-Gajo 00:08:26 Ja w ogóle nie ganiłam się za karmienie nadzieją. Chociaż to zależy, jaki był cykl. Czasami wpadasz w spiralę myśli, że się nie udało, na pewno się nie udało, analizujesz wszystko. Ale czasami myślisz sobie: „Kurczę, może jest inaczej”. Faktycznie zaczynasz w to wierzyć. Każdy dzień tego wyczekiwania wygląda trochę inaczej. Mam pytanie do ciebie. Chodziłaś do toalety sprawdzać, czy masz już miesiączkę? Tak obsesyjnie, że co chwilę do łazienki? W pracy wychodzisz do toalety częściej niż w inne dni tylko po to, żeby zobaczyć, co tam się dzieje? Zosia Mazurek-Dudek 00:09:08 Na pewno tak. Ale też bardzo bałam się tego momentu. Kiedy miałam takie uczucie: „O kurczę, może to już się zaczęło”, leciałam do łazienki z duszą na ramieniu i modliłam się, żeby to jednak nie było to. Pamiętam, że sam moment spojrzenia na majtki był straszny. Żeby tylko tego nie zobaczyć. Żeby to tylko nie było to. Ania Mazur-Gajo 00:09:28 Ja wręcz tak wyczekiwałam, że przeprowadzałam sobie badanie palpacyjne, żeby tylko sprawdzić, czy wokół szyjki nic się jeszcze nie pojawia. Zosia Mazurek-Dudek 00:09:36 A ja sprawdzałam na papierze, czy nie ma jakiejś minikropelki. Ania Mazur-Gajo 00:09:44 Żeby wiedzieć. Tak wyczekiwałam tego momentu podsumowującego wszystko. Albo się uda, albo się nie uda. Albo od jutra będzie inny dzień i to się skończy. Zosia Mazurek-Dudek 00:09:54 Albo nadal będzie nadzieja, bo to tylko jeden dzień spóźnienia. Ja miałam turbo nieregularne cykle. Ty też. Więc nie było tak, że mam co miesiąc 28, 29, 30 czy nawet 34 dni i jak nie przychodzi 35. dnia, to wiem, że dzieje się coś innego. Raz potrafiło być 26 dni, raz 76, raz 53. Ostatnio przejrzałam swoje wykresy i obserwacje i znalazłam cykl 114-dniowy. Cześć, boska. Ania Mazur-Gajo 00:10:41 Jak patrzę na taki cykl 114-dniowy, to zastanawiam się, skąd miałaś w sobie tyle cierpliwości do obserwacji tego. Zosia Mazurek-Dudek 00:10:57 Tam nie było ani krzty cierpliwości. Stara, od któregoś dnia mam już ponotowane, że wjeżdżały leki, więc to nie było tak, że ja byłam bez obserwacji. Byłam pod kontrolą lekarza. Pamiętam, że próbowaliśmy wywoływać ten okres. Tam nie było cierpliwości, była frustracja do granic możliwości. To były jedyne momenty, w których już wiedziałam, że ten cykl jest stracony. Nie będzie już owulacji, endometrium nie wygląda dobrze, to nie jest dobry moment, żeby coś się tam działo. Wręcz błagałam o ten okres, który mógłby zapoczątkować nowe starania. Ale to były takie momenty, kiedy byłam pod kontrolą lekarza i on już mi mówił: „W tym cyklu wszystko stracone, teraz czekamy tylko na okres”. Ania Mazur-Gajo 00:11:41 Dlatego o to zapytałam, bo chciałam zachęcić osoby, które może jeszcze zwlekają z wizytą u lekarza, a mają nieregularne okresy, żeby jednak to skonsultowały. Zosia Mazurek-Dudek 00:11:54 Bo co? Wyobraziłaś sobie, że byłam Zosinkiem, który po prostu w notesiku spisuje ostatni dzień i czeka? Ania Mazur-Gajo 00:12:01 Bo zaczynasz starania o dziecko. U mnie było tak: zaczynam starania, więc jak to w miesiąc się nie miało udać? A się nie udało. Później dopiero zaczęłam przyglądać się miesiączkom i cyklom i zastanawiać się, co jest grane. Nie poszłam wtedy do lekarza i pamiętam, że było to dla mnie ogromnie frustrujące. Mogłam właściwie od razu udać się na monitoring cyklu, ale kto wiedział? Zgodnie z zasadą czekałam rok i myślałam, że jak pójdę wcześniej, to usłyszę: „A co pani tu robi?”. Zosia Mazurek-Dudek 00:12:43 Bo jakbyś przyszła i powiedziała prawdę, że to trwa trzeci miesiąc, to by się popukali w głowę i powiedzieli: „Proszę czekać”. Ania Mazur-Gajo 00:12:50 A ja nie chciałam czekać. Chciałam, żeby się udało tu i teraz. Więc te nieregularne miesiączki były bardzo frustrujące. A moment, w którym w końcu ten okres przychodził, był destrukcyjny. Nie chciało mi się nawet wstawać z łóżka. Najchętniej bym się schowała. Nie mówcie nic do mnie. Nie ogłaszajcie żadnych ciąż, bo to mnie zabije. Nie mówcie, że komuś się udało. Najlepiej nie zapraszajcie mnie nigdzie. Nie będę tańczyć z wami na imprezach i na waszych urodzinach. Chcę zostać w łóżku. Nie chcę nigdzie wychodzić. Chcę płakać. Zosia Mazurek-Dudek 00:13:43 Pamiętasz, po jakim czasie udawało ci się napełnić źródełko nadziei od nowa na tyle, żeby wstać i planować? Cykl leciał swoim rytmem, więc po okresie zbliżały się dni płodne i już wtedy przybierałaś maskę numer osiem i uśmiech numer pięć. Ania Mazur-Gajo 00:14:04 Kiedy miesiączka się kończyła, miałam już ustawione nowe wizyty. A nowe wizyty to nowy plan i nowa nadzieja. Zosia Mazurek-Dudek 00:14:13 Funkcjonowałam w tym trybie kilka lat, więc wiem. Ale zastanawiam się, ile czasu zajmowało ci takie odbicie od dna. Ania Mazur-Gajo 00:14:24 Nie potrafię ci powiedzieć dokładnie. Pierwszy dzień na pewno musiał być przepłakany. Drugi był już trochę taki: „Nie mogę przecież leżeć w tym łóżku cały czas”, chociaż bardzo bym chciała. Zaczynało się ustawianie w głowie nowego planu. Czwarty, piąty dzień, miesiączka powoli się kończyła, więc trzeba było wprowadzać leczenie, umawiać się na wizyty, rozpisywać plan wizyt, dojazdów i tego wszystkiego. I powoli ta nadzieja się wlewała. Coraz więcej i więcej. W końcu wyczekujesz owulacji, jesteś szczęśliwa, że ona jest. To jest nowa nadzieja. Zosia Mazurek-Dudek 00:15:10 Pamiętam, że niektóre stymulacje miałam rozpisane już od trzeciego dnia cyklu. Więc kiedy jeszcze miałam krwawienie, zaczynałam brać tabsy i to było takim moim deadline’em totalnego rozlania. Bo jak przychodził okres, tego samego wieczora otwierałam wino. Butelka była moja i raczej niechętnie się nią dzieliłam. Myślałam: cały miesiąc jadłam zdrowo, odżywiałam się okej, nie piłam alkoholu, bo wiadomo. To teraz sorry, ale dlaczego miałabym dalej trzymać się w ryzach, skoro to nic nie przyniosło? Pamiętam te wieczory zakrapiane winem, na smutno, z rykiem. Z tym kojarzą mi się moje okresy. Pamiętam też, że do trzeciego dnia musiałam się podnieść. Te pobudki rano po winie, kiedy czułam się okropnie, bolała mnie głowa, trzeba było iść do pracy i stawiać czoła kolejnym wyzwaniom, a wewnętrznie czułam się najgorzej na świecie. Trochę trzymały mnie w ryzach te leki. Ale kiedy przychodził trzeci dzień i trzeba było zacząć brać tabsy, emocje po poprzednim cyklu jeszcze nie opadły. Nadal czułam się słabo, nadal byłam sobą rozczarowana i z góry zakładałam, że pewnie znowu się nie uda. Myślałam: „Frajerze, jeszcze się nie podniosłaś po poprzednim i już ciśniesz następne”. Ale z drugiej strony szkoda mi było stracić tego cyklu. To nie była nienawiść do siebie, ale bardzo negatywne uczucia do Zosinka. Ania Mazur-Gajo 00:16:51 Pomyślałam jeszcze o tym, że miesiączka nie zawsze przychodzi rano, kiedy jesteś w domu i możesz się z nią zderzyć właśnie tam. W domu możesz ten pierwszy płacz, ten wybuch, wykrzyczeć w poduszkę, przycisnąć twarz do poduszki i płakać. Ale czasem to wszystko przychodzi w pracy i musisz mieć poker face. Możesz uronić łzy w toalecie, szybko wytrzeć kącik oka, ale potem musisz wrócić do roboty. Między ludzi. Rozmawiać, śmiać się i po prostu funkcjonować. Myślę, że dla wielu osób jest to bardzo trudny moment, bo nie możesz sobie pozwolić na upuszczenie tych emocji. Zosia Mazurek-Dudek 00:17:54 Stara, ale tak szczerze mówiąc, niepłodność uwielbia stawiać cię w sytuacji, kiedy musisz przybrać poker face. Bo to nie jest tylko przyjście okresu. Z Poker Facem w nieprzewidzianych sytuacjach spotykasz się all the time. Te swoje uśmiechy numer pięć musisz mieć w kieszeni bardzo często. Jesteś przed okresem, jesteś w trakcie owulacji, przychodzisz do roboty i nie wiesz, czy to nie będzie ten dzień, kiedy koleżanka z biurka obok pochwali się, że niedługo będą mieli dziecko. Wtedy też wjeżdża Poker Face. Dowiadujesz się, że jako jedyna niedzieciata jedziesz na jakiś wyjazd, bo inni nie mogą, bo mają dzieci. Jeszcze chore dzieci. Gruby kaliber. Ty nie masz takiego kalibru. Ania Mazur-Gajo 00:18:41 A ty właśnie wyszłaś z toalety i dostałaś miesiączkę. Zosia Mazurek-Dudek 00:18:44 Dokładnie. I zrobiłabyś wszystko, żeby mieć te chore dzieci i móc się tym martwić, zamiast być wytypowaną do zadania, do którego twoja dzieciata koleżanka nie jest. I co wtedy? To bardzo często nie jest moment, w którym odważysz się powiedzieć to, co naprawdę chcesz powiedzieć. Wjedzie uśmiech numer pięć. Przy niepłodności bardzo często nie możesz pozwolić sobie być sobą i puścić emocji tak, jakbyś chciała. Nie zawsze jesteś w swoich czterech ścianach, gdzie czujesz się swobodnie i bezpiecznie. Jest wiele takich momentów, kiedy jedziesz na oparach i jeszcze musisz wykrzesać z tych oparów ładny obraz. Ania Mazur-Gajo 00:19:32 Masz jakąś myśl dla siebie samej sprzed kilku lat? Co powiedziałabyś takiej Zosi, która właśnie dostała miesiączkę? Czy było cokolwiek, co mogłoby jej pomóc przetrwać ten czas? Zosia Mazurek-Dudek 00:19:59 Nie wiem. Trochę bałabym się chyba nawet do niej podejść. Serio. Wyobrażam sobie tak bardzo poranioną i zagubioną laskę, że mogę ci na pewno powiedzieć, czego ona nie chciałaby usłyszeć. „Nie martw się, następnym razem się uda”. Czyli na przykład to, co mówił do mnie mój mąż. On dokładnie tak mówił: „Nie martw się. Jeszcze na pewno kiedyś się uda. Zobaczysz, jeszcze na pewno będziemy mieli dzieci”. Kurwa, skąd wiesz? Właśnie kolejny raz się nie udało. Mija kolejny cykl naszych starań. Kolejny rok się nie udaje. Czemu mi pieprzysz takie głupoty, że się uda? Skąd masz taką wiedzę? Co to w ogóle jest za pocieszenie? „Będzie dobrze”. Wsadzić sobie to w dupę. Będzie dobrze. Albo daj mi dowody, że naprawdę będzie dobrze. Skąd wiesz, że będzie dobrze? To było coś, co mnie wtedy rozniecało. „Będzie dobrze. Nie martw się. Na pewno będziemy mieli dzieci”. Serio? Ja chyba bardziej chciałam usłyszeć: „Bez względu na to, jaki scenariusz nas czeka, ja będę z tobą”. Czy to od męża, czy od przyjaciółki. Wolałabym usłyszeć: „Czuję, jak jest przejebane. Nie wiem, jak ci pomóc, ale chcę być przy tobie. Po prostu nie wiem jak”. „Tak samo czuję bezsilność jak ty. Nie mamy nad tym kontroli, ale nie chcę ci mydlić oczu tym, że będzie dobrze”. A ty wiesz, co chciałabyś wtedy usłyszeć? Ania Mazur-Gajo 00:21:24 Nie było słów, które mogłyby mnie wtedy pocieszyć. Natomiast bliskość i obecność mojego męża mogłyby mi pomóc. Często było tak, że on był w pracy i nie było go przy mnie. Jak wspominałam wcześniej, on widział te starania tak, że to, co może zrobić, to pracować na kilka etatów, dosłownie, żeby zarobić hajs na leczenie, które, jak wiemy, jest drogie. I też po to, żebym ja mogła mniej pracować i mniej zarabiać, żeby mieć czas jeździć na leczenie i do lekarzy. To sprawiało, że trochę brakowało mi jego obecności. Takiej, żeby po prostu był przy mnie. Żeby mnie wysłuchał i wziął na klatę to wszystko, co wtedy kłębiło się we mnie i w moich myślach. Tylko ja nie umiałam tego nazwać, bo wszystko zamykało się we mnie w środku. Zosia Mazurek-Dudek 00:22:37 Pamiętasz, jak potem miałyśmy jeden z małżeńskich podcastów, kiedy nasi mężowie byli naszymi gośćmi? Zadawałyśmy im dużo pytań, wspominałyśmy okres starań i zestawiałyśmy ten świat męski i damski. I pamiętasz, jak wyszło, że oni mieli dokładnie tak samo? Kiedy ich kobieta płakała, to było coś, z czym obydwaj nie potrafili sobie poradzić. Jakby wszystko możesz im zrobić, ale jak baba płacze, to oni czują się tak bezsilni, że chcą jak najszybciej to przerwać. Towarzyszenie płaczącej kobiecie było dla nich turbo niekomfortowe i trudne. Czuli się wtedy bezużyteczni i bezsilni. Pamiętasz to? Ania Mazur-Gajo 00:23:22 Ja mam tak do tej pory. Zosia Mazurek-Dudek 00:23:23 Najgorzej, tylko nie płacz. Bo on już nie wie, gdzie uciec. Nie wie, co ma zrobić. Po prostu: „Przestań płakać”. Ania Mazur-Gajo 00:23:30 Ale zabrakło też jasnych komunikatów. Tylko, ludzie, ja wtedy nie miałam ochoty uczyć się komunikacji z moim mężem. Ja miałam ochotę płakać, bo to było dla mnie naturalne. Wtedy jeszcze nie umieliśmy do końca w ten związek, w to męsko-damskie. Mamy inne mózgi, inaczej to rozumiemy, inaczej czujemy. To, w co byłam wtedy wyposażona, próbowałam wykorzystać. I jedyne, co mogłam zrobić, żeby siebie ochronić i jakoś sobie ulżyć, to położyć się na kanapie i płakać. Chciałam wtulić się w poduszkę i wyć. Kładłam się też na podłodze i tam wszystko mnie rozdzierało. Serce, głos. Płakałam na tej podłodze. Zostawiałam tam wszystko. To mi dawało jakieś ukojenie. Zosia Mazurek-Dudek 00:24:31 Ancia, ja to rozumiem. Ania Mazur-Gajo 00:24:33 Szkoda, że mojego męża jednak tam nie było. Zosia Mazurek-Dudek 00:24:34 I teraz wyobraź sobie, że twój stary ma już palpitację serca, kiedy zaczyna ci się kręcić jedna łza, a ty wymagasz od niego, żeby był przy tobie. Twój stary widzi, że płaczesz i jedyna myśl, jaką ma, to: „Spierdzielać stąd. Jak wrócę, to może już nie będzie płakała. Nie będzie tak trudno”. Ania Mazur-Gajo 00:24:58 Uczyliśmy się wspierać nawzajem i nie potrafiliśmy tego. Ciężko mi powiedzieć, co moglibyśmy wtedy zrobić inaczej, bo byliśmy zupełnie innymi ludźmi. Przeszliśmy przez ten etap. Teraz w związku jesteśmy gdzie indziej. Umiemy ze sobą rozmawiać i komunikować się, raz lepiej, raz gorzej. Natomiast wtedy tego nie umieliśmy. Zosia Mazurek-Dudek 00:25:19 Pamiętam to. Ania Mazur-Gajo 00:25:21 Oczekuję od ciebie, że… Zosia Mazurek-Dudek 00:25:22 Tak, dobrze, już poproszę cię. Ania Mazur-Gajo 00:25:25 Teraz jestem w stanie bardziej otwarcie powiedzieć wszystko, co mi siedzi na wątrobie, co mnie boli, czego potrzebuję. Powiedzieć: „Bądź ze mną”. Natomiast wtedy mu tego nie powiedziałam. Zosia Mazurek-Dudek 00:25:41 I kontrast tych światów polegał nie tylko na tym, że nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać i dawać sobie jasnych komunikatów. Dla ciebie największym wsparciem byłoby coś, co dla twojego męża było największym strachem. Czaisz to niedotarcie tych światów? A potem, kiedy to wyszło, oni patrzyli na siebie wielkimi oczami i mówili: „Kurna, najgorzej. Mam tak samo. Najgorzej jak baba ryczy”. To było takie: wszystko załatwimy, tylko przestań płakać. Bo oni nawet nie potrafili skupić się na szukaniu rozwiązań, bo nasz płacz tak bardzo wyprowadzał ich z komfortu. Płacząca kobieta to już była granica. „Jak przestaniesz płakać, to wtedy będę mógł zebrać myśli i coś wymyślimy. Ale przestań płakać”. A dla mnie ten płacz był wręcz oczyszczający. Myślałam: „Dobra, popłaczę sobie, zrobi mi się trochę lepiej, bo już dłużej nie mogę”. Ania Mazur-Gajo 00:26:35 Myślę, że w późniejszych etapach mój płacz tak dekoncentrował mojego męża, że powodował wręcz kolejne kłótnie. On się tym irytował, co z kolei powodowało wyrzut złości. Każdy sobie radził, jak mógł, z tym wszystkim. Tyle powiem. Zosia Mazurek-Dudek 00:26:58 O Boże, tym wspomnieniem zakończymy odcinek? Zosia Mazurek-Dudek 00:27:11 Zastanawiam się też, czy jest jakaś uniwersalna, nawet nie rada, tylko myśl, którą mogłybyśmy się z Wami podzielić na koniec tego odcinka. Jeśli po drugiej stronie siedzi taka Ania, taka Zosia, taka Basia czy Kasia, która słucha nas właśnie wtedy, kiedy ten okres trwa. A miało go, kurna, nie być, bo było tyle sygnałów na to, że się nie pojawi. Tyle rzeczy się składało na to, że tym razem miało być inaczej. Czy jest coś takiego, laski, co mogłybyśmy Wam powiedzieć? Ania Mazur-Gajo 00:27:47 Może mogłybyście napisać w komentarzach, co Wam pomaga w tych dniach? Może ktoś zaczerpnie z tego coś dla siebie albo się zainspiruje. Coś, co naprawdę pozwala Wam nie tyle wrócić od razu na sto procent do pełni sił, co po prostu przetrwać ten czas do kolejnej nadziei. Zosia Mazurek-Dudek 00:28:09 A jeśli trudno jest znaleźć coś, co pomaga, napiszcie chociaż, czego na pewno nie mówić albo czego nie robić wtedy, kiedy to się dzieje. Może łatwiej będzie znaleźć takie antyżyczenia, antyrady, antyteksty. Ściskamy Was mocno. Mamy nadzieję, że nasze wspominki, to, że trochę siedzimy sobie wspólnie w głowach i że da się z tego wszystkiego wyciągnąć jakiś wspólny mianownik, pomogą Wam poczuć się trochę mniej samotnie w tym cholernie trudnym czasie, który rozrywa serce. Ściskamy Was bardzo mocno i widzimy się i słyszymy za tydzień. Artykuł #113 Co miesiąc przeżywam żałobę pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • September 4 · 29 min

    #112 Jestem zła na swoje ciało

    Podczas starań relacja z własnym ciałem potrafi być naprawdę skomplikowana. Z jednej strony robisz wszystko, żeby o nie zadbać: dieta, suplementy, badania, leki, zmiana stylu życia. Z drugiej patrzysz na nie z coraz większą złością i zastanawiasz się, dlaczego mimo tych wszystkich starań nadal nie chce z Tobą współpracować. W tym odcinku rozmawiamy o tym, jak niepłodność zmienia sposób, w jaki patrzymy na własne ciało. O poczuciu, że ciało zawodzi, szukaniu kolejnych rzeczy do „naprawienia” i próbach zrozumienia, czego jeszcze może potrzebować. Wracamy też do naszych historii i momentów, w których zamiast być ze swoim ciałem po jednej stronie, zaczynałyśmy traktować je jak osobny twór, z którym za wszelką cenę próbujemy się dogadać. Plan odcinka Poczucie, że ciało nie chce z nami współpracować Złość na własne ciało podczas starań Szukanie odpowiedzi na pytanie: „Co jest ze mną nie tak?” Kolejne diagnozy, leki i potrzeba „naprawiania” organizmu Kiedy dbasz o siebie, a mimo to ciąży nadal nie ma Dieta, aktywność fizyczna i zmiany, które próbowałyśmy wprowadzać Czy można polubić ciało, które nie spełnia naszego największego marzenia? Jak zauważyć to, co ciało robi dla nas już teraz? Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur Gajo 00:00:00 Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek 00:00:01 Wspólnie tworzymy Akademię Płodności miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry. Witamy Was w kolejnym podcaście, w kolejnym wideokaście. Spotykamy się z Wami w kolejnym tygodniu, żeby znowu sobie razem pogadać w naszym psiapsi gronie. Zabrałam dzisiaj ze sobą Aniusie do Lublina specjalnie dla Was, żeby dzisiaj ją wypytać o taki temat: relacji z własnym ciałem. I on jest o tyle osobliwy, że ta relacja z własnym ciałem i takie trochę Cię lubię, trochę Cię nie lubię, trochę Cię rozumiem, trochę totalnie Cię nie rozumiem, przechodzi również pewne cykle. Właśnie od różnych faz. Od takiego dbania o siebie, po takie: nie lubię Cię i nie będę Cię szanować, po takie: jestem Ci wdzięczna za to, co dla mnie robisz. Chociaż tej wdzięczności akurat u mnie nie było za wiele. Więc tak sobie będziemy dzisiaj rozkminiać, jak to jest z tym ciałem w niepłodności, jaką można mieć z nim relację, czy się można z nim lubić, czy nie lubić. Ania Mazur Gajo 00:01:33 A skąd to się wzięło? Pomysł na ten podcast wyszedł z tego, że bardzo często w naszych wiadomościach, między Waszymi historiami, pojawia się fraza: „Czuję, że moje ciało zawodzi”. Albo tak jakby oddzielacie to ciało, jakby było oddzielnym członem. Dlatego porozmawiamy sobie też o tym, czy my w naszych historiach byłyśmy złe na swoje ciało. Czy czułyśmy, że ono nie współpracuje podczas starań? U Ciebie tak było? Zosia Mazurek Dudek 00:02:11 No oczywiście. Jeśli miałabym odpowiedzieć jednym zdaniem, to tak. Ania Mazur Gajo 00:02:15 Ale czy miałaś, wiesz, nazywałaś je jakoś, postrzegałaś je jako właśnie. Będąc w niepłodności, tylko się to zrozumie, że czujesz po prostu, że masz mózg i masz to ciało, które nie chce z Tobą współpracować. Zosia Mazurek Dudek 00:02:31 Tak. Ania Mazur Gajo 00:02:33 Że Twoja złość jest skierowana na nie. Zosia Mazurek Dudek 00:02:35 Trochę tak i trochę nie, bo było bardzo różnie. Miałam tak, że mogłabym to w sumie opisać tekstem, że to jest osobny twór. Mogłabym. Bo rzeczywiście tak było. Ale też nie zawsze. I czasami miałam tak, że próbowałam się z nim zakumplować. Ale jak możesz się zakumplować z kimś, kogo tak do końca nie rozumiesz i masz takie wrażenie, że ta relacja jest z Twojej strony na sto procent albo może nawet na sto dwa procent odpimpowana? Kiedy, powiedzmy, jesteśmy w fazie zwyżki Zosina, bo Zosin postanawia teraz się zdrowo odżywiać na przykład i dbać o swoje ciało, no to ja byłam bardzo dobra dla siebie samej i miałam wrażenie takie, że to ciało jest przeze mnie tak zaopiekowane. Jest tak dobrze traktowane, jest suplementowane, jest dobrze odżywiane, nie wrzucam w siebie śmieci. Zobacz, nie palę papierosów, całe życie nie palę papierosów. Nie zaciągałam tego kredytu, rozumiesz? Nie tak, że muszę teraz odpracować jakieś błędy młodości. Skończyłam jeździć na Maczka mojego ukochanego, którego przez lata po prostu byłam stałą bywalczynią. Piję obrzydliwe smoothie, które mi nie smakują, ale mają tam tyle napakowanych antyoksydantów, że po prostu co ma się wymieść, to się powymiata. Nie piję alkoholu. No sorry, jeszcze wieczorkiem Cię wyszczotkuję i nabalsamuję i po prostu: co jest nie tak z Tobą? Co jeszcze mogę zrobić dla Ciebie więcej, żebyś zaczęła współpracować? Czaisz? Ania Mazur Gajo 00:04:03 I to ciało było zaopiekowane nie na początku starań, to jest jakiś taki fragment, tak? Zosia Mazurek Dudek 00:04:08 To jest fragment, bo to jest jeden wyrywek relacji mojej z ciałem, bo większość czasu raczej go nie lubię. I większość czasu mam taką myśl, że niby w sumie nie dostajesz ode mnie tak po dupie. Masz pewne swoje mankamenty, których nienawidzę, bo były elementy mojego ciała, których nienawidziłam od lat. Od lat, po prostu od małej dziewczynki. Wiedziałam, że to jest jakiś defekt i tego to raczej trzeba ukryć niż to pokazywać, bo wstyd. Ten odstający brzuch na przykład, tak? Przypał bardzo, nie? Ale tak. I potem wjeżdżała taka myśl, że w sumie to Cię nie lubię za to, co robisz. Stroisz fochy, mimo że tak naprawdę są laski, które potrafią się prowadzić o ile gorzej i mają dzieci, tak? Rozumiesz, że jest dziewczyna, która karmi swoje ciało, zaczyna na śniadanko papierosek i na drugie śniadanko piąty papierosek. Czaisz? I codziennie wieczorem po kilka piwek. I wokół niej jest trójka, jak nie czwórka dzieciaczków. Typiara z mojego bloku. A ja co? Przepraszam, o co chodzi? To po co te wszystkie drogie suplementy, zarąbiste kwasy, które kosztują trzy razy więcej niż jakieś przeciętne z apteki? Dostajesz ode mnie najlepsze paliwo i o co chodzi? A badania są gorsze? Już nawet nie chodzi o to, że, wiesz, nie jestem w ciąży, ale wszystko jest słabo, znowu się rozjeżdżasz. Co mogę więcej dla Ciebie zrobić? Czemu tak bardzo jesteś skopane? Ja w ogóle pamiętam, że próbowałam grzebać. Stara, czy Ty pamiętasz moje doszukiwanie się, z czego może wynikać zawodzenie mojego ciała od początku? Byłam karmiona mlekiem modyfikowanym na początku, pamiętasz? Może to jest zrąbane. Kurde, zaszczepiłam się na HPV, a znalazłam na jakiejś urban legend stronie, rozumiesz? Jakieś po prostu takie info od czapy wyjęte. Może to to. Pewnie to to. Znalazłam gdzieś taką przesłankę. Żadnych badań na to oczywiście, ale gdzieś ktoś mógł na blogu napisać. Ktoś mógł komentarz napisać, rozumiesz? To mógł być internetowy troll, natomiast zasiał ziarno niepewności w głowie. Szukasz po prostu przyczyny, dlaczego to Twoje ciało zawodzi. W sensie, no chyba naprawdę nie jest aż tak źle, co? Może rzeczywiście, do czego się mogłam przyczepić? 00:06:34 Aktywność fizyczna była zawsze w opłakanym stanie, bo nie mogłam bardzo długo się do tego przemóc. No ale czy tak naprawdę na skali i na wadze błędów to było takie, tak bardzo dużo ważące w kontekście tego? Rozumiesz? No nie. Większość raczej się nie lubiliśmy z nim. I tak raczej nie rozumieliśmy. Nie wiem, czy go traktowałam jako osobny twór. Trochę tak sobie teraz to wyobrażam, że trochę go traktowałam jak taki po prostu kogoś, z kim nie potrafię się dogadać. Że może powinnam znaleźć język i zrozumieć, czego Tobie brakuje. Co ja mam jeszcze robić? Może ja źle inwestuję tę energię, te pieniądze? Może to nie suplementy? Może to czegoś innego potrzebujesz? A nie bardzo potrafiłam się z nim dogadać. A Ty lubiłaś swoje ciało? 00:07:20 Byłaś mu wdzięczna za to, co dla Ciebie robi? Czy raczej widziałaś mankamenty, w których zawodzi? Ania Mazur Gajo 00:07:26 Ja byłam raczej zaskoczona tym, że ono nie funkcjonuje tak, jak mi się wydawało, że będzie funkcjonować, kiedy zechcemy zostać rodzicami. I to mnie tak na początku zaskoczyło i miałam takie poczucie, że straciłam nad nim kontrolę. Pomyślałam, że nie potrafię nad tym zapanować, że nie rozumiem go, że nagle, kiedy myślałam, że moja płodność jest na wyciągnięcie ręki, że tu będzie trzeba zawalczyć o coś. I to trochę mnie przerażało, to, że mam dwie ręce, mam dwie nogi, jestem młodą laską i okazuje się, że moje jajniki nie produkują jajeczek? Jak to jest możliwe? Moja siostra ma dzieci, moja mama nie miała problemu z zajściem w ciążę. W ogóle co tu się odwala? Dlaczego tak się dzieje? 00:08:30 W ogóle nikt mnie na to nie przygotował, że takie rzeczy mogą się dziać. Nie słyszałam, nie znałam osób, które starają się o dziecko. Więc w swoim gronie to takie pierwsze miałam zderzenie. Gdzieś jak się otwierałam, to mówił o jakichś tam koleżankach, że znali kogoś tam, tak? Nie miałam swojego grona osób, które mogłyby powiedzieć: hej, mam jakiegoś lekarza fajnego, który się Tobą zaopiekuje. Raczej to było takie trochę po omacku bardzo i czułam, że mnie zawodzi, czułam, że nie rozumiem go. 00:09:15 Czułam, że odkrywam je troszeczkę i poznaję na nowo. I coś, co kiedyś było przeze mnie przeoczone, bo podczas starań śluz płodny jest po prostu poddany obserwacji wręcz maniakalnej: czy on jest, czy nie. I wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Właśnie to już w ogóle zapomniałam o tym nawet, że można nie zwracać na to uwagi. Zapomniałam, jak to jest nie zwracać uwagi i nie liczyć cyklu miesiączkowego. Ale czułam, że mnie zawodzi, pomimo tego, że uważam, że karmię je bardzo zdrowo. I prowadzę się zdrowo. Oczywiście teraz miałabym sporo do korekty, jako już doświadczona dietetyczka, byłoby co poprawiać. Natomiast wyszłam z założenia, że hej, no ale też nie najgorzej, no. Nie jest najgorzej. Zosia Mazurek Dudek 00:10:14 No właśnie, dlatego mówię, że nie patrzysz zawsze na to, jak mogłoby być on the top, bo zawsze jest coś do poprawienia, ale patrzysz raczej niżej. Że halo, dlaczego u innych, u których jest gorzej, to bangla i to działa? Dlaczego u mnie to nie potrafi załapać? Ania Mazur Gajo 00:10:28 To były naprawdę przyzwoite warunki do zajścia w ciążę w tym organizmie. Ale się nie udawało. Więc byłam bardziej na początku zaskoczona. I to poznawanie też, ale też uczenie się swojego ciała tak jakby na nowo, bo po co mi wcześniej było zwracanie uwagi, kiedy ja mam owulację? No to nie było mi potrzebne do życia, do szczęścia i jakoś to wszystko funkcjonowało, to było wszystko jakoś tak naturalne. Miesiączka, zapisywanie miesiączki, ona się pojawiała i tyle. A później doszła nauka. Nauka i takie też właśnie: trochę się przypatrzę, co Ty tam odwalasz. Zosia Mazurek Dudek 00:11:27 Tak naprawdę, wiesz, prawidłowo działający cykl nie jest potrzebny nam tylko do tego, żeby zajść w ciążę, więc gdyby nasza świadomość jako młodych lasek, wiem, że w ogóle wymagam prawie niemożliwego, ale prawidłowo działający cykl i to, żeby zwracać na niego uwagę, jest istotne naprawdę nie tylko w trakcie starań. Ania Mazur Gajo 00:11:46 Zdarzają się takie świadomie wiadomości od dziewczyn. Zosia Mazurek Dudek 00:11:50 Tak, ja jestem zawsze taka po prostu dumna z nich. Boże, laska. Ale to jest bardzo mało. Wiem, no ale zdarzają się. Chodzi o to, że ktoś o tym myśli. Ktoś o tym myśli, są takie laski. Ty o tym nie myślałaś, ja o tym nie myślałam, miałyśmy to na końcu listy rzeczy do ogarnięcia po prostu, ale są laski, które piszą, że chciałyby ogarnąć swój cykl, bo on nie działa prawidłowo. One nie mają teraz partnera, one nie mają w ogóle w tym momencie jakichś takich myśli o tym, żeby zachodzić w ciążę, ale wiedzą, że to jest potrzebne do prawidłowego funkcjonowania zdrowia i jak masz regularny cykl, to możesz chociażby założyć, że poziomy Twoich hormonów są w normie, tak? 00:12:23 Czy właśnie dochodzi do owulacji i tak dalej. Ale jesteś mądra, laska. Ja taka nie byłam, naprawdę. Ania Mazur Gajo 00:12:34 No ja też nie. Nieregularne cykle. Zosia Mazurek Dudek 00:12:37 No, niesamowite. Co mnie to obchodzi? Czy ja teraz chcę mieć dzieci? Ania Mazur Gajo 00:12:41 No, to nie myślałam o tym w ten sposób. W ogóle nie patrzyłam na to. Zosia Mazurek Dudek 00:12:46 Jako aspekt po prostu dobrze działającego organizmu. Jako pewien miernik zdrowia. Regularne cykle. No nie, no to po co Ci to? Zresztą ja to usłyszałam w ogóle od lekarza. Ja to usłyszałam od lekarza. Moja pani doktor mi to powiedziała. Jedna z pierwszych. Bo ja powiedziałam, że mam nieregularne. „Ale chcesz mieć dziecko teraz?”. No nie, no. Mam 17 lat. „No to po co Ci to potrzebne? Pogadamy, jak będziesz chciała zajść w ciążę”. Także no sorry, jak słyszysz coś takiego od guru swojego, to dlaczego masz kojarzyć regularny okres z czymś, o co masz w ogóle dbać, o co się troszczyć? Czemu masz poświęcać temu swoją uwagę, skoro lekarz mówi, że daj sobie spokój teraz, nie chcesz mieć dzieci, to przestań. 00:13:32 No to okej, powiedział mi to lekarz. Spoko, po co mam się starać? Także takie. A, odbiegłyśmy, ale warte, myślę, wtrącenia. Ta wtrętka warta podkreślenia. Ania Mazur Gajo 00:13:45 Czy czułaś, że Twoje ciało wymaga naprawienia podczas starań? Zosia Mazurek Dudek 00:13:49 Tak, oczywiście, tylko nie wiedziałam, co mam w nim naprawić. Czułam, że jest ułomne, czułam, że nie dowozi. Czułam, że coś ewidentnie musi być nie tak. Oczywiście szukałam tych, widzisz, tych rzeczy które mogłam zwalić na siebie albo na moją mamę. Szukasz odpowiedzi na to w najbardziej irracjonalnych rzeczach. Ania Mazur Gajo 00:14:16 A nie że insulinooporność może tu sporo namieszać, którą próbowałaś okiełznać. Zosia Mazurek Dudek 00:14:27 Nie wiem, czy myślałam, że główne, ale myślałam, że tak. No bo pamiętam, jak dostałam pierwszy raz metforminę i miałam taką myśl, że to jest właśnie moja magiczna tabletka. To jest moja magiczna tabletka i czułam się tak, jakby ta metforminka trzy razy dziennie po prostu odwalała za mnie taką robotę jak najlepszy trening świata. I wręcz teraz już, jak mamy tę metforminkę, to nie muszę, wiesz, już tak bardzo się starać. Rozumiesz? Troszkę tak sobie koloryzowałam tę rzeczywistość na takie kolorki, jakie akurat było mi wygodnie w tym danym momencie sobie to pokoloryzować, ale tak. Ja w ogóle pamiętam, jak za każdym razem odkrycie kolejnej nowej rzeczy, którą miałam. Jakaś tam dojeżdżała hiperprolaktynemia na przykład, tak? I tabletka na to kolejna. 00:15:12 I miałam takie: to musi być to, to musi być to, bo jeszcze miesiąc temu o tym nie wiedzieliśmy. To nie było leczone. To nie działało dobrze, no bo jak miało działać, skoro nie było leczone? Ale teraz odkryliśmy kolejną rzecz, uładzimy kolejną rzecz, już będzie dobrze. I to jest klucz do sukcesu Twojego, Zosin, widzisz? Powiedział Ci ktoś miesiąc temu, że masz hiperprolaktynemię? Nie. I nie miałaś na to leków, no to jak miało wyjść? Ania Mazur Gajo 00:15:33 A nie bałaś się tego, że za każdym razem wyjdzie coś nowego? Zosia Mazurek Dudek 00:15:37 No bałam się, stara, bo moja litania chorób, to nie było tak, że masz jedno i nie doszukuj się, laska. Ogarnij insulinooporność, będzie git. Tylko dojeżdżały kolejne. Ania Mazur Gajo 00:15:47 Nie czułaś tak, że to ciało Ci szykuje zaraz coś nowego? Zosia Mazurek Dudek 00:15:49 Czułam bardzo i czułam się tym przytłoczona. I w pewnym momencie czułam się już tak, że ja już boję się chodzić na następne badania, bo na pewno coś wyjdzie. No tyle rzeczy już znaleźli, no to proszę Cię. Ania Mazur Gajo 00:16:01 I wyszło Hashimoto. Zosia Mazurek Dudek 00:16:02 Co jeszcze można znaleźć? Tak, Hashimoto wyszło jako akurat jedno z pierwszych. Tak naprawdę na początku dowiedziałam się, że mam PCOS, potem doszło Hashimoto, ale też Hashimoto miałam przedstawione jako takie: o, w ogóle easy game, będziesz brała jedną tabletkę rano, w ogóle po co się stresować? Ania Mazur Gajo 00:16:24 Później wyszła insulinooporność? Zosia Mazurek Dudek 00:16:27 Tak, później wyszła insulinooporność bardzo, bardzo, bardzo duża. Ania Mazur Gajo 00:16:32 Za wysokie androgeny? Zosia Mazurek Dudek 00:16:34 Tak, to już wyszło w okolicy wcześniej. Zaburzony stosunek LH do FSH, ja miałam za wysoką w ogóle insulinę, hiperinsulinemię bardzo dużą, hiperprolaktynemię czynnościową, dochodziło podejrzenie endometriozy. Przecież tuż przed, ja już miałam wyznaczony termin operacji. Ania Mazur Gajo 00:16:52 Pamiętam. Zosia Mazurek Dudek 00:16:55 No, już wiedziałam, kiedy i gdzie będę operowana. Ania Mazur Gajo 00:16:58 A po drodze, jeżeli nie będziesz chciała o tym mówić, to zrobimy klaps. Pamiętasz taki moment, kiedy jeszcze podczas stymulacji miałaś hiperstymulację i wylądowałaś z ogromną torbielą? Zosia Mazurek Dudek 00:17:17 Pamiętam. Ania Mazur Gajo 00:17:18 Czułaś wtedy, że po prostu już Twoje możliwości kończą się tutaj? Zosia Mazurek Dudek 00:17:28 No, dokładnie tak było. Dokładnie tak było, no bo wiesz, Twojego organizmu nawet nie bardzo wiedzą, jak wystymulować, żeby tego nie spieprzyć. Czaisz? Leki, które u innych lasek dają ciążę i w końcu są kluczem do sukcesu. Dla Ciebie to nie jest kolejna rzecz, która może Ci pomóc, tylko która może kolejną rzecz zwalić w Twoim organizmie. Nawet nie wiadomo, jak dobrać dawki. Co tu się spieprzyło, że poszło źle? To jest to, co odblokowało szczęście setek lasek, rozumiesz? Ale Ty, jak Ty łykniesz, to Ci spierdzieli dalej, no. I potem będą się bali Ciebie dotknąć. 00:18:11 Bo: „O Jezu, to jest ta pacjentka, co mi się hiperstymulowała na takiej dawce. Co ja teraz mam zrobić? Co ja mam tu zrobić? Jak ja nie mam owulacji normalnej, co ja mam zrobić? Co ja mam zrobić? Co ja mam zrobić?”. No, jesteś takim trochę tykającym, takim zgniłym jajeczkiem. Albo wybuchnie, albo jednak się wypchnie dalej. Takie trochę miałam poczucie. No ja kojarzę lekarza, który jak zobaczył teczkę badań, to powiedział, że: „Ja pani nie pomogę”. Pamiętam, jak mi to powiedział. „Bardzo bym chciał, ale ja pani nie pomogę. To za dużo, za dużo. Musi pani poszukać kogoś z większym doświadczeniem”. Ania Mazur Gajo 00:18:49 Z jednej strony to dobrze, że tak Ci powiedział. Zosia Mazurek Dudek 00:18:53 Ale jestem bardzo wdzięczna oczywiście, że tak. Przecież to mogłoby dalej wciągnąć nas w jakieś durne kolejne, nie wiem, badania, nietrafione terapie, kolejne wydane pieniądze, które by Cię nie przybliżyły do osiągnięcia celu. Tylko wiesz, jak dostajesz taki komunikat, to czujesz, że nie utykasz na jedną nogę, tylko że tam po prostu jest grubo spierdzielone i to nie jest tylko, że sobie kulejesz. Tylko jak ktoś Ci odmawia, no to musi być naprawdę słabo. Ania Mazur Gajo 00:19:20 Możesz przypomnieć nam wszystkim, którzy są tutaj z nami może od niedawna, bo jest bardzo dużo nowych osób, które przyszły dzięki właśnie naszym podcastom. Witamy Was w naszej Akademii. Finalnie Twoje ciało zaczęło w pewnym momencie z Tobą współpracować. Zosia Mazurek Dudek 00:19:41 Tak. Zosia Mazurek Dudek 00:19:44 Nie byłam w stanie w to uwierzyć, ale tak było, to prawda. Ania Mazur Gajo 00:19:45 I możesz powiedzieć. Zosia Mazurek Dudek 00:19:49 I się dogadaliśmy. Lepiej i gorzej, ale się dogadaliśmy. Ania Mazur Gajo 00:19:51 Co pomogło Wam się dogadać? Zosia Mazurek Dudek 00:19:53 No finalnie nie wiem, bo ciężko jest to powiedzieć. Ciężko jest stwierdzić, czy to była jakaś jedna rzecz. Ale przeszłam na dietę. I uśmiecham się do tego, bo ja przechodziłam na dietę, ja nie wiem ile razy. I ja już teraz jestem zdiagnozowanym ADHD-owcem, takim z normalną opinią psychiatry. Wiem, że mogę brać leki, wiem, jak się czuję na tych lekach. Natomiast wtedy jeszcze nie do końca siebie rozumiałam i takie odwalanie czegoś na hiperfokusie, kiedy robisz to po prostu na sto pięćdziesiąt procent, ale gaśniesz szybko, to była moja codzienność. 00:20:30 I to było takie stosowanie tej diety w zrywach, że po prostu potrafiłam to odpicować tak dokładnie, że jadłam rzeczy, które mi nie smakowały, ale wiedziałam, że są napakowane po brzegi antyoksydantami, substancjami biologicznie czynnymi, które mogą mi pomóc. Tylko że ile jesteście w stanie wytrwać na takiej diecie? Więc to również szybko we mnie gasło i ja znowu wracałam na stare, znane mi dobrze tory. Więc czy ja to wtedy mogę nazwać dietą? Zadziałało wtedy, kiedy podeszłam do tego pierwszy raz mądrze. Ania Mazur Gajo 00:21:01 Czyli była aktywność fizyczna? Zosia Mazurek Dudek 00:21:04 No była! Ania Mazur Gajo 00:21:04 Możemy to powtórzyć? Możemy! Zosin, który tak się bronił na lewo i prawo przed aktywnością fizyczną, wprowadził aktywność fizyczną, która… Możemy pomyśleć, że to było, wiecie, układanie kilku puzzelków. Natomiast wprowadzenie tej aktywności przy kolejnych staraniach też zaowocowało ruszeniem jajników i ta owulacja się w końcu pojawiła. Zosia Mazurek Dudek 00:21:29 To mógł być jeden z tych, w trzecich staraniach. Ania Mazur Gajo 00:21:33 Więc był to jeden z elementów, których może gdzieś tam brakowało, plus zmiana stylu życia zaowocowała zwiększoną szansą pojawienia się owulacji. Zosia Mazurek Dudek 00:21:43 Tak, może przy tym całym pakiecie chorób, które mam ja, to było kluczowe. Natomiast rzeczywiście powiem Wam, że ja próbowałam zakląć rzeczywistość. Do ostatniej kropli krwi walczyłam, żeby nie pójść na siłkę. Do ostatniej kropli krwi próbowałam naprawdę to hakować lekami. Wierzyłam w to, że te leki, które dostałam na insulinooporność, że to po prostu ogarnie temat na pewno lepiej niż ten mój nędzny truchcik. No ale w końcu, Jezu, bo wiesz, co sobie myślę? Że tam siedzi taki Zosin, któremu tak bardzo się nie chce, jak mi się wtedy nie chciało. Stara, ja potrafiłam znaleźć sobie milion wymówek, ja potrafiłam tyrać do nocy, żeby nie mieć czasu pójść na trening. 00:22:22 I tak naprawdę dopiero terapia to pozmieniała w mojej głowie, że znalazłam lukę w kalendarzu, żeby się jednak sobą zaopiekować i żeby tego nie spychać na zawsze ten ostatni tor, który nigdy nie miał miejsca, bo po prostu kończyła się doba. I tylko to pozwoliło mi to zrozumieć, bo tak naprawdę szukanie tego, bo wierzcie, słyszałam na przykład takie teksty, że musisz znaleźć coś, co naprawdę pokochasz. Jak słyszałam coś takiego, że muszę znaleźć coś, co muszę pokochać, no to szukałam. I nie kochałam. Więc dalej szukałam i widziałam tych wszystkich zajaranych sportem ludzi, którzy po prostu traktują to jako swój lifestyle, rozumiesz, ale to nie byłam ja. 00:23:05 I jeśli jesteś takim Zosinem, to ja bym się raczej przestała łudzić, chociaż to się zawsze może zdarzyć, że przetransformujesz w mojego starego i po prostu aktywność fizyczna będzie mainem Twojego życia. Ale gdyby się tak jednak nie stało i okazałoby się, że pozostaniesz w serduszku Zosinem, to wiedz, że możesz znaleźć się w takim miejscu, w którym jesteś z siebie dumny, że to robisz. Że ta aktywność fizyczna naprawdę jest fajna. Nigdy bym tego nie nazwała moim głównym celem w życiu, bo ja wciąż potrafię sobie szukać wymówek, żeby nie pójść na tę siłkę. Da się to robić tak, że nie płaczesz przed wyjściem na siłownię, że po prostu musisz coś zrobić. 00:23:48 U mnie na przykład okazało się zbawienne to, że ja nie zostawiam treningów na wieczór, tylko odwalam je z rana. I to po prostu tak zrewolucjonizowało moje podejście do życia. I to, że ja o godzinie dziewiątej mogę być po treningu i mogę mieć to z bani i nie myśleć cały dzień o tym, że jeszcze wieczorem czeka mnie trening, to jest ożywcze. Ania Mazur Gajo 00:24:07 Ja w ogóle pamiętam, jak ten zryw taki Twój, jeden z wielu. Zosia Mazurek Dudek 00:24:12 Kiedy Ty odwalałaś trening rano i pamiętam, siedziałaś z mokrą głową już w biurze. Ania Mazur Gajo 00:24:20 Przed kompem, po prysznicu i już robiłyśmy jakieś różne rzeczy w Akademii i Ty już miałaś odwalony ten trening. Zosia Mazurek Dudek 00:24:28 Ja miałam z bani trening. I to już nie wisiało nade mną i ja się czułam dumna z siebie, że to zrobiłam. Piękne. Po prostu treningi rano, więc to może być jakiś taki mały, nie wiem, czy to będzie tip uniwersalny, ale mi to pomogło. Ania Mazur Gajo 00:24:42 Ale też ja sobie myślę, że żeby zachęcić osoby do aktywności, bo ta aktywność jest ważna. Zosia Mazurek Dudek 00:24:49 No jest, bardzo, bardzo. Ania Mazur Gajo 00:24:52 Ona potrafi też sporo dobrego wnieść do naszego ciała. Żeby też, no nie każdy może sobie pójść na siłkę na przykład, tak? Ale może pójść na spacer. Można ją zrobić też w domu. Położyć się na podłodze i nie musicie mieć fikuśnych setów. Zosia Mazurek Dudek 00:25:15 Set. Set. Ania Mazur Gajo 00:25:17 Fikuśnych setów i można to zrobić w starym dreholcu. Zosia Mazurek Dudek 00:25:24 Stara, błagam, oczywiście, że tak, tylko Ty to musisz chcieć. Ania Mazur Gajo 00:25:28 Wiem, wiem, ale ja tak sobie myślę siebie jeszcze, jak poszłam na siłownię pierwszy raz. Zosia Mazurek Dudek 00:25:33 Tak. Ania Mazur Gajo 00:25:34 Bo trzeba, bo trzeba po prostu, bo po prostu trzeba. To mi było tak wstyd, że ja tam idę na tę siłkę, że ja w ogóle nie wiem, jak to funkcjonuje wszystko, ja nie znam. Ja nie wiem, jak to się ćwiczy, jak to się używa, no. Jak to się przebiera. Szłam po tych schodach i ja pamiętam, że miałam łzy w oczach, bo tak mi było niezręcznie, że ja tam idę. Oni wszyscy się znają, zbijają piątki, a ja idę w swoim dresie i stwierdziłam, że nie będę kupowała setu, bo.. Zosia Mazurek Dudek 00:26:15 Zgnije w szafce. Ania Mazur Gajo 00:26:16 Nie chcę już takich momentów, że kupuję coś i to będzie leżeć tylko dlatego, że to nie jest mi potrzebne. Poszłam w starych leginsach, w swoim podkoszulku bawełnianym. Nie polecam. Widać na nim każdy pot, wszystko. Poszłam tam. Zaczęłam sobie od bieżni, żeby zrobić obczajkę. O co tu w ogóle chodzi? I o! I tyle chcę Wam powiedzieć, że po prostu to było dla mnie niekomfortowe. Zosia Mazurek Dudek 00:26:43 Ale ja rozumiem, bo ja też czuję takie, już teraz czuję zagubienie. No. I czuję też tę taką społeczność siłowniową, którzy widzą świeżaka, nowa krew, i oni jeszcze bardziej mnie obserwują wtedy. To w Twojej głowie oczywiście. A ja jeszcze bardziej to spierdzielam i widzę wszystkie te kompilacje po prostu z YouTube’a, jak ludzie ćwiczą źle i potem jest beka z nich, i że ja tam dołączę, że ja będę teraz robić właśnie ćwiczenia jakieś zrąbane. Ania Mazur Gajo 00:27:06 Słuchajcie, ja z bieżni wyleciałam w kosmos. A słuchaj, jeszcze mało tego, wykupiłam sobie na początku treningi, żeby laska pokazała w ogóle, jak to funkcjonuje, bo ja nawet nie wiedziałam, jak tych sprzętów. Poszłam na początku, już nie pamiętam, czy to było drugie spotkanie, jak zeszłam z bieżni, to szłam po ścianie, bo tak mi się kręciło w głowie. A tempo, jakie było ustawione, ja myślałam, że padnę tam. To było tempo geriatryczne i tak nie potrafiłam się skoordynować jakoś na tej bieżni. 00:27:53 Błędnik mi zaczął szaleć, że ja po prostu nie byłam w stanie przejść. Miałam wtedy przerwę w aktywności fizycznej, więc chcę po prostu powiedzieć, że od czegoś trzeba zacząć. Że nie od razu wskakujemy i robimy maraton w Warszawie. Wydaje mi się, maraton, tylko można sobie robić piętnastominutówki z YouTube’em. Zosia Mazurek Dudek 00:28:26 Dokładnie. Odbiegłyśmy od tematu: ciało zawodzi. Ale to takie poczucie jest uniwersalne. Tego, że ciało zawodzi i tego, że nie potrafisz znaleźć mapy do niego, a tak bardzo byś chciała. I że teoretycznie może odpicowujesz nie te rzeczy, które trzeba, robiąc to wszystko nie na pół gwizdka, tylko naprawdę się starając, a ono dalej zawodzi i dalej nie wychodzi. I czy cokolwiek jeszcze zależy od Ciebie, czy po prostu już pozostaniemy ze sobą do końca życia i ja do końca życia będę myśleć, że Ty jesteś zawodzące i mnie niesatysfakcjonujące, i niepotrafiące spełnić mojego największego marzenia, mimo że naprawdę nie traktuję Cię po macoszemu. Czy to jest uniwersalne uczucie? Czy można coś zrobić? 00:29:14 Czy tak naprawdę to ciało można polubić i być mu wdzięcznym za to, co dla nas robi już teraz? Już teraz? Czy to są na tyle małe rzeczy, że one w życiu nie będą w stanie chociaż na chwilę pokazać jakiegoś mini promyczka, dopóki nie spełnią tego głównego marzenia? I docenię Cię potem, ale najpierw zacznijmy działać na wspólnych torach, bo więcej nie zniosę. Artykuł #112 Jestem zła na swoje ciało pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • August 27 · 23 min

    #111 Rzeczy, które robiłyśmy niechętnie podczas starań, a później byłyśmy za nie wdzięczne

    Są takie rzeczy, na które podczas starań kompletnie nie miałyśmy ochoty. Wyjazdy, spotkania, wydawanie pieniędzy na coś „niepotrzebnego”, wpuszczanie innych ludzi do naszego świata. Wtedy najchętniej zostałybyśmy w domu i skupiły się tylko na jednym celu. Dziś wiemy, że niektóre z tych momentów były nam bardzo potrzebne. W tym odcinku opowiadamy o rzeczach, do których czasem trzeba było nas wręcz namawiać, a za które później byłyśmy naprawdę wdzięczne, bo na chwilę przypominały nam, że poza staraniami nadal istnieje życie. Plan odcinka Wyjazdy, na które kompletnie nie miałyśmy ochoty Dlaczego tak trudno było „odpuścić” choć jeden cykl Odkładanie życia na później podczas starań Wpuszczanie bliskich w temat starań i przyjmowanie ich wsparcia Małe rytuały, które pomagały nam przechodzić przez trudne wizyty Rzeczy, do których ktoś musiał nas namówić, a za które później byłyśmy wdzięczne Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania: Dzień dobry, dzień dobry. Witamy się w kolejnym podcaście. Zosia: Witam i ja. Przybyłam do Was dzisiaj znowu z Anną. Ania: To ja. Zosia: Moim ziomalem, moim współlasem, a dzisiaj moją partnerką do rozmów wszelakich, które toczymy razem od dekady. I te rozmowy przechodzą różne metamorfozy. I dzisiaj zapraszamy Was do kolejnej naszej rozkminy na tematy okołostaraniowe, bo doszłyśmy do wniosku z Anią, że są takie rzeczy, które robiłyśmy podczas starań bardzo niechętnie. W ogóle nie miałyśmy na nie ochoty, wręcz się czasami do nich zmuszałyśmy, a po jakimś czasie stwierdzałyśmy, że to było bardzo dobre, że jednak się do tego zmusiłyśmy. I chcemy Wam dać dzisiaj zalążek tego, bo może okaże się, że w Waszym życiu też Wam się nie chce czegoś robić teraz, obecnie, w tym momencie, a potem, jak to zrobicie, to za jakiś czas pomyślicie sobie: w sumie dobrze, na przykład, że nie zostałam wtedy w domu. Ania: I to chcę powiedzieć, że my tak patrzyłyśmy już dawno, dawno temu na te rzeczy, które się działy. Nawet jeszcze podczas starań. Zosia: W sensie, że wtedy nam się nie chciało. Ania: Tak, że nie chciało się, ale jak minął jakiś tam czas, nie wiem, od tego wydarzenia… Zosia: To wciąż byłyśmy staraczkami, ale wdzięcznymi za ten moment, rozumiem. Czyli nie musiało upłynąć 10 lat, żebyśmy się poczuły wdzięczne za to, co wtedy zrobiłyśmy. Czego Ci się nie chciało podczas starań, Anna, a potem byłaś za to wdzięczna, że to zrobiłaś? Ania: Podczas starań takich rzeczy dużo mi się nie chciało, bo nie miałam wtedy na to głowy, mózgu i przestrzeni. I chęci przede wszystkim. Więc chciało mi się tylko jeździć do lekarzy. A mój mąż próbował właśnie wyrywać mnie z tych starań. On miał takie zadanie. Zresztą też w jednym z naszych podcastów, nie wideo, a wcześniejszych, wspominał o tym, że on próbował, bo on się sam dusił w tym wszystkim. Więc myślał, że jak będziemy gdzieś robić jakieś różne wypady, no to to pozwoli mi wyjąć mózg ze starań. Tak się oczywiście nie działo, bo ciężko jest wyjąć mózg podczas starań. Dosłownie chciałoby się wyjąć mózg, żeby odciąć te myśli, bo biorąc go wszędzie ze sobą, bierzemy ten ogromny bagaż. Natomiast był taki jeden wyjazd, który pamiętam do tej pory i naprawdę go wspominamy. I on był takim wyjazdem niskobudżetowym. No, tam gdzieś u jakiejś takiej kobiety wzięliśmy sobie nocleg, ale jak chodzisz po górach, to nie ma znaczenia, bo idziesz tam tylko spać. I był to wyjazd, na który nie miałam ochoty, ponieważ byłam po poronieniu i chciałam się zamknąć w domu. Więc byłam przymuszona przez mojego męża, który stwierdził, że to będzie świetnym pomysłem. A teraz myślę sobie — i zresztą nie tylko teraz, bo jak upłynął już pewien czas od tego poronienia, też tak myślałam — że to była bardzo dobra decyzja. Na chwilę. Na odcięcie. Na samo pójście pod górę i zmęczenie się. Pozwoliło na chwilę odetchnąć, no bo wtedy łapiesz oddech. I było, pamiętam, tak zimno. To ciało dostaje innych bodźców troszeczkę niż siedzenie w domu i myślenie. Pomimo tego, że naprawdę nie chciało mi się tam jechać, jestem wdzięczna za to, że on mnie wtedy wyrwał. Pamiętam, że szłam i jak było już płasko, to płakałam. Płakałam i jednocześnie pamiętam ten wiatr na samej górze. I pamiętam to zimno, jak siedziałam skulona. Już wtedy nie płakałam, bo było mi tak zimno. Pamiętam, jak mój mąż wszedł na sam czubek góry. Nawet mam takie zdjęcie, jak stoi przy znakach. Natomiast byłam mu wdzięczna, że pomimo mojego ogromnego niechcenia i naprawdę… Ja tam jechałam bez entuzjazmu. Ale pojechaliśmy. Zosia: Zabrałaś mózg w plecak? Ania: Zabrałam mózg, tak. Zabrałam mózg i poszłam. Ale byłam w innym miejscu. Zosia: Rozumiem. Ania: Byłam w innym miejscu, ale w domu byłabym bardziej… Zosia: Mhm. Ania: Bo w domu nic by mnie nie odcięło od myśli, a tam chociaż na chwilę. Na cokolwiek. Spojrzenie gdzieś tam, przestrzeń. Zosia: Więc warto się czasami zmusić. Ania: No, wtedy jak mnie zmuszał, to tak. Zosia: Nie chciało się. Ania: Nie chciało się. Ale później… To był smutny wyjazd, ale bardzo potrzebny. A Ty? Zosia: Ja pamiętam wyjazd, który był dość przełomowy, bo na nim zrodził się w mojej głowie pomysł projektu Żyćko. I pamiętam też, że na ten wyjazd… Może nie tyle nawet, co ja nie chciałam jechać, bo pewnie w innych okolicznościach życia pojechałabym pierwsza albo może nawet go zorganizowała. Ale pamiętam, jak moje psiapsi zorganizowały wyjazd do Florencji. I było to w okresie starań, naszych takich regularnych wizyt u lekarza, chodzenia dodatkowo na terapię. Więc to było takie po prostu, wiecie, wszystkie siły na pokład aktualnego leczenia ran niepłodnościowych plus aktywnych starań na zasadzie: może to będzie ten cykl. I pamiętam, że ciężko mi było sobie w głowie pozwolić na to, że, no, po pierwsze stracę ten cykl. Bo polecę tam w newralgicznym momencie okołoowulacyjnym. Więc trochę szkoda, nie? Bo może to akurat byłoby to. A po drugie, że chociaż to był wyjazd organizowany bardzo budżetowo, no to jednak to było te kilka stówek, które można było poświęcić na coś w stylu leki, na coś w stylu suplementy, na coś w stylu, rozumiesz, jakieś inne biododatki do żywności, które może akurat zaskoczą. Bardziej chyba po prostu sama siebie sabotowałam w głowie, że jeszcze będzie czas na takie wyjazdy. W tym momencie są inne priorytety w życiu i fajnie by było nie marnować energii całej na jakieś takie frywolne rzeczy jak wyjazd ze znajomymi. To nawet nie jest wyjazd z Twoim mężem, tylko po prostu wyjazd z kumpelami. I Dudek był jedną z osób, które mnie wręcz do tego zachęcały. Żebym pojechała, żebym poleciała, że to jest dobry pomysł. „No, życie się nie skończy tutaj teraz. To nie jest tak, że masz ten cykl i nic więcej. Pojedź. Naprawdę dawno nie byłaś. Może Ci to pomoże przewietrzyć głowę”. I pojechałam. I to nie było tak, że od pierwszego momentu czułam się free, ale pamiętam taki moment tam, w którym byłam tak realnie wzruszona i tak bardzo wdzięczna za to, że tam jestem. I tego momentu już nigdy nie zapomnę. On wyglądał trochę filmowo, bo schodziłyśmy akurat sobie z takiej góry. Pojechałyśmy tam razem, w to miejsce. Tam się tak podchodziło pod górę. Ania: Fajnie by było, jakby można było pokazać ten filmik teraz. Zosia: Bo Ty wiesz, o czym ja powiem. I tam był taki koleś, który zmontował sobie takie urządzenie do puszczania baniek mydlanych. Moczył taką wielką taśmę z wieloma dziurami i przy jednym pociągnięciu tą taśmą robił, wiecie, setki tych baniek. I one tak sobie spadały z tej góry, więc schodziłyśmy w otoczeniu tych baniek mydlanych. No to wyglądało jakoś irracjonalnie, jak jakiś po prostu kadr z filmu. I pomyślałam sobie, że to są takie właśnie mikromomenty, mikrozachwyty, które ja chcę wyrywać. I wtedy sobie właśnie pomyślałam, że musi powstać coś takiego jak projekt Żyćko, bo nie da się tak żyć cały czas tymi staraniami. Gdzie z tych lat w życiu pamiętasz tylko czarną otchłań i na nic sobie nie pozwalasz sama. I to był odkrywczy wyjazd dla mnie. I jestem tak bardzo wdzięczna im, że one to zorganizowały i że się nie poddały w namawianiu mnie. I mojemu mężowi, który powiedział, że to jest dobry pomysł, że to było bardzo rozsądne wtedy. I taki punkt zwrotny trochę w moich staraniach. Więc na pewno jestem bardzo wdzięczna za to, że sobie pozwoliłam przez chwilę nie robić czegoś na 102% w tych staraniach. A potem, no paradoksalnie, okazało się, że to zrobiło więcej dla moich starań niż może ten kolejny cykl, który bym podjęła. Wiesz, takie przewietrzenie głowy Ania: Ciężko jest rezygnować z cyklu. Zosia: Bardzo. I pewnie gdyby ktoś mi o tym powiedział tak na zasadzie, wiesz, powiedział mi taką historię, to może trochę traktowałabym to tak jak te teksty w stylu: „Pojedź na wakacje, to się uda” albo „Odpuść, to się uda”. Gdzie sama u siebie oszukiwałam, że nie wiem, który jest dzień cyklu, że w sumie to tego nie kontroluję, wiedząc dokładnie, w którym momencie cyklu jestem. Może gdyby to było wyreżyserowane, może gdyby opowiedziała mi o tym jakaś laska, to oczekiwałabym tego samego. Że to zadzieje się w moim życiu po takim właśnie wyjeździe, na który sobie pozwolę i nie będę żałować kasy. Nie da się przedstawić gotowego scenariusza na to. U mnie to był akurat taki wyjazd. U mnie kliknęło wtedy, może dlatego, że w ogóle totalnie się tego nie spodziewałam. Nikt mi nie opowiedział takiej historii, że to może wtedy się udać. Może po prostu ten filmowy moment i ten taki mikrozachwyt tym… Ania: Może już miałaś dość wszystkiego. Zosia: Może dotknęłam dna, dokładnie. Ania: I koniec. Już się nie dało dalej. Zosia: Może. Chodzi mi tylko o to, że to jest ta rzecz, za którą jestem wdzięczna. Jednocześnie wiem, że tego się nie da odtworzyć w Waszych życiach. Że to nie zadziała zawsze tak, że teraz zabukujecie budżetowy wyjazd do Florencji i pójdziecie na to samo wzgórze, i będziecie czekać na te bąbelki, i to jest ten moment, w którym kliknie też w Waszych życiach. Rozumiesz? To może być wyjazd albo nawet nie wyjazd. To może być cokolwiek, na co sobie pozwolicie, czego nie chcecie robić teraz, bo nie macie na to przestrzeni. A kiedy sobie na to pozwolicie z taką otwartością serca, to się okaże, że to tak bardzo przewietrzyło tę zatęchłą głowę, że po prostu wniosło w te starania o wiele więcej niż kolejny cykl robiony na te 102%. Bo te 102%, które Wy sobie sami dajecie w skali, mogą się okazać po prostu tak wycieńczające dla Waszego organizmu, że gdyby on miał zrobić jakiś przegląd tego, to by powiedział: „Stara, nie wysypiasz się, jesteś w ciągłym stresie, pijesz za dużo energoli i pozwalasz sobie wyskoczyć na fajkę z koleżanką, bo Cię to ma odstresować. Ale to jest jedna fajka, wcześniej paliłaś całą paczkę”. Że sorry, no Tobie się wydaje, że ogarniasz to na 102%, a jesteś po prostu w takim permanentnym stresie, że nie dajesz mi odsapnąć nawet na moment. I nie oceniam tego tak, jak Tobie się wydaje, że to oceniam. Ania: Co jeszcze? Może teraz ja powiem. Zosia: No super, bo ja jestem ciekawa w sumie. Ania: Nie żałuję… Właściwie to nie ja może bardziej, ale mój mąż wprowadził moją teściową w nasze starania. I wdzięczna jestem za to, bo może nie wprost, ale czułam, że ona jest gdzieś tam obecna i wspierająca. No raczej kryłam to wszystko przed wszystkimi i nie rozmawiałam na ten temat. Natomiast w rodzinie mojego męża inaczej się troszeczkę funkcjonuje. Wręcz tam, zanim ja powiem: „Tylko tego nie mów może”, to on już to powiedział. No więc jest zupełnie inny mental niż w domu, z którego ja wyszłam. I właściwie byłam wdzięczna za to, że otworzył się na to, bo między słowami czułam, że ona nam kibicuje. Nie musiałyśmy rozmawiać. Może ja byłam zamknięta na takie rzeczy. Bardziej wolałam się zhermetyzować w naszym mieszkaniu, a właściwie w teściowej mieszkaniu. To było spoko. Wdzięczna byłam za to. To było naprawdę takie… Na tej drodze, kiedy czułam się naprawdę beznadziejnym człowiekiem i niewystarczającą synową, to dawało mi taką jakąś miłość i ciepełko. Zosia: Prawda taka jest też, bo miałam przyjemność poznać Twoją teściową i spędzić z nią nawet kilka imprezek rodzinnych, że w życiowej loterii wylosowała Ci się fajna teściówka, nie? Ania: No tak, tak. To trzeba powiedzieć. Zosia: Nie żeby moja się wylosowała słaba, bo ja też mam bardzo fajną teściową, na zupełnie inny sposób wspierającą. Bo w okresie starań na pewno nie byłabym w stanie wyartykułować aż tylu pozytywnych słów w jej stronę. Z biegiem czasu człowiek nabiera pokory do wielu rzeczy. Natomiast tak sobie myślę, że jak po drugiej stronie nie wylosowała się fajna teściowa, to nie musi to przynieść takiego samego efektu. Ania: No wiem, wiem właśnie. Dlatego mówię, że no ja mam zarówno jedną stronę… Moi rodzice też są wspierający na swój własny sposób, tak? Gdzieś tam wyrażają inaczej tę miłość. I chcę powiedzieć, że akurat mój mąż miał takie relacje i tak to gdzieś się potoczyło. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma takie połączenie. Wiem z tego, co też piszecie do nas, że różnie się potoczy ta sytuacja. Na przykład my miałyśmy taki podcast: „Komu powiedzieliście podczas starań?”. Zosia: Tak, tak. Ania: I te historie, które wtedy napływały do nas, były różne. Niektóre były takie, że to było dobre posunięcie, a niekiedy wręcz to nie był dobry krok, bo lepiej było to zostawić dla siebie i tak się lepiej czuliście. Więc zdaję sobie sprawę, że może być różnie. Zosia: Tak. Plus okazywało się w trakcie na przykład, że osoby, z którymi decydowaliście się podzielić tym osobistym doświadczeniem, które teraz się dzieje, totalnie nie spełniły Waszych oczekiwań. Założyliście, że to jest dobry człowiek do powierzenia tej informacji, a tam działy się przeróżne rzeczy. To zostawało na przykład wyjawione dalej, mimo że prosiliście o dyskrecję. No, mnóstwo scenariuszy. Więc na dwoje babka wróżyła albo na sto babka wróżyła, bo to się może rozegrać przeróżnie. Ja Wam opowiem na koniec o jednej rzeczy dość małej, ale która zrobiła mi minimalnie dobre wspomnienia z okresu starań. Polegało to na tym, że jak jeździliśmy na wizyty do lekarza prowadzącego, który prowadził nas przez dłuższy czas i miał swój gabinet w Warszawie — i to nie były takie częste wizyty jak na przykład monitoringi, na które jeździłam często do Lublina co drugi, trzeci dzień, tylko one się odbywały, powiedzmy, raz w miesiącu — to zawsze łączyliśmy to z dobrym jedzeniem na mieście. Żeby ten wyjazd do Warszawy nie kojarzył się tylko z wyjazdem do lekarza, tylko jeździliśmy sobie też coś dobrze zjeść. I powiem Ci, że pamiętam, bo to była zazwyczaj jedna knajpa, która była najbliżej tej kliniki leczenia niepłodności, w której wtedy się leczyliśmy. Oni mieli takie fajne menu, że w poniedziałek było co innego, we wtorek było co innego. W czwartek, pamiętam, były świeże mule i fajnie było wylosować wizytę wtedy. Często trafiałam do tego miejsca, przy tych różnych stolikach. I pamiętam to z takimi szczegółami. Pamiętam, jak wyglądał serwetnik, pamiętam, jak wyglądał młynek, rozumiesz, rozmieszczenie na stole. Tak jakby ten moment był traumatycznie zły, bo na przykład wychodziliśmy z wizyty i dowiadywaliśmy się kolejnych fatalnych rzeczy. Pamiętam skonsternowanie kelnera, kiedy przyszedł, i Dudek jakby po prostu próbował wytłumaczyć, że wszystko jest okej, panujemy nad sytuacją. Po prostu w tym momencie ja potrzebuję przestrzeni na to, żeby sobie popłakać. I wiesz, no teraz wydaje się to może… Nie chcesz być w restauracji, w miejscu publicznym i płakać, gdzie ludzie się po prostu patrzą na Ciebie i jesteś w bardzo niekomfortowej sytuacji. A ja byłam bardzo potem wdzięczna za to, że właśnie nie uciekłam do fury i tam płakałam całą drogę powrotną. Tylko że pozwoliłam sobie na to, żeby wyrwać cokolwiek. Bo potem finalnie, po pięciu minutach płaczu, wycierałam nos i jadłam jedzenie, które myślałam, że w tamtym momencie mnie nie cieszy, a potem sobie myślałam wieczorem, że kurde, super, że zjedliśmy te kalmarki, nie? Nie zawsze to było tak dramatycznie. No, to akurat pamiętam tę jedną najgorszą wizytę. Czasami to były takie po prostu wizyty, które zazwyczaj nie należały do najprzyjemniejszych, ale też nie zawsze były traumatycznie złe. Natomiast to, że pozwalaliśmy sobie na to, żeby wydać kasę na jedzenie w knajpie, było super, uważam. I to jest taka jedna z rzeczy, które… No, niewiele pamiętam pozytywnych rzeczy podczas starań, a to, że jeździliśmy na dobrą szamkę, pamiętam. Ania: Ja się podepnę pod Twoje wspomnienie jeszcze, bo mam dokładnie takie samo wspomnienie. I wiecie, że tej knajpy już nie ma w tym miejscu. W sensie ona jest, zmieniła lokalizację. I też mieliśmy jedną knajpę po drodze, bo była blisko, więc musieliśmy szybko zawijać przed korkami do Warszawy, żeby nie utknąć i zawsze zajeżdżaliśmy tam, jak Michał jeździł ze mną. Nie zawsze tak było oczywiście, bo jeździłam też pociągiem do Warszawy, ale jak jeździł ze mną samochodem, to zajeżdżaliśmy sobie. I przez tyle lat wspominamy to: „A pamiętasz, jak jeździliśmy do Samiry?”. I też jestem za to wdzięczna. I też mój mąż namawiał do tego, żeby zajechać. Zosia: Za takie rytuały. To taki wspólny małżeński rytuał. Ania: Ale nawet nie było tak, że ja miałam ochotę tam jeździć. On po prostu też lubił tam, miał jakieś takie wspomnienie ze studiów. I trochę mnie tak namawiał do tego: „Dobra, chodź, zajedziemy. Chodź, zajedziemy”. No i tak zajeżdżaliśmy zawsze i właściwie to się stało naszą taką tradycją troszeczkę. Zosia: No właśnie mówię. Tworzenie swoich własnych rytuałów. Ania: To weszło w naszą historię życia. To będzie zawsze ta knajpa, do której jechaliśmy z kliniki i zajeżdżaliśmy. To będzie zawsze ta knajpa. To zostaje jako wspomnienie z moim mężem. Zosia: To prawda. Ania: Ale wtedy wcale tak na to nie patrzyłam, no. Zosia: No. Można było wrócić szybciej do swojej norki bezpiecznej, prawda? Którą dobrze znasz i… Ania: Natomiast wdzięczna jestem za coś miłego. Zosia: Ja teraz z perspektywy czasu też. I zostawiamy Was z tym przemyśleniem, bo tak jak obie z Anią wspominamy, to bardzo często były rzeczy, na które totalnie nie miałyśmy ochoty. Totalnie. Wręcz czasami miałyśmy ochotę się skryć, schować. A potem z perspektywy czasu potrafiłyśmy to docenić i stwierdzić, że to zrobiło wiele dobrego w naszym życiu. Więc może Wy znajdziecie taką rzecz. Bo to też nie zawsze będzie tak, że Wasza głowa sama to zauważy. Bo zobaczcie, do części z tych rzeczy musiały nas zmobilizować, czasami troszkę wypchnąć kopniaczkiem osoby z zewnątrz. Nie w Was musi się zrodzić taka myśl, że może właśnie teraz to, to coś… Ania: Posłuchać osób trzecich. Zosia: Właśnie. Posłuchać osoby trzeciej, której propozycja może na początku nie wydaje Wam się jakoś super sexy. Nie ta osoba, tylko ta propozycja. Ale potem, jak to zrobicie, to przyjdzie taka refleksja, że: no fajnie. W sumie naprawdę dobrze, że nie zostałam wtedy w domu. Ania: Dziękujemy za wysłuchanie i oglądanie naszego podcastu. Do zobaczenia w następnym odcinku. Zosia: Do zobaczenia. Artykuł #111 Rzeczy, które robiłyśmy niechętnie podczas starań, a później byłyśmy za nie wdzięczne pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • August 21 · 25 min

    #110 Czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym podczas starań?

    Podczas starań, kiedy niepłodność zajmuje tak dużo miejsca, wszystko inne zaczyna tracić znaczenie. Masz obok siebie kochającego człowieka, dom, bliskich, pracę, małe rzeczy, które kiedyś sprawiały Ci radość, a mimo to coraz trudniej je dostrzec i naprawdę się nimi cieszyć. A może zadajesz sobie pytanie „Przecież mam tyle dobrego, więc dlaczego nadal jestem nieszczęśliwa?”. W tym odcinku porozmawiamy o tym, czy można jednocześnie czuć wdzięczność za swoje życie i ogromny smutek z powodu tego, czego tak bardzo w nim brakuje. Plan odcinka Dlaczego podczas starań tak łatwo przestać zauważać to, co w naszym życiu dobre. Dwa światy, które mogą istnieć jednocześnie: wdzięczności i ogromnego smutku. Wiadomości o ciąży innych. Niepłodność wtórna i emocje kobiet, które mają już dziecko, ale starają się o kolejne. Porównywaniu swojego życia z życiem innych. Wieczór wdzięczności – odzyskanie kilku minut, które nie należą do niepłodności. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur Gajo Cześć, tutaj Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur Gajo Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. Zosia Mazurek Dudek Kolejny tydzień, kolejne spotkanie z Akademią. Co za regularność! Nie zniknęłyśmy gdzieś na kilka miesięcy i puszczamy te odcinki dalej? Czy jednak słuchacie tego odcinka w 2027? Bo coś tam się… Ania Mazur Gajo Miałam mówić: nie obiecuj, nie obiecuj. Zosia Mazurek Dudek Bo przyjdzie ci opublikować za trzy lata. Ania Mazur Gajo Bo u nas, słuchajcie, czasami tak jest, że… Czasami tak jest w tej Akademii. Zosia Mazurek Dudek Ale chciałam powiedzieć, bo nie wiecie trochę, jak to wygląda od kuchni, ten proces tworzenia, że teraz jesteśmy w trakcie nagrywania odcinków na zapas, co w Akademii dzieje się, kurna, nigdy, tak? Ania Mazur Gajo Nie no, ze dwa tam miałyśmy. Zosia Mazurek Dudek No, kiedyś tam, no. Zosia Mazurek Dudek Ze dwa razy w życiu. A tak leciałyśmy po prostu na bieżączce. Więc jest duża, duża doza prawdopodobieństwa, że jednak ta cykliczność zostaje utrzymana, bo bufor bezpieczeństwa na różne wykolejki życiowe, które nas właśnie wybijały z torów regularnego publikowania, jest dużo większy. Uczą się dziewczynki na błędach. Może, może, może się uda znów wrócić do regularnego… Ania Mazur Gajo Ja nic wam nie obiecuję. Zosia Mazurek Dudek …goszczenia w waszych głośnikach. Ja jestem mocno zmobilizowana, więc już bym wam nawet mogła obiecać. Ale nie mówisz, że grunt to dobrze obiecać, więc… Ja się nauczyłam tego od niej. Po tym wieloletnim związku grunt to dobrze obiecać i ja jeszcze jestem w stanie nawet obiecać, że będzie regularnie. Zosia Mazurek Dudek O tym sobie… Ania Mazur Gajo Powiem tylko, w kontekście mojego męża to się sprawdza idealnie. W relacji z moim mężem. Zosia Mazurek Dudek Również po wielu latach związku, prawda? Długoletnich związkach. Kochana, o czym będziesz ze mną nawijać dzisiaj, moja stara psiapsi? Zosia Mazurek Dudek Którą już mam wrażenie znam po prostu jak łysy koń. O czym będziesz sobie ze mną nawijać dzisiaj? Ania Mazur Gajo Dzisiaj porozmawiamy sobie o tym, czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym. Zosia Mazurek Dudek Podczas starań. Ania Mazur Gajo Podczas starań o dziecko. Zosia Mazurek Dudek Trochę takie przeciwległe bieguny. I takie, które bardzo się przeplatają w trakcie starań. Ania Mazur Gajo Bo bardzo ciężko jest… W sensie może inaczej. W niepłodności bardzo łatwo wejść w moment i dojść do tego momentu bardzo szybko, w którym nagle okazuje się, że to wszystko, co masz, nie ma znaczenia. Ciężko jest widzieć i czerpać takie pokłady radości i satysfakcji życiowej w momencie, w którym zderzasz się z niepłodnością. Zosia Mazurek Dudek Plus tak łatwo im umniejszać. Bo to tak jest, że trochę rozmawiamy enigmatycznie, więc zrobię wam wprowadzenie. Chodzi o to, że w momencie, w którym jesteście w staraniach, to one stanowią tak main temat wszystkich sfer w waszym życiu, że przestajecie zauważać rzeczy, które nie są tak oczywiste dla wielu innych ludzi, którzy was otaczają. Na przykład to, że macie przy sobie kochającego partnera i że to jest coś, z czego naprawdę można robić wielkie super „hurra” i tańczyć z radości, ciesząc się, że ten człowiek twój, wymarzony, który kroczy u twojego boku, jest przy tobie i że masz kolejną szansę obudzić się znowu koło niego. Jest to po prostu tak jakieś normalne, tak oczywiste, jak to, że bierzesz kolejny wdech, że nawet nie myślisz o tym, że możesz go nie wziąć. To jest oczywiście naturalne, tak sobie myślę, Aniusia, wiesz, że w momencie, w którym tak bardzo przeżywasz stratę czegoś, czego nie masz, ona ci przesłania po prostu cieszenie się. Stąd też, tak swoją drogą, robiłyśmy kiedyś wieczory wdzięczności. Pamiętasz? Żeby przekierować uwagę na to, żeby pokazać temu mózgowi, że są takie rzeczy w twoim życiu. Mimo tego całego szeregu rzeczy, które dzieją się źle, i jest ich cała masa, ale żeby tak chociaż na chwilę zmienić optykę i pokazać ci, że jest przy tobie człowiek na przykład, że masz zdrowych rodziców, że wstajesz rano w swoim domu, budzisz się w ciepłym łóżku. Ania Mazur Gajo No tego się tak nie docenia bardzo. Zosia Mazurek Dudek W ogóle, w ogóle, jasne. Ania Mazur Gajo Ja nie wiem, pamiętam taki moment, w którym jedna z moich bliskich osób mierzyła się z samotnością taką związkową. I raczej poszukiwaniem tego związku i próbą budowania jakiejkolwiek relacji. I właśnie, no jak się właśnie spojrzy, wyjdzie gdzieś, pozna tę historię… Może trochę ciężko też się otworzyć na nie, tak? Liczy się to, co umie, tak? Natomiast po takich rozmowach to tak człowiek sobie przeciera oczy i myśli sobie: Jezu, tak zapominam, ile mam szczęścia, że jest ta druga osoba. Że jest ktoś, kto wita mnie, do kogo mogę wysłać SMS-a. Kto da buziaka i kto złoży życzenia. Będzie pamiętał o ich urodzinach, ale będzie. Po prostu, że mogę kogoś złapać za rękę. Jezu, nawet się popłakać, wiecie? To jest coś, co jest nam dane i takie oczywiste. Zosia Mazurek Dudek 00:06:09 Dopóki tego nie zabraknie. Ania Mazur Gajo 00:06:11 No, dopóki to jest i wydaje nam się, że to będzie zawsze, tak? Że to jest taka oczywistość, że partner jest, prawda? I nawet przestajemy się tym cieszyć podczas starań. Ania Mazur Gajo 00:06:26 Spłycamy to. Znaczy, nawet nie spłycamy, bo to po prostu robią starania, tak? Nasza bliskość opiera się na kontakcie fizycznym w momencie, w którym jest owulacja i jakby koniec, nie widzimy tego. To jest tak bardzo przesunięte, tak bardzo gdzieś zakopane, że przestajemy to dostrzegać. Zosia Mazurek Dudek 00:06:45 I żeby była jasność, my nie chcemy tym podcastem wywołać u was teraz euforii i jarania się 24 godziny na dobę tym, że macie partnera, a ktoś inny nie ma, bo to będzie bardzo ciężkie do zrobienia. Chodzi tylko o to, żeby spróbować przekuć tę uwagę w waszym mózgu, chociaż na chwilę, na to, że po pierwsze warto się skupić na tych rzeczach pozytywnych, które was otaczają, bo może jak zechcecie je dostrzec, to okaże się, że jest ich więcej, niż się spodziewałyście. Zosia Mazurek Dudek 00:07:18 I po drugie, tak z drugiej strony, dać sobie luz na to, że nie będzie łatwo się tym jarać. Po prostu. Że jest to taki moment w życiu, że to, że ty mi teraz mówisz, że ja mam męża i mam z tego robić, rozumiesz, pal, wokół którego właśnie będę tańczyć z radości, jest po prostu trudne do osiągnięcia w tym momencie. I pamiętam, jak kiedyś rozmawiałyśmy podczas, nie wiem, którego spotkania z Anią Wietrzykowską, która jest psychologiem niepłodności i zajmuje się tym tematem od wielu lat. Zosia Mazurek Dudek 00:07:56 Ona powiedziała o takim badaniu, że to już jest udowodnione naukowo, że osoby, które doświadczają niepłodności, mają poziom stresu zbliżony do uzyskania diagnozy nowotworowej, takiej przewlekłej choroby, i że jest to grupa osób, która jest zdecydowanie bardziej narażona na wystąpienie zaburzeń nastroju i depresji. Więc samo to pokazuje, że kiszenie się w tym sosie niepłodnościowym predysponuje nas bardziej do tego, żeby chociażby mieć depresję. Zosia Mazurek Dudek 00:08:27 To nawet nie chodzi o to, że masz gorszy humor, tylko że po prostu możesz wymagać wsparcia farmakologicznego do tego, żeby w ogóle wyjść z tego stanu. I sama ta świadomość tego, że nie zawsze warto jest przed tym uciekać, mam nadzieję, że będzie taka ożywcza. Że to jest naprawdę potężne tąpnięcie w życiu. Bardzo. Więc teraz gadanie o takich frywolnych rzeczach, rozumiesz, do, tak sobie myślę, grupy, która sama z góry jest predysponowana do tego, że częściej u niej występuje depresja, i teraz ty sobie nagrywasz podcast o tym, że warto się cieszyć, że masz męża… Zosia Mazurek Dudek 00:09:06 Nie, bardzo, bardzo bym nie chciała spłycić tego tematu, tak straight to the point. Ania Mazur Gajo 00:09:11 No dobrze. Zosia Mazurek Dudek 00:09:12 Ale z drugiej strony pamiętam też taką wiadomość. Nie pamiętam, czy ona przyszła na mojego Insta, czy to był Insta Akademii. Pamiętam, jak napisała do nas dziewczyna, która powiedziała w tej swojej wiadomości, że tak bardzo zazdrości tym wszystkim dziewczynom, które są na etapie starań. Na etapie starań, czyli w tym takim momencie, w którym nikt nie chce być i nie chce, żeby się przedłużał. Bo ona marzy o tym, żeby być mamą, ale nie znalazła odpowiedniego partnera i ma takie wrażenie, że czas ucieka. Ania Mazur Gajo 00:09:47 Pamiętam tę wiadomość. Zosia Mazurek Dudek 00:09:48 Czyli Akademia. Czas ucieka. Ona ma go coraz mniej. Zosia Mazurek Dudek 00:09:53 Nie ma człowieka, z którym mogłaby próbować nawet się o to dziecko starać. I ma takie wrażenie, że po prostu to życie ją mija tak dwa razy szybciej, niż gdyby był ten człowiek, z którym mogłaby podjąć chociaż te próby aktywne. Gdyby miała obok siebie tę kochającą osobę. I pamiętam, że to wprawiało ją w takie ogromne przygnębienie. Życzyła tego jeszcze mocniej. To marzenie o byciu mamą było jednocześnie tak bardzo jeszcze dalsze, tak bardzo nieuchwytne, no bo nie masz, nie masz z kim w tym momencie. Ania Mazur Gajo 00:10:26 Tylko nawet takie wiadomości dostałyśmy na przestrzeni tych lat, że… No ale właśnie, tutaj jeszcze mi przychodzi taka myśl: czy warto się porównywać? Czy to nie jest takie, wiesz… Czy to daje? Ania Mazur Gajo 00:10:42 Wydaje mi się, że to jest takie chwilowe tąpnięcie, zatrzymanie się. Ja bym chyba tak to traktowała, że na chwilę pozwalają nam te różne wyjścia ze swoich takich… poznanie innych ludzi, perspektyw, pozwala nam na chwilę się zatrzymać i przyjrzeć chociaż przez sekundę temu, co cały czas jest w biegu w tym momencie. Bo w niepłodności po prostu pędzisz. Ania Mazur Gajo 00:11:05 Masz cel główny. Do poniedziałku. Poniedziałek jest wizyta, więc pędzisz tam. Od poniedziałku do środy kolejna wizyta. Ania Mazur Gajo 00:11:13 Pędzisz. Później mamy, no, może będzie moment kulminacyjny. Wypadnie na kolejny poniedziałek, wtorek. Będzie, będzie owulacja. Pędzisz. Dalej pędzisz do testu. I cały czas pędzisz. Ania Mazur Gajo 00:11:28 A takie tąpnięcie… No ale tak jak mówisz, jest to… Nie wiem, czy ja bym chciała się patrzeć i myśleć sobie, w sensie, tego tak bardzo nie widzisz, tak bardzo nie widzisz tego, że ty masz tyle szczęścia. Ty masz nieszczęście, no bo przecież mnie wszystko boli w tym momencie, więc mi towarzyszy rozpacz. Jakie szczęście z tego, że ten stary jest? Zosia Mazurek Dudek 00:11:53 No właśnie dlatego, dlatego chyba warto podkreślić to, co powiedziałyśmy na początku, że to nie będzie jak za dotknięciem magicznej różdżki i nagle poczujesz wdzięczność za wszystko, co masz. Bo może się to okazać cholernie trudne. Plus, pamiętając to, co wynika z badań, że jesteśmy z góry bardziej predysponowani do tego, żeby doświadczyć depresji przez to, co nas dotyka, trzeba mieć tego świadomość i po prostu próbować dealować z tym życiem na tyle, na ile w tym momencie jesteśmy w stanie. Ale to, że będą w nas dwa światy, bo chyba można tak to nazwać… Zosia Mazurek Dudek 00:12:32 To też jest taka myśl, którą warto oswoić, bo możesz być jednocześnie bardzo wdzięczna za to, co masz w życiu. Możesz bardzo się cieszyć z tego swojego partnera czy męża, który jest z boku, doceniać to, że masz dom i budzić się jednego dnia i myśleć sobie właśnie o tym, że to jest cudowne, że kolejny raz budzisz się przy tym człowieku, że on i ty wciąż się kochacie, że macie dom, a drugiego budzisz się i czujesz: to jest wciąż ten sam koleś. Zosia Mazurek Dudek 00:12:59 Ale drugiego dnia budzisz się tym Zosinkiem, który inny się wylosował tego dnia, i bardziej widzisz to, że no niby jest ten koleś, który cię kocha, ale myślisz sobie o tym, że ta miłość może potrwać jeszcze, powiedzmy, rok, bo on to zniesie rok i potem będzie bardziej widział ciebie niewystarczającą i taką, która wciąż nie daje mu, tak jak ja miałam, tego synka do kopania piłki. I jego ziomeczki, które się spotykają, rozmawiają już o tym, że Tomek uczy Franka grać w piłkę, a ty w ogóle nie masz pół perspektywy takiej, którą możesz się podzielić, tak? Nie ma nawet, rozumiesz, zalążka małego Franka w twoim życiu, o którym możesz mówić, że też go będziesz uczył grać w piłkę. Zosia Mazurek Dudek 00:13:40 Jak twoje ziomeczki, które idą do przodu, a ty stoisz w miejscu. I może się wylosować ten Zosin, który zamiast tego domu, który macie i który jest waszym azylem, no to dzisiaj nie wychodzi z kawą na taras i jest wdzięczny za to, że może pić kawę na własnym tarasie, tylko widzi pusty pokój, który na razie jest graciarnią, a miał być kiedyś pokojem waszego maluszka, którego ciągle nie ma. Myślę, że to przeplatanie się tych dwóch światów jest totalnie naturalne i wpisane po prostu w podążanie tą drogą niepłodności. Ania Mazur Gajo 00:14:10 Myślę, że tak może być, że jednocześnie możesz czuć niekiedy odrobinę radości, a za chwilę emocje, które… To jest mieszanka wybuchowa. Ania Mazur Gajo 00:14:23 Nawet codzienna mieszanka wybuchowa. Zosia Mazurek Dudek 00:14:26 Tak, te sinusoidy w górę i w dół. Tak, tak, tak. Ania Mazur Gajo 00:14:29 Że wystarczy chwila, jedna wiadomość i twój dobry nastrój padnie, bo ktoś ogłosi, że jest w ciąży. Byłaś pozytywna, ale akurat dzisiaj tego nie dźwigniesz, no. Może tydzień temu byś dźwignęła i myślała, że radzę sobie już z tym. A tak naprawdę przychodzi kolejne tąpnięcie i po prostu padasz. I kolejny raz upadasz. Zosia Mazurek Dudek 00:14:55 To prawda. Zosia Mazurek Dudek 00:14:56 Więc, ha, kolejny raz nie mamy złotych środków i idealnych rad, jak to zrobić. Trochę tylko z pełnym, z pełnym szacunkiem do tego, że po drugiej stronie może być Zosin, który ma głęboko w dupce to, co my teraz robimy, serio. Bo ja w ogóle myślę, że jakby to trafiło na taki specyficzny czas moich starań, kiedy byłam zamknięta na zauważenie jakichkolwiek pozytywów w moim życiu, mogłabym tego po prostu nie zaakceptować i pomyśleć sobie o tym, że totalnie nie rozumiemy tego, co się teraz w waszych życiach dzieje. I ja to czaję, ja to naprawdę biorę na klatę, bo ja byłam tam, po prostu. Byłam tym Zosinkiem, który nie chciał słuchać takich rzeczy. Zosia Mazurek Dudek 00:15:36 Jednocześnie po kolejnym miesiącu nieudanych starań, kiedy zawitała w mojej głowie taka myśl jak wieczór wdzięczności, czyli godzina w moim życiu przeznaczona na to, żeby myśleć o tym, co pozytywnego mimo wszystko się w nim dzieje, bardzo… Zosia Mazurek Dudek 00:15:56 …rozświetliła chociaż jeden zakurzony zakamarek mojego serduszka. I to wam chcę pokazać, że w momencie, w którym się położycie i zechcecie zaprosić do swoich myśli takie rzeczy, które wydawały się oczywiste, ale jak o nich pomyślicie sobie tak później, to one nie są dane wszystkim po równo, to można po prostu wiele z tego wyciągnąć dla siebie. I pomyślcie sobie o tym, za co jestem wdzięczna dzisiaj, wieczorem. To mogą być przeróżne rzeczy, bo raz będzie to właśnie to, co powiedziałyśmy, że macie człowieka, obok którego się budzicie. Zosia Mazurek Dudek 00:16:36 Że macie mamę albo tatę, do których możecie zadzwonić. I też nie każdy ma taką możliwość. A to też jest takie w sumie oczywiste, nie? Dopóki się tego nie ma. Że macie bezpieczny kąt w swoim życiu. Że może macie pracę, którą lubicie. Albo że dzisiaj rano wypiłyście pyszną kawę. Albo że zrobiłyście sobie super spokojną herbatę wieczorem i to było super. Albo przeczytałyście jakąś bardzo dobrą książkę. To mogą być bardzo różne rzeczy. Zosia Mazurek Dudek 00:17:01 Mogłyście sobie kupić pięknego goździka, wracając z pracy, i będziecie teraz się na niego patrzeć i za każdym razem sobie poprawiać humor, bo nigdy nie pozwalałyście sobie na przykład na kupienie świeżych kwiatków do domu, bo szkoda było na to kasy. A teraz takie małe rozpieszczoty mogą się okazać tym malutkim promyczkiem. Ale jakby go było za trudno wprowadzić, no to tak może się też okazać. Ania Mazur Gajo 00:17:31 Myślę sobie jeszcze o… Przychodzą mi na myśl jeszcze dziewczyny z niepłodnością wtórną, które mogą przeżywać trudne chwile, pomimo że teoretycznie mają… są szczęśliwe. Ania Mazur Gajo 00:17:51 Spotykamy się w Akademii i najczęściej, chociaż staramy się również ukazywać historie z niepłodnością wtórną, która jest dość niezrozumiana, natomiast dotyka też sporej grupy osób. I my też kiedyś wrzucałyśmy ankietę i naprawdę się zaskoczyłyśmy, że to jest taka grupa w zawieszeniu, która… Te dziewczyny też same siebie nie potrafią zaakceptować i zrozumieć swoich emocji. Zosia Mazurek Dudek 00:18:26 Może powiedzmy, czym jest niepłodność wtórna, bo myślę, że nie wszyscy mogą rozumieć. Ania Mazur Gajo 00:18:30 To jest moment, w którym para ma już dziecko, a podchodząc do kolejnych starań, mierzy się z niepłodnością. I te starania również są… Znaczy nie „również”, bo czasami jest tak, że pierwsza próba nie była powiązana z niepłodnością. Udało się zajść w ciążę, a drugie starania się wydłużają. I czasami jest tak, że trwa to pięć lat, dziesięć lat. I ciężko jest… Ja sama też osobiście znam taką historię dziewczyny, która przez dziesięć lat marzyła o drugim dziecku. Ania Mazur Gajo 00:19:06 I podchodziła do kolejnych prób in vitro. Ania Mazur Gajo 00:19:11 I te próby… To nie było tak, że wracała po tych nieudanych próbach do domu i była przeszczęśliwą osobą. Ania Mazur Gajo 00:19:20 Jakby doceniała to, że jest ten synek, ale właśnie były w niej takie emocje, że ona płacze, ona podupada po tym in vitro i… Ale ma już to dziecko. Ale nie może, nie może… Ona tęskni za swoim drugim dzieckiem, bo jej serce jest w stanie pomieścić miłość do kolejnego dziecka. Ona tęskni za kolejną osobą, za kimś, kogo tu nie ma. I te dziewczyny też są często niezrozumiane, no bo: „Jak możesz? Ty masz chociaż jedno dziecko, jak możesz?”. Zosia Mazurek Dudek 00:19:53 Tak. „Ja, jakbym była na twoim miejscu, to doceniałabym to, co mam”. Łatwo nam wchodzić w cudze buty, bo wydaje nam się, że będziemy wiedzieć, jak tam jest, no. Ania Mazur Gajo 00:20:03 A dziesięcioletnie cierpienie i wyczekiwanie to też jest cierpienie nadal. Zosia Mazurek Dudek 00:20:10 W ogóle rzeczywiście niepłodność wtórna jest bardzo trudnym tematem, dlatego że ona jest tak społecznie niezrozumiana. Z perspektywy społeczności osób starających się o dziecko. Ja to też rozumiem. No bardzo trudno jest… To może być trudne do zrozumienia: jak możesz skupiać się na dziecku, którego nie ma, w momencie, w którym masz już swoje dziecko? A to jest bardzo złożony psychologicznie proces i naprawdę tak może być. Naprawdę tak może być, że można bardzo, bardzo czuć się… Zosia Mazurek Dudek 00:20:45 …źle, wybrakowanym i bardzo skupiać się na procesie starania się o kolejne. Zwłaszcza że ma się w głowie takie przeczucie, że no kurna, przecież kiedyś się udało bez problemu, więc to nie jest tak, że ja nie mogę, nie potrafię, tylko o co chodzi? Co jest teraz ze mną nie tak? Co się zmieniło w naszym życiu? Obiecywaliśmy naszej córeczce rodzeństwo i nie możemy tego dać, a ona coraz bardziej o to dopytuje. I ma koleżanki, które mają rodzeństwo i mogą się z nim bawić, a my ciągle jej tego nie dajemy. Ania Mazur Gajo 00:21:17 I nadal ta niepłodność jest w twoim życiu. Widzisz te radości i ona ci też je zabiera. Bo ta niepłodność jest taka, że ona, nawet jak mierzysz się z tą niepłodnością wtórną, to też ci wszystko pozabiera. Ania Mazur Gajo 00:21:32 I po prostu tym swoim czarnym parasolem wszystko ci przykryje. Zosia Mazurek Dudek 00:21:38 To prawda. Chociaż, no, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że to może być ciężki temat do zrozumienia. Ania Mazur Gajo 00:21:44 No, na pewno, bo ja też bym nie zrozumiała czegoś takiego. Skoro ja walczę o jedno dziecko, a ty już jesteś po wygranej stronie, ciężko mi jest cię zrozumieć. Zosia Mazurek Dudek 00:21:52 No dokładnie. Zwłaszcza że ja oddałabym wszystko, żeby mieć to chociaż jedno dziecko, żebym mogła tam być. No i to właśnie jest, tak mi się wydaje, wchodzenie w te buty, w których nam się wydaje, że byłoby nam wygodniej, niż jak pewnie wejdziemy i potem tam jesteśmy. Ale to też jest coś, na co mamy duży margines w sobie, prawda? Żeby to pomieścić i zrozumieć różne perspektywy. Zosia Mazurek Dudek 00:22:17 Nawiązując do sytuacji, o której powiedziałaś, czyli tematu z niepłodnością wtórną, są momenty, tak? To chciałaś powiedzieć? W których się przeplatają dwa… Ania Mazur Gajo 00:22:32 Tak. Tak, chciałam powiedzieć, że można czuć właśnie, nawiązując do tematu, że można czuć wdzięczność i nie cieszyć się tym, co się ma. Że jakby są różne sytuacje, perspektywy i ta niepłodność potrafi wejść w różne nasze życia. Ania Mazur Gajo 00:22:55 A wiem, że jest wiele kobiet po prostu, które też są w Akademii, słuchają i one tam sobie po cichutku siedzą, czując właśnie, że nie mogą powiedzieć tego na głos, że są same, a też walczą każdego dnia. Zosia Mazurek Dudek 00:23:12 Bo nie zostaną zrozumiane, a może nawet nie tyle niezrozumiane, co jeszcze zostaną zbesztane za to i dostaną bęcki. Jak mogą tak myśleć? Więc… Zrobisz podsumowanie? Teraz ty? Zosia Mazurek Dudek 00:23:27 Bo myślę, że już możemy dobijać do brzegu z tym odcinkiem. Ania Mazur Gajo 00:23:31 Hmm, podsumowanie jest takie, że ja bym zachęcała was do tego, do tych wieczorów wdzięczności, nawet jeżeli on by miał trwać minutę. Ania Mazur Gajo 00:23:45 Minutę zabrać tej niepłodności, która wam zabrała może i cały dzień. A może przez chwilę zajrzeć sobie za ten parasol. Na sekundkę nawet. To nic nie będzie was kosztować, a może następnym razem uda się poświęcić i zobaczyć dwie minuty rzeczy, które się wydarzyły. Zosia Mazurek Dudek 00:24:08 Gdyby to było trudne, to też dajcie sobie na to przestrzeń, bo czasami jesteśmy w takiej otchłani, że naprawdę ciężko dostrzec jakikolwiek promień. I dbajcie o swoje zdrowie psychiczne, bo jest to bardzo ważne. Nie odkładajcie wizyty u psychologa czy psychiatry na moment, w którym naprawdę ciężko będzie podnieść się z łóżka, bo sytuacja, której doświadczacie w życiu, jest bardzo trudna i to udowadniają badania. To nie jest coś, co wam się wydaje, bo my mamy taką skłonność do tego, żeby czasem sobie umniejszać i wciąż czekamy na to, aż bardziej nas to przyciśnie, kiedy już naprawdę nie będziemy w stanie wyjść. Zosia Mazurek Dudek 00:24:45 Naprawdę nie warto, bo często te pierwsze, hmm, pierwsze rzeczy, które możemy wdrożyć, zadziałają szybciej, skuteczniej. I nie będziemy musiały tak długo się z tym po prostu kisić w sobie. Więc dbajcie o siebie również na poziomie zdrowia psychicznego, bo to bardzo, bardzo ważne. Tymczasem zostawiamy was z tym przemyśleniem na kolejny tydzień. Ania Mazur Gajo 00:25:09 Tak jest. Zosia Mazurek Dudek 00:25:10 I mamy nadzieję, że wracamy regularnie z kolejnym odcinkiem naszego podcastu już w przyszłym tygodniu. Trzymajcie się, dobrego tygodnia. Artykuł #110 Czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym podczas starań? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • August 14 · 19 min

    #109 Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania „a co jeśli będę w ciąży”

    Czy da się podejmować zwykłe życiowe decyzje bez myślenia: „A co, jeśli za chwilę będę w ciąży?”. W tym odcinku rozmawiamy o życiu w zawieszeniu podczas starań o dziecko, odkładaniu zmiany pracy, podróży, wydatków, studiów czy nawet marzeń na później. O tym, jak długo można funkcjonować „na długu tlenowym” i co dzieje się w momencie, kiedy zaczyna brakować sił na dalsze czekanie. Mówimy też o własnych doświadczeniach i historiach kobiet, które po latach starań zaczęły powoli odzyskiwać kawałki swojego życia, nie rezygnując przy tym z marzenia o dziecku. Plan odcinka Życie podporządkowane myśli: „zaraz będę w ciąży” Dlaczego odkładamy zmianę pracy i ważne decyzje Finanse podczas starań- leczenie czy wakacje? Podróże planowane pod cykl miesiączkowy Życie „na długu tlenowym” i moment, kiedy zaczyna brakować sił Czy można pozwolić sobie na przyjemność bez poczucia winy? Historie kobiet, które po latach zaczęły odzyskiwać swoje życie Studia, kursy, podróże i inne rzeczy odkładane „na później” „Pokój dla dziecka”, który przez lata pozostaje pusty Czy istnieje moment, w którym trzeba przestać czekać i zacząć żyć? Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur Gajo 00:00:00 Cześć, to Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek 00:00:01 Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur Gajo 00:00:25 Witamy w kolejnym podcaście? Videocaście? Dzisiejszy odcinek to? Zosia Mazurek Dudek 00:00:33 „Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania: a co, jeśli będę w ciąży?” Ania Mazur Gajo 00:00:42 Stan zawieszenia życia podczas niepłodności to jest coś, co dotyka, myślę, że większości osób starających się o dziecko. Jednak to, że będziesz za chwilę w ciąży, sprawia, że twoje wybory, twoja przyszłość… Zosia Mazurek Dudek 00:01:02 No i wszystkie decyzje, które podejmujesz. Masz gdzieś z tyłu głowy to… Ania Mazur Gajo 00:01:05 …że za chwilę będziesz w ciąży. Ania Mazur Gajo 00:01:09 Więc jest to stan, który determinuje też twój wybór pracy, wakacji. Zosia Mazurek Dudek 00:01:23 Oczywiście. Każdy wyjazd. Ania Mazur Gajo 00:01:25 Ale też finansowe wybory, na które się decydujesz bądź nie. Jak zaczynamy starania, to myślimy, że w tej ciąży będziemy. Zosia Mazurek Dudek 00:01:36 Zaraz. Ania Mazur Gajo 00:01:37 Za chwilę, więc nie zmieniamy pracy. Też tak może być? Zosia Mazurek Dudek 00:01:41 Może być, mimo że gdzieś z tyłu głowy byśmy mieli… Ale wiem, że jest to tak dalece ciężki proces, na zasadzie: w ogóle wszystkie zmiany są trudne. Ale wiesz, co sobie myślę? Że zmiana pracy, nawet na taką, która być może w przyszłości da ci bezpieczniejszą pozycję albo lepsze warunki na umowie… No ale wiesz, że w tej nowej pracy musisz się wdrożyć. To nie jest tak, że zmienisz pracę i co? Ania Mazur Gajo 00:02:05 Dziewczyny bardzo często piszą do nas, że ta praca to jest taki punkt, moment, w którym bardzo często w ogóle praca pojawia się w wiadomościach. Raz, że oczywiście jest to ważny element też… Ania Mazur Gajo 00:02:21 …bezpieczeństwa, jeżeli chodzi o tę ciążę. Ale często też w wiadomościach mamy, że po długotrwałych staraniach dochodzi do was, że jesteście w pracy, w której nie chcecie być, i tkwicie latami, bo te starania okazują się niestety… że nie trwają rok czy dwa. Ania Mazur Gajo 00:02:49 Znamy też wiele takich historii, gdzie dziewczyny zdecydowały się wziąć ten wdech. Ten taki naprawdę ogromny krok, bo to jest naprawdę ogromna zmiana. Przez wiele lat powtarzając sobie, że: „Nie zmieniam pracy, bo zaraz będę w ciąży”, zmieniają pracę. I to jest taki dla nich moment uwalniający. To jest taka pierwsza wielka rzecz, którą zrobiły, odkąd zaczęły starać się o dziecko. Zosia Mazurek Dudek 00:03:15 No, bo porzucasz tę znaną, choć nie do końca może komfortową rzeczywistość, bo jednak coś cię tam uwiera, ale boisz się zrobić ten krok w nieznane. No bo wiesz, jakie on może konsekwencje ze sobą nieść, tak? To jest ta chwila, kiedy masz nieważkość pod stopami i to nie jest miła chwila. Jak najszybciej chcesz osiąść i poczuć się znów bezpiecznie. Może w fajniejszym miejscu, może to ci pozwoli dryfować do czegoś, przy czym powiesz: „Boże, jak szkoda, że zrobiłam to tak późno”. Ale z drugiej strony nie wiesz, no bo zawsze może być gorzej, prawda? Może być z deszczu pod rynnę. Więc nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz. Ale podjęcie takiej decyzji z myślą taką, że: „A co, jeśli…?” Zosia Mazurek Dudek 00:03:53 „To jest ten cykl, w którym będę w ciąży?”. „Co, jeśli?” i tkwienie w tym samym, znanym, acz czasami bagienku, z tego, co da się wyczytać z tych wiadomości, jest również bardzo takie kiszące. Zosia Mazurek Dudek 00:04:08 Rozumiesz? Bardzo. Ja też mam bardzo wiele zrozumienia do tego, bo podjęcie takiej decyzji to jest coś przeogromnie wielkiego. Zosia Mazurek Dudek 00:04:19 I w ogóle tak bardzo dużo decyzji się z tym wiąże, bo praca daje ci stabilność. Finansową też, tak? A finanse musisz dzielić, bo możesz je przeznaczyć na wycieczkę, no ale wtedy zostanie mniej na kupce „starania”. Z drugiej strony pojedziesz na wycieczkę i co? Zawalisz te starania? Albo kolejny rok podejmiesz decyzję, że wciąż starania. Zosia Mazurek Dudek 00:04:46 I kolejny rok nie pojedziesz na wakacje, bo jednak ta kupka do zaopiekowania była bardziej istotna, była w tym priorytecie. I potem to będzie na przykład jedna z tych wiadomości, gdzie budzisz się w świecie, w którym nie byłaś na wakacjach od pięciu, sześciu lat, bo ciągle wydaje ci się, że na te następne pojedziecie we trójkę, a tej dodatkowej osoby ciągle nie ma na pokładzie. Ania Mazur Gajo 00:05:10 Bo na początku nawet ty nie chcesz jechać na te wakacje. Odkładasz wszystko, jesteś w stanie zrezygnować ze wszystkiego. Ze wszystkiego, naprawdę. Możesz nie wychodzić z domu. Zosia Mazurek Dudek 00:05:18 No tak. I nawet wręcz jak pojedziesz, to będziesz czuła się winna. Ania Mazur Gajo 00:05:22 Iść do roboty, wrócić z roboty, iść do lekarza i tyle. Jakby dasz sobie radę przez pewien czas. Zosia Mazurek Dudek 00:05:29 Tylko czy to jest życie na długu tlenowym? Ania Mazur Gajo 00:05:32 I dasz sobie świetnie radę na tym. Zosia Mazurek Dudek 00:05:34 Pod warunkiem, że za zakrętem czeka spełnienie marzeń. Ania Mazur Gajo 00:05:38 Tak, bo wytrzymasz. Jesteś w stanie zacisnąć zęby podczas starań i wytrzymać naprawdę największe kłody. Wytrzymasz to przez chwilę. Tylko jak mija rok, mija dwa, mija trzeci rok… Ania Mazur Gajo 00:05:53 …to w końcu już tak bardzo się dusisz, że nie możesz. Zosia Mazurek Dudek 00:06:00 Albo się udusisz, albo jednak wypłyniesz na tę powierzchnię po ten wdech. Ania Mazur Gajo 00:06:05 No i właśnie przypomniała mi się taka historia. Kocham ją, naprawdę kocham ją. Ania Mazur Gajo 00:06:13 Kiedy dziewczyna odkładała życie na potem, na ciążę, na zawsze. Znaczy zawsze, odkąd się starali, miała być w ciąży w następnym miesiącu i to było odkładanie wszystkich swoich przyjemności. I tak bardzo mi się spodobało to, co napisała. Pozwoli to może wam też przestawić patrzenie na to wszystko. I napisała tak: „Kupiłam skok na bungee dla mojego męża. Na urodziny”. Ania Mazur Gajo 00:06:52 „Ale kupiłam też sobie. Zawsze odkładałam wszystko, bo będę w ciąży. A jeżeli w tej ciąży będę, to i tak wygram”. Ania Mazur Gajo 00:07:03 I to mi dało takie: no tak. Nawet jak zajdziesz w ciążę, to stracisz, nie wiem, bilety, ale wygrasz, no. I tak wygrasz. I to jest takie otwierające głowę, że ty się boisz tego, ale jeżeli tam czeka tak wielka wygrana, to ten przelew, ten skok, gdzie nie skoczysz, przestaje mieć znaczenie. Zosia Mazurek Dudek 00:07:37 Bardzo, bardzo fajne, otwierające głowę. Ale jakbym była na tej początkowej ścieżce starań, to nie potrafiłabym na tę decyzję spojrzeć życzliwie, z wdzięcznością dla samej siebie, że myślę o sobie i o tym, że może być różnie, ale przynajmniej nie przesiedzisz w chacie. Tylko raczej pomyślałabym sobie, że no, Zosin tak średnio odpowiedzialnie. Jak, wiesz, szczypiemy się z każdym groszem. Ania Mazur Gajo 00:08:06 No, dokładnie. Ania Mazur Gajo 00:08:08 I to jest ten etap, kiedy ty zagryziesz, zrezygnujesz ze wszystkiego i ty nie masz takiego jakiegoś, wiesz: „A dobra…”. Zosia Mazurek Dudek 00:08:14 Potrzeby, tak? Ania Mazur Gajo 00:08:15 Nie masz potrzeby. Ale w końcu, po kilku latach, ta potrzeba może przyjść i w końcu ogarniasz, że ten czas zleciał, a właściwie tam jest czarna dziura. Zosia Mazurek Dudek 00:08:25 Dlatego właśnie mówię, że zależy, na który moment tobie trafiło. Czy tobie trafiło na początek, na zasadzie… Ania Mazur Gajo 00:08:30 Nie potrzebujesz jeszcze oddechu. Zosia Mazurek Dudek 00:08:32 Tak, bo zagryzam zęby, bo dojadę, docisnę, wezmę sobie łyk, spełnią mi się marzenia. Już mam go mało, już dawno powinnam się wynurzyć, ale po prostu oszukuję się, że jeszcze mi go wystarczy. Więc tak. A z drugiej strony tak sobie myślę, że moje spełnienie marzeń o pierwszym dziecku zadziało się wtedy, kiedy nakupowałam biletów na różne wycieczki po Europie. Miałam taką fazę, jak już poczułam ten taki, właśnie ten taki mikrooddech i te takie moje mikromałe zachwyty, które daje mi chociażby podróżowanie. Zosia Mazurek Dudek 00:09:11 Kiedy pozwoliłam sobie na pierwszą podróż po bardzo długim czasie, z wyrzutami sumienia, wypchnięta na nią właściwie przez mojego męża, starając się to ogarnąć jak najbardziej budżetowo, i wtedy na tym wyjeździe poczułam, że: „Boże, to jest pierwszy raz, kiedy ja wzięłam głębszy oddech”. To nie jest tak, że ja przestaję myśleć o tych staraniach, ale to jest pierwszy raz, kiedy daję sobie poczuć, że miewam się troszkę lepiej, chociaż przez ten moment. Chcę to powtórzyć. Chcę jeszcze raz, chcę jeszcze raz być w tym samym miejscu i poczuć ten mikrozachwyt, chociaż na sekundę. Porezerwowałam również budżetowo, szukając jakichś takich turbo tanich lotów, różne wycieczki po Europie. Pamiętam to. Zosia Mazurek Dudek 00:09:51 Tu polecę z mamą, tu polecę z Dudkiem, tu polecę z bratem. I pamiętam, że chciałam to zrobić tak, że wykupowałam najtańsze loty, myśląc sobie, że jak ta wycieczka będzie się już zbliżała i ja dalej nie będę w tej ciąży, no to wtedy będzie można zacząć rezerwować jakieś tam miejscówki do spania. Ale przynajmniej mam już wbite w kalendarz, zahaczone. Mamy loty, rezerwuję ciebie na ten termin, jedziemy sobie spędzić wspólnie czas. I potem miałam taką myśl, że jak już… Zosia Mazurek Dudek 00:10:21 Krysia była pod moim sercem, to miałam taką myśl, że najlżej mi jest zrezygnować z tych wydanych pieniędzy na te bilety. Że po prostu cieszę się, że nie mogę polecieć, że nie mam w ogóle żalu o to, że to było super rezerwować, że to było super otworzyć sobie swoją głowę na to, że możesz sobie na to pozwolić, rozumiesz? I finalnie, mimo wszystko, one przepadły. To nie były jakieś duże pieniądze, no ale przepadły. Ale że ja w ogóle dałam sobie na to pozwolenie, żeby to zrobić i żeby tam spróbować wylądować, to już było takie… pokazało, że jednak… Ania Mazur Gajo 00:10:59 Hipotetyczna ciąża ma wpływ na plany podróżnicze. Zosia Mazurek Dudek 00:11:07 Nie tylko podróżnicze. Ania Mazur Gajo 00:11:12 Zostańmy na chwilę przy tych podróżniczych planach, bo na początku jeszcze sobie podróżujecie, no bo staracie się i jest, nazwijmy to frywolnie, no bo jest to czas starań, kiedy po prostu cieszycie się tym, że zaraz zostaniecie rodzicami. Zosia Mazurek Dudek 00:11:30 Później moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że może nie być tak szybko. Ania Mazur Gajo 00:11:37 Tak. Nie masz ochoty. Ja w ogóle pamiętam taki wyjazd na Mazury, na Mazury, gdzie mi było szkoda tam być. Ania Mazur Gajo 00:11:48 Ustalasz życie pod cykl miesiączkowy. Jakby był to moment, w którym jesteś już po stymulacji i po owulacji najlepiej, prawda? Kiedy już tam jesteś, no to to jest najlepszy czas na wakacje, no bo wtedy nie idziesz na monitoring. Zosia Mazurek Dudek 00:12:12 Wtedy tam dostajesz… Nie jesteś związana wizytami. Ania Mazur Gajo 00:12:15 Tak, nie jesteś uwiązana. Tam dostajesz miesiączkę, więc… Zosia Mazurek Dudek 00:12:19 Albo nie. Ania Mazur Gajo 00:12:20 Albo nie, oczywiście. Tak, na to liczysz. Natomiast jest to ten moment, w którym ty możesz się ruszyć gdziekolwiek. I no, i masz taki też moment straconego cyklu, jak jedziesz nie w tym czasie. Zosia Mazurek Dudek 00:12:34 Nie w tym czasie. A to było nie w tym czasie? A, no to może dlatego ci się nie podobało. Ania Mazur Gajo 00:12:39 No słabe, no. No jak? Zosia Mazurek Dudek 00:12:41 I nie potrafiłaś się cieszyć tym wyjazdem? Ania Mazur Gajo 00:12:43 Nie, bo to nie był taki moment, kiedy ja chciałam mieć oddech. Ja chciałam się starać o dziecko. Moją misją było jeżdżenie do lekarzy. Moją misją było czytanie na ten temat. Moją misją było robienie wszystkiego, żeby zajść w ciążę, a nie jeżdżenie i siedzenie na Mazurach. Ania Mazur Gajo 00:12:59 Sorry, ale no… Zosia Mazurek Dudek 00:13:01 Nie teraz. Ania Mazur Gajo 00:13:02 Nie teraz. To nie był ten czas. Ania Mazur Gajo 00:13:04 Natomiast w pewnym momencie patrzyłam na to wszystko w ten sposób, że hej, no właściwie to wszyscy jeżdżą, tylko my nigdzie nie ruszamy, nie przemieszczamy się. Cały czas życie się kręci wokół „od–do” i cyklu miesiączkowego. Zosia Mazurek Dudek 00:13:25 No właśnie, bo wróćmy do tego, o czym rozmawiałyśmy, zanim usiadłyśmy na tych fotelach. Jak rozmawiałyśmy akurat wtedy o konkretnej jednej dziewczynie, ale nie rozkładajmy tego na przykładzie tej jednej laski. Tylko chodzi mi o to, że ona w pewnym momencie obudziła się w świecie, w którym odkładała wszystko. Nawet nie tylko ze swojego życia, bo akurat ta para miała już jedno dziecko i ich bardzo, bardzo mocno doświadczyła niepłodność wtórna. Zosia Mazurek Dudek 00:13:59 Kiedy nie udawało się uzyskać kolejnej ciąży i tymi wszystkimi heroicznymi próbami, podejściami do in vitro, kiedy wszystkie środki też były tam inwestowane… Ona się obudziła w świecie, w którym zdała sobie sprawę z tego, że no nie tylko ona nie żyje, ale jej rodzina nie żyje. Jej córka nie ma spełnionego marzenia, tak? Na przykład prosi o psa, gdzie masz ogromną presję na tego psa. Też nie było czasu, no bo będziesz miała szczeniaka i będziesz zaraz w ciąży. Podchodzisz do kolejnego in vitro, wierzysz, że będzie tym ostatnim. Musisz to jakoś łączyć. No, nie masz też kasy na to, żeby kupić na przykład psa rasowego teraz i nie zabierasz tego dziecka na wakacje. Ania Mazur Gajo 00:14:36 Utrzymanie psa to też są koszty, tak? Zosia Mazurek Dudek 00:14:38 Oczywiście. No i odpowiedzialność za to, że to nie musi być tylko kupienie karmy na przykład, tak? Bo to kupienie karmy to jest najlepszy scenariusz, kiedy wszystko gra. A kiedy nie gra, musisz wziąć pod uwagę, że musisz to wziąć również na swoje barki. Ania Mazur Gajo 00:14:51 Więc zawieszasz się, pomimo że jest to niepłodność wtórna. Zosia Mazurek Dudek 00:14:56 Zawieszasz się i nie tylko… Właśnie o to chodzi, że to było zawieszenie… Tego, że ona zdała sobie sprawę z tego, że po pierwsze: nie pojechaliśmy na wakacje takie prawdziwe od trzech lat. Po drugie: ja słyszę o tym psie już któryś raz i ciągle odpowiadam, że nie, a kolejny czas mija. To było takie: kurczę, ta niepłodność po prostu wpływa na całe życie naszej rodziny. I właśnie, to kiedy możesz. Zosia Mazurek Dudek 00:15:30 Kiedy to przerwać? W sensie, to kiedy możesz to odkładać? Kiedy przychodzi. To po prostu musi się wydarzyć ten moment, w którym brakuje ci tlenu i wtedy sama się odbijesz. A ten moment przychodzi w bardzo różnym czasie, bo niektórym tego tlenu zabraknie szybciej, inni będą jechać na oparach jeszcze bardzo długo. Ania Mazur Gajo 00:15:47 Mi się tak wydaje, że każdy w swoim własnym. A może nigdy nie nastąpić. A może będziesz walczyć do ostatniej kropli. Ale nie da się tym, co powiesz, tego momentu jakby wywołać. Zosia Mazurek Dudek 00:16:03 Tak, jakby przyspieszyć. Ania Mazur Gajo 00:16:04 On sam przychodzi w twoim własnym, osobistym życiu, w twoim własnym uniwersum. Sam. I ty w końcu twierdzisz, że: „No, no nie. No, muszę coś zmienić. Ja już tak dłużej nie mogę”. Zosia Mazurek Dudek 00:16:17 Mhm. Ania Mazur Gajo 00:16:19 I właśnie często też dostajemy wiadomości, kiedy to się dzieje. Kiedy dziewczyny piszą nam o tym, że pozwalają sobie na różne rzeczy, których przez lata sobie odmawiały. I to są czasami maleńkości, chociaż dla nich wielkości. A czasami jadą gdzieś na wycieczkę. I już nie patrzą na to, że ten cel będzie odłożony. Ania Mazur Gajo 00:16:45 Tylko szczerze mają już tak dość, że już nie dadzą rady, no. Że jadą gdzieś tam zobaczyć, jak jest gdzieś indziej. Zosia Mazurek Dudek 00:16:55 Tak, no. Albo na przykład piszą nam, że zaczęły studia, których nigdy nie zaczęły. Ania Mazur Gajo 00:16:59 Bo przecież jak skończę studia w ciąży? Zosia Mazurek Dudek 00:17:01 I z dzieckiem małym, tak? Jak to zrobię? Albo zapisują się na kurs, o którym zawsze marzyły, ale był zawsze za drogi, za długi, nie na teraz. Ania Mazur Gajo 00:17:12 Czasami też jest tak, że to życie w zawieszeniu zmieniają te pokoiki, które zawsze miały być dla dziecka. I nagle też dostałyśmy taką wiadomość, gdzie po prostu to jedno pomieszczenie powodowało w tej dziewczynie. Zosia Mazurek Dudek 00:17:31 Taką presję. Ania Mazur Gajo 00:17:32 Taką presję i taką rozpacz, że to był nazywany „pokoikiem dziecka”. I w końcu ona sobie zmieniła to na swoje studio do ćwiczeń. I myślę, że to też jest taki moment. Ania Mazur Gajo 00:17:43 Przełomowy. Ile możesz przechodzić obok tego… Jakby sam pokoik po wielu latach, który nawet dostał swoją nazwę, to no też myślę, że tutaj się właśnie ten tlen kończył. I też gratuluję ogromnie i cieszę się niezmiernie, że ten moment nadszedł u tego człowieka i zrobiła sobie ten pokoik dla siebie. Zosia Mazurek Dudek 00:18:16 Przerobić z powrotem na pokoik dziecka, ale robisz to z największą przyjemnością. Ania Mazur Gajo 00:18:21 Ale tak, tak czy tak. Zosia Mazurek Dudek 00:18:22 I zawsze możesz to zrobić. Ania Mazur Gajo 00:18:24 Wygrywasz, no. Zosia Mazurek Dudek 00:18:24 No, a potem wiesz też. Boże, wyobrażasz sobie? Żyjesz w tym miejscu, mijasz ten pokoik tyle razy i tyle razy rozdrapujesz tę ranę. Ania Mazur Gajo 00:18:32 No tak, bo właśnie o to chodziło. Zosia Mazurek Dudek 00:18:34 To nie jest tak, że przypominasz sobie o tym raz na jakiś czas, bo mieszkasz w miejscu, żyjesz w tym miejscu. Ania Mazur Gajo 00:18:42 Tak, widziałam. On był nazwany nawet „pokoikiem dla dziecka”. To pomieszczenie było tak nazwane, więc jak komunikujesz się z mężem, mówisz: „Idź, odstaw to do pokoiku dla dziecka”. To było bardzo bolesne dla nich, więc musieli coś zmienić, bo już nie dali rady. No, ta dziewczyna, bo to ona z nami się kontaktowała, ona musiała coś z tym zrobić. Ania Mazur Gajo 00:19:06 I chociaż wydaje mi się, że nie znalazłyśmy takiego jednego guziczka, który przyspieszy ten proces i pomoże, natomiast mamy nadzieję, że to, czym się otaczamy i czego słuchamy, i może nasza rozmowa sprawi, że ten moment ukojenia, na różny sposób, przyjdzie do Was. Artykuł #109 Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania „a co jeśli będę w ciąży” pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • August 6 · 32 min

    #108 Czy niepłodność zmienia osobowość

    Czy niepłodność zmienia osobowość? A może po prostu wydobywa z nas cechy, których wcześniej nie znaliśmy? W tym odcinku rozmawiamy jak starania o dziecko zmieniły nas jako ludzi. O zazdrości, której wcześniej nie znałyśmy. O utracie spontaniczności. O relacjach z bliskimi. O poczuciu, że patrzysz w lustro i widzisz tę samą twarz, ale już zupełnie inną osobę. Zastanawiamy się też, czy po zakończonych staraniach można wrócić do siebie sprzed lat, czy pewne doświadczenia zostają z nami już na zawsze. Jeśli jesteś w trakcie starań, być może po raz pierwszy usłyszysz na głos myśli, które od dawna nosisz w sobie. A jeśli ten etap masz już za sobą, być może lepiej zrozumiesz, dlaczego niektóre emocje wracają nawet po wielu latach. Plan odcinka Czy niepłodność naprawdę zmienia osobowość? Dlaczego podczas starań przestajemy być spontaniczni? Jak niepłodność wpływa na poczucie własnej wartości i zaufanie do siebie? Zazdrość, złość i poczucie winy – emocje, których wcześniej nie znałyśmy. Dlaczego spotkania z dziećmi i kobietami w ciąży potrafią tak bardzo boleć? Jak znaleźć bezpieczne miejsce i „wentyl” podczas starań? Praca jako ucieczka od trudnych emocji – czy to naprawdę pomaga? Jak wspierać osobę starającą się o dziecko, żeby nie zrobić jej jeszcze większej krzywdy? Czy po zakończonych staraniach wracamy do dawnej wersji siebie? Jakie ślady niepłodność zostawia w nas na lata – nawet wtedy, gdy jesteśmy już rodzicami? Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur-Gajo: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia Mazurek-Dudek: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur-Gajo: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Zosia Mazurek-Dudek: Dzień dobry, witamy Was! Jesteśmy znowu w Lublinie. Mam nadzieję, że to będzie w takiej spoko kolejności, żeby Wam nie rozwalić główek tym, że… rozumiesz? Bo my czasami, wiecie, zmieniamy kolejność i nagrywamy. Ja Was na przykład trzy razy z rzędu witam w nowym odcinku, a potem: „Witamy Was po przerwie” czy coś tam, bo nagrywamy to wszystko inaczej. Ale może tym razem tak nie będzie. Słuchajcie. Przyszłyśmy sobie tutaj znowu pogadać z Wami i razem ze sobą podywagować na różne tematy, bo podobno nas lubicie słuchać. To jest niesamowite. To jest niesamowicie fajne, przyjemne i łechcące ego, ale też bardzo fajne, że możemy Wam tym nieść pomoc. I jak się otwieramy przed Wami i mówimy, jak to było u nas, to Wy potem bardzo często piszecie nam, że ktoś nazwał Wasze myśli, nie? Ania Mazur-Gajo: Tak. Bardzo często dostajemy wiadomości, że jesteśmy z Wami w różnych takich momentach. W samochodzie, na spacerach, sprzątamy z Wami. Zosia Mazurek-Dudek: To prawda. Stoimy w korkach. No, fajne to jest. Ania Mazur-Gajo: Ostatnio jedna słuchaczka napisała: „Szorowałam z Wami nawet kibel”. Zosia Mazurek-Dudek: No, szanujemy to. Fajne. A pamiętam, jak jeszcze jedna dziewczyna napisała: „Kiedy nowe odcinki? Bo sprzątam już do starych podcastów”. Że musi zapętlać poprzednie. To jest ekstra. Ehm… O czym będziemy sobie dzisiaj rozmawiać, Anna? Ania Mazur-Gajo: Będziemy rozmawiać o takim roboczym temacie: „Czy niepłodność zmieniła moją osobowość?”. Zosia Mazurek-Dudek: No bo tak sobie trochę rozmawiałyśmy o tym, że w sumie był to tak długotrwały i tak mocno… jakby znaleźć słowo… taki mocno… Ania Mazur-Gajo: Inwazyjny. Zosia Mazurek-Dudek: Mocno inwazyjny, tak, czas w życiu, że pozostawił takie, myślę nawet, że trwałe zmiany w osobowości. Mojej przynajmniej. Bo to, że wtedy, w trakcie starań, byłam inna, to jestem pewna na tysiąc procent. I zaraz sobie będziemy rozmawiać, dlaczego inna i dlaczego jakby… Bo ja już się zdradziłam, że nie wróciłam do swojego starego „ja”, tego sprzed. Tego Zosinka, który był przed. Albo tak mi się wydaje, ale kurczę, jest to takie graniczące z pewnością. Ania Mazur-Gajo: Czyli niepłodność zmienia? Zosia Mazurek-Dudek: Moją zmieniła. W sensie ona potrafi. Nie wiem, czy u Was też tak będzie. Moją osobowość zmieniła. Ania Mazur-Gajo: No dobra, czyli co zmienia niepłodność? Może zacznijmy od tego. Co u Ciebie zmieniło? Zosia Mazurek-Dudek: Właśnie może: co u mnie? Bo co ona zmienia? Ona może zmienić wszystko. Może sobie trochę spróbujmy nakreślić, jak siebie postrzegałyśmy sprzed. Ja na przykład byłam o wiele bardziej spontaniczna. Można by było powiedzieć, że Zosin to był człowiek spontan. Potem tę spontaniczność zatraciłam ze względu na to, że, tak myślę, trzeba było żyć pod konkretny cykl. Pod cykl, pod leki, pod wizyty u lekarza, co jakby z góry zakładało, że nie mogłaś już sobie tak puścić wodzów fantazji. Teraz też potrafię być spontaniczna, ale to jest level, bym powiedziała, dziesięć poziomów niżej. Nie ma takiego spontanu, jak kiedyś ze mną był, co? Ania Mazur-Gajo: Mhm. No, spontaniczność wynikała z tego, że chodziło o jakieś wyjazdy. Zosin się odpalał jednego dnia, pakował się i był nad jakimś jeziorkiem. Albo był z ziomeczkami na festiwalu. To był taki Zosin? Zosia Mazurek-Dudek: Tak, to był taki Zosin. Dokładnie, który wymyślał na takiej zasadzie: „Wow!”. Pamiętam, była… Jezu, znowu reklama maca. Ale nie wiem, czy pamiętasz, był taki czas, że w Maku była kawa za jakieś śmieszne pieniądze. Dwa zyla, trzy zyla. Pamiętasz to? No i ja na przykład jechałam po kawę dla wszystkich z mojej grupy, bo stwierdziłam, że to będzie super i im przywiozę, bo oni czekają na przykład na wykłady. Ania Mazur-Gajo: Aaa, widziałam takie zdjęcie. Zosia Mazurek-Dudek: No, pamiętałaś. Takie, jak stoję z tymi wszystkimi kubkami. Wtedy nikomu… Albo na przykład pamiętam, jak w Biedrze była wyprzedaż pomarańczy. Kupiłam takie dwie skrzynie tych pomarańczy i wyciskałam soki moim ziomeczkom z grupy. Miałam taki, rozumiesz… taki odpał. To oczywiście były też wyjazdy, ale właśnie mówię z przymrużeniem oka, bo mój mąż, który z kolei jest człowiekiem-kalendarzem… Znamy takie osoby, prawda, Ancia? Nie będę pokazywać palcem, ale siedzi tutaj w tym pomieszczeniu, w którym jestem tylko ja i ten człowiek-kalendarz, więc nie pokażę palcem. No to Barti na przykład wolał mieć wszystko zaplanowane. Jak ja wyjeżdżałam z tekstem, że kupiłam bilety do Londynu, bo były za 39 zł i lecimy jutro, to on… Wiecie, ja czekałam na taką reakcję, że przynajmniej jest tak samo zapalony jak ja: „Jezu, co zrobiłaś?!”. A on musiał się z tym ułożyć. Miał zaplanowane rzeczy i to było takie… Ania Mazur-Gajo: Ale Zosin lubi do tej pory taki być. Zosia Mazurek-Dudek: To weź to sobie teraz porównaj. Jeśli teraz wydaję Ci się wciąż spontanicznym człowiekiem, to gdybyś poznała mnie sprzed starań, to nie wiem, czy byś ze mną wytrzymała. Tak sobie myślę. Ania Mazur-Gajo: Myślę, że ciężko by było nadążyć za tym wszystkim. Zosia Mazurek-Dudek: Mogłoby tak być, no. Bo widzisz, Ty wciąż mimo wszystko postrzegasz mnie jako człowieka spontana, nie? Bo to raczej ja jestem człowiekiem zapalnikiem. Tak, to ma swoje dobre i złe strony. Ma swoje różne konsekwencje, które potem trzeba gasić, ale tak, uważam, że byłam zdecydowanie bardziej spontaniczna i potem mnie to tak przygasiło. Ania Mazur-Gajo: Ciężko jest być spontanicznym i pozwolić sobie na taką spontaniczność podczas starań, bo trochę szkoda Ci marnować czasu na tę spontaniczność. Zosia Mazurek-Dudek: Trochę nawet nie masz przestrzeni, gdzie ją zmieścić, rozumiesz? No bo jak masz co drugi dzień monitoringi… Ja tak miałam, najrzadziej co trzeci. No to mało jest w ogóle przestrzeni na tę spontaniczność, nie? Ania Mazur-Gajo: Nie można sobie pozwolić na taki wyjazd, bo po prostu o tym nie myślisz. Zosia Mazurek-Dudek: Nawet nie chodzi mi o to. Nawet nie chodzi o to, że Ty nie masz tej przestrzeni w kalendarzu, bo nie masz. Ale nie masz też tej przestrzeni w głowie. Po prostu nie pozwalasz sobie na to. Nie dajesz sobie na to pozwolenia. Ania Mazur-Gajo: No dobrze, ale jak teraz na to patrzysz, to źle było? Uwierał Cię ten brak spontaniczności? Zosia Mazurek-Dudek: Tęsknię trochę za samym tym Zosinkiem. Ania Mazur-Gajo: Ale podczas starań Cię uwierało? Zosia Mazurek-Dudek: Nie wiem, czy Ty byś tęskniła, ale… czy uwierało mnie? Tak. Tylko wtedy, wiesz, teraz ten czas dzieli już dłuższy dystans, więc ja jakby przywykłam do tego i mogłam się z tym obyć. To mogło sobie we mnie wrosnąć mikrokorzonkami i moje życie wygląda teraz tak, że jestem mniej spontaniczna. Ale wtedy, kiedy trzeba było to uciąć maczetą… Był sobie spontaniczny Zosin i nagle: bum, leczymy się. I to wymaga od Ciebie po prostu poprzestawiania wszystkich mebelków w Twoim życiu. To było takie… no, wydawało mi się, że życie nagle stało się nudniejsze. Po prostu. Oprócz tego, że było bardzo smutno, bo było bardzo dużo porażek po drodze, to jeszcze w międzyczasie niewiele się działo. Przez to też, że… no właśnie, przejdźmy do następnego, bo oprócz spontaniczności przestajesz być też taka bardziej ufna. Rozumiesz? Tracisz grunt pod nogami, poczucie bezpieczeństwa i przestajesz ufać sama sobie, swoim własnym wyborom. Podważasz je i tak bardzo zjeżdża Ci w dół samoocena, że trochę nie bardzo znasz tego Zosinka, którego wydawało Ci się, że znasz jak własną kieszeń. Ania Mazur-Gajo: Poznajesz siebie inną. Podczas starań ja mam takie poczucie, że jestem inną osobą. Że pierwszy raz poznaję siebie samą. Nie znam tej dziewczyny. Zosia Mazurek-Dudek: Kurde, ja miałam tak samo. Ania Mazur-Gajo: I dosłownie miałam takie poczucie, że patrzę w lustro i widzę tę samą twarz co kiedyś, a to jest inny człowiek. W ogóle nie rozumiem jej myśli. Jakby nas były dwie w środku. Zosia Mazurek-Dudek: Miałam tak samo. I miałam tak, że nie lubiłam tej drugiej siebie. I to było chyba najgorsze w tym wszystkim. Bo to było tak… Nie wiem, Ty akceptowałaś tę nową siebie, którą poznawałaś? No bo u mnie od razu pojawiał się taki sabotaż. Ania Mazur-Gajo: No, to jest to, dlaczego ciężko było mi to zaakceptować. Bo ja pamiętałam dawną siebie. Taką pozytywną, serdeczną dziewczynę. Zosia Mazurek-Dudek: No właśnie. Jaka była dawna Ania? Ania Mazur-Gajo: Taka właśnie kochająca ludzi. A bardzo pamiętam, jak destrukcyjnie działało na mnie uczucie zazdrości. Oczywiście wcześniej jakaś zazdrość gdzieś tam była, jakieś takie pierdoły. Ale kiedy dochodziły do mnie wręcz negatywne myśli w stosunku do drugiej osoby tylko dlatego, że ktoś jest w ciąży… No nie poznawałam siebie. Ja w ogóle… nawet mówienie źle o ludziach sprawiało mi jakąś satysfakcję. Jak ktoś był w ciąży, to… wiecie… wyrażanie się w dość niepochlebny sposób. Ja się tym karmiłam. I to nie byłam ja. Ciężko mi było. Z jednej strony miałam wrażenie, że tego potrzebuję, a z drugiej strony dawna Ania tak nie robiła. Ona tak nie robiła. Ona się tak nie odzywała. Ona nie mówiła złych rzeczy o ludziach. Nie wyrażała się w ten sposób. Zosia Mazurek-Dudek: A myślała sobie źle? Tylko po prostu nie była w stanie tego wyartykułować? Ania Mazur-Gajo: Nie. Nie, absolutnie nie. To się zaczęło podczas starań o dziecko. Wtedy poznawałam taką stronę siebie, która wcześniej w ogóle mi się nie pokazała. Raczej byłam życzliwa dla ludzi, również w swoich myślach. I to było dla mnie trochę przerażające. Myślałam sobie: „Kurde, co się ze mną dzieje? To się kiedyś zatrzyma? W ogóle co to jest? Jakiś potwór się we mnie rodzi”. Tego się bardzo obawiałam. Bo wcześniej podchodziłam do ludzi dobrze, przynajmniej tak to czułam. A nagle czułam, że podchodzę źle. Że pojawiają się myśli, których wcześniej nie było. „Jesteś w ciąży? Nie lubię Cię. Będę mówiła o Tobie źle.” Zosia Mazurek-Dudek: Dlatego, że jesteś w ciąży. Bo tydzień temu, jeszcze jak nie wiedziałam, że w niej jesteś, to było wszystko między nami okej. Ania Mazur-Gajo: Tak, to było okej, a teraz mam do Ciebie jeszcze takie… no wiesz: „Pogadajmy sobie źle o tej osobie” z moim mężem. No to masakra. Straszne to było. Ale to było silniejsze ode mnie i to było takie… sama nie wiem. Może to była jakaś próba poradzenia sobie z tą sytuacją. Bo wolałam robić to w taki sposób, niż powiedzieć na przykład: „Jezu, to mnie tak bardzo boli”. Czegoś takiego nie powiedziałam. Nawet nie pojawiło się to w moich myślach, nie zostało wypowiedziane. Tylko wolałam w taki sposób, nie wiem, gdzieś wywalić ten ból. Tak sobie myślę. W inny sposób nie potrafiłam. I bardzo mi się ten sposób nie podobał. Nie podobało mi się to. Po prostu nie podobało mi się to, kim się staję. Zosia Mazurek-Dudek: Czaję. Ja miałam podobnie i pamiętam też, że bardzo się tego bałam. To też w kontekście tego, jak to zmieniło moją osobowość. W pewnym momencie, kurczę, jak pojawiały się na przykład dzieciaczki gdzieś bardzo blisko — w najbliższej rodzinie czy wśród najbliższych znajomych — to było mi coraz ciężej tam być. Miałam też takie wrażenie, że percepcja wszystkich jest tak bardzo nastawiona na te dzieci, że właściwie przy tym stole nie gada się o niczym innym, tylko o dziecku. Cały czas wszyscy je monitorują wzrokiem. Co ten mały zrobił, co teraz, jakie są jego kolejne kroki. No i o niczym innym się nie gadało, tylko o tym dziecku. I z każdej wizyty miałam coraz większe poczucie, że ja chyba po prostu nie wytrzymam kolejnych spotkań. I nie lubiłam tego Zosinka. Ale też dlatego, że bałam się, co przyniesie jutro. Rozumiesz? Że teraz jeszcze wytrzymuję, zagryzam zęby, to mnie kosztuje coraz więcej, jestem coraz bardziej wściekła, potem muszę się coraz bardziej wyżyć albo wypłakać, albo gdzieś te emocje zostawić. Ale wciąż przychodzę na kolejne wizyty. A co będzie w momencie, w którym już nie dam rady? Zadawałam sobie to pytanie. Czy stworzę mojemu mężowi taki zgorzkniały świat jednej laski, którą po prostu zmiotło. Zmiotła ją seria niepowodzeń i teraz nie będziemy spotykać się z nikim, kto ma dziecko. Mimo że to jego rodzina, jego najbliżsi znajomi, to jego żona nie będzie w stanie tego dźwignąć. Bardzo się tego bałam. Pamiętam, że to też mocno wpływało na moje takie „ja”. To bardziej siedziało w głowie, ale było tak bardzo przejmujące i do tego stopnia przeszywające, że nie wiedziałam, co z tym zrobić. A mogło się tak stać. Mogło się tak stać, że kiedyś po prostu powiedziałabym: „Nie. Teraz już nie dam rady. Możesz jechać sam albo możesz zostać ze mną, ale ja już tam nie pojadę”. Ania Mazur-Gajo: Zobacz, jak bardzo jest to bolesne. Jak bardzo jest to bolesne, że determinuje nawet Twoje wybory. No właśnie, nie możesz się więcej ukrywać. Nie możesz przez, nie wiem… nie życzę oczywiście nikomu tego… ale przez te Twoje dziesięć lat. Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Ania Mazur-Gajo: I ciężko jest się zamknąć po prostu na dziesięć lat, bo to jest kawałek Twojego życia. Później patrzysz sobie na to z perspektywy. Nie wiesz, ile to będzie trwało, dopóki się nie obrócisz i nie spojrzysz wstecz. Ale dziesięć lat… to jesteś Ty. To jest Twoje życie, które już nigdy nie wróci. Zosia Mazurek-Dudek: No, to prawda. Ania Mazur-Gajo: Ty już nigdy nie będziesz mogła odzyskać tych dziesięciu lat. Zosia Mazurek-Dudek: Jasne. Tylko że w tym momencie, w którym jesteś w tym epicentrum, jesteś tym Zosinkiem zwiniętym na podłodze, który wraca z kolejnej wizyty, to nie wiem, Aniu, w jakim języku musiałabyś do mnie mówić, żebym ja chciała na to spojrzeć i zobaczyć, że… w sumie mogę spróbować jakoś żyć, chociaż w tym czasie. Ania Mazur-Gajo: No to masz to w dupie. Zosia Mazurek-Dudek: Możesz do mnie gadać, rozumiesz? Możesz mówić po chińsku, po angielsku, możemy gadać, ale ja dokładnie mam wtedy to w dupie, bo Ty mnie nie rozumiesz. Ania Mazur-Gajo: No, prawda. Zosia Mazurek-Dudek: Bo gdybyś mnie rozumiała, to nie dawałabyś mi takich rad. Rozumiesz? A Ty mi teraz mówisz: „Spróbuj wyrwać tej niepłodności trochę życia”. A ja mówię: „No dobra, to widocznie Twoja była łatwiejsza, skoro mogłaś jej trochę wyrwać. Ja mojej nie mogę. Moja mnie przygniata na tyle, że nie mogę”. I najlepiej wyjdź, jeśli masz mi gadać takie rzeczy, bo nie jesteś moim prawdziwym friendem. Czaisz? A jeszcze jak w międzyczasie uda Ci się zajść w ciążę, to już na pewno nie będziesz moim friendem, ziomuś. Niestety. I bardzo bałam się tego, że… Wiesz, ja z moim mężem znałam się bardzo długo przed ślubem, więc miałam takie wrażenie, że znamy się dobrze. Że jak podejmuję decyzję, że wychodzę za tego typa, a on bierze sobie mnie za żonę, to nie kupujemy kota w worku. Jasne, nigdy nie wiesz, co się wydarzy, zawsze może się coś zdarzyć, ale masz takie poczucie. A tutaj bałam się, że on za chwilę będzie miał zupełnie inną typiarę niż tę, którą znał przez tyle lat. Po prostu tak bardzo to wpływało na moją osobowość, że ta laska, którą poślubił kilka lat temu, w niczym nie będzie przypominała tej, którą ja się staję. W którą się przepoczwarzam, rozumiesz? I to było takie przerażające, że ja w sumie nie wiem, gdzie wyląduję. Ale te miejsca, w których są małe dzieci, są brzuchy ciążowe i są tylko te tematy, o których ja marzę, a które ciągle nie mogą mnie dotyczyć… one mnie po prostu parzyły. Rozumiesz? Ja wracałam z nich poraniona. Więc trochę z takiej chęci ochrony samej siebie, żeby nie wracać z jeszcze większą liczbą blizn, stwierdziłam, że muszę po prostu schować się gdzieś do jakiejś nory. Później oczywiście przychodzi Ci po latach taka refleksja, że dało się żyć pomiędzy tym wszystkim. Ale wtedy nie potrafiłaś. Ja nie potrafiłam. Ania Mazur-Gajo: A podczas starań były takie miejsca, w których czułaś się dobrze? Zosia Mazurek-Dudek: Dobrze… To też jest takie… Ania Mazur-Gajo: Gdzieś ukociłaś sobie swoje norki i czułaś, że możesz funkcjonować. Że ten nowy Zosin, nazwijmy go tak, który próbuje się ukształtować w tym kryzysie i w tym ogromnym bólu… No bo on w końcu powstanie. Jakiś Zosin z tego wszystkiego się ulepi. Zosia Mazurek-Dudek: Tak, tak. Ania Mazur-Gajo: Więc gdzie ten Zosin był? Gdzie on się chował? Zosia Mazurek-Dudek: Chodzi Ci o znajdowanie wentylu? Bo ja bym to raczej nazwała znajdowaniem wentylu i spuszczaniem ciśnienia albo łapaniem powietrza po zbyt długim zanurkowaniu pod wodę. To były raczej momenty niż miejsca. Takie chwile, kiedy łapałaś się na tym, że przez chwilę mniej bolało. Albo wracałaś do tej nory, w której bolało, więc to było bardziej takie wyrywanie sobie tych momentów. Ale były też miejsca, w których czułam się bezpiecznie. Najczęściej był to dom. To był Dudek, czyli bycie przy nim. To był często internet, w którym łatwo było być anonimową. No i ja bardzo dużo uciekałam w pracę. Uwielbiałam to. Czyli takie obracanie się ciągle w temacie płodności, czytanie badań naukowych, bo zawsze możesz dowiedzieć się czegoś nowego, przeczytać o nowym suplemencie, o nowym… Wiecie. Wtedy pojawiało się bardzo dużo badań. Z jednej strony byłam ciągle sfokusowana na tym, żeby pomagać pacjentom jak najlepiej, ale z tyłu głowy wciąż miałam, że może to, co wyczytam, pomoże również mnie. I to było takie… Fajnie być na bieżąco, ciągle wałkować różne podejścia do żywienia, może testować coś na sobie i może akurat to zaskoczy. Ja bardzo dużo wtedy pracowałam. To było takie moje… wrócić po prostu tak urobioną, że właściwie jak się położysz w ubraniu i w makijażu, to już tak zostajesz do rana. Ania Mazur-Gajo: Ja tylko przypomnę, że ja znam Zosię, która podczas starań pracowała bardzo dużo. Ona nie powiedziała „nie” nawet wtedy, kiedy robiłyśmy live’a o drugiej w nocy. Zosia Mazurek-Dudek: Ja uważam, że to był świetny pomysł. Troszkę się tego wstydzę teraz. Nie wiem dlaczego ciągle mamy takie… Ania Mazur-Gajo: No bo chcę pokazać, gdzie zniknął Zosin. Praca. Zaszywanie się na trzy dni w domku rodziców i robienie warsztatów. Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Jakby jutra miało nie być po prostu. Ania Mazur-Gajo: Tak, jakby jutra nie było. Wstawanie, właściwie przerwa tylko na sen. Zosia Mazurek-Dudek: I to taki króciutki. Ania Mazur-Gajo: Pięć godzin, a później znowu tyrka. Ja byłam z nią wtedy. Zosia Mazurek-Dudek: I Ty nie podeszłaś i nie powiedziałaś: „Zosin, Zosin, to jest właśnie ten moment. Zrobimy Ci kawkę i nauczymy się pić ją w spokoju. To będzie dziesięć minut. Nie od razu Cię tu zgwałcimy tym odpoczynkiem, ale dziesięć minut wypijesz kawkę w spokoju”. Ania Mazur-Gajo: Akademia Płodności na początku po prostu jechała po bandzie, jeżeli chodzi o czas pracy. Może dlatego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Zosia Mazurek-Dudek: No może. Ale gdybyśmy jechały tak ciągle, to nas by tu już nie było. Ania Mazur-Gajo: To nas by tu już na pewno nie było, bo to było wręcz chore. Wracanie do domu o czwartej nad ranem. No masakra. Zosia Mazurek-Dudek: Proszę nie wyciągać takich rzeczy, bo ja się tego naprawdę wstydzę. Ania Mazur-Gajo: W każdym razie chcę powiedzieć, że ten Zosin właśnie tak starał się o dziecko. Zarobiony. Siedział do późna. Zosia Mazurek-Dudek: Ale zobacz, jakie to jest irracjonalne. Jak ja teraz patrzę na tamtego Zosinka… Boże, to był taki zmęczony niewyspany człowiek./ Sen to jest w ogóle podstawa regeneracji. Ja się nie regenerowałam. Zero. Po prostu zero. Rozumiesz? Mi się wydawało, że jak ja zawalę ten kalendarz… Jak ja zapraszałam tego maluszka do swojego życia? W czym, przepraszam? Kiedy ja na Ciebie, bobasku, znajdę czas? Ja teraz mam kalendarz zawalony ludźmi na dwa miesiące do przodu i co? No ale mamusia musi tak żyć, bo mamusia nie potrafi inaczej. Rozumiesz? Ania Mazur-Gajo: To był bardzo wyniszczający czas, tak naprawdę. Zosia Mazurek-Dudek: Tak, dokładnie. To było takie… Ania Mazur-Gajo: Dla organizmu. Zosia Mazurek-Dudek: To była nora bezpieczna dla głowy, teoretycznie, ale ona była bardzo niehigieniczna. Ania Mazur-Gajo: Bardzo. Zosia Mazurek-Dudek: Tryb życia był niehigieniczny. Ania Mazur-Gajo: Bo pamiętam właśnie tego pracowego Zosina. No bo Zosin miał różne etapy. Był dietetyczny Zosin i był niedietetyczny Zosin, kiedy odpalał wrotki. Różny był ten Zosin. Ale ten pracowy… tak, prowadził bardzo niehigieniczny tryb życia. Tylko rozumiesz, my prowadziłyśmy Akademię i żadna z nas nie powiedziała temu „stop”. Ja myślałam, że Ty tego po prostu potrzebujesz. Że wiesz, co jest dla Ciebie dobre. Zosia Mazurek-Dudek: Mi się tak wtedy wydawało. Mnie było z tym bardzo dobrze. Ania Mazur-Gajo: Zresztą ten Zosin i tak by nie posłuchał. Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Bo ja bym sobie pomyślała: „Łatwo Ci mówić. Masz teraz dwójkę dzieci i mi gadasz takie rzeczy? Serio? To Ty jesteś moim ziomkiem czy jednak nie grasz w moim teamie?”. Na pewno bym Cię nie posłuchała. Mogłabym się jeszcze obrazić na Ciebie. Ania Mazur-Gajo: Ja nawet nie miałam zamiaru. Zosia Mazurek-Dudek: To prawda. Byłaś super wsparciem. Muszę to przyznać, naprawdę. Po czasie widzę, że byłaś super wsparciem, bo byłaś taka obecna. Ty byłaś, Aniusia, super, bo potrafiłaś zapytać. I to ode mnie zależało, na ile chciałam Cię w to wszystko wprowadzić i na ile chciałam rozdrapywać temat. Pamiętam, że zawsze miałam przy Tobie taki komfort, że Ty zapytasz. To było takie, że dawałaś mi swobodę i nie naciskałaś. Jak nie chciałam mówić, to nie wypytywałaś dalej: „A jeszcze? A jeszcze? Powiedz, bo chcę wiedzieć”. To było świetne. Od takich ludzi jak Aniusia naprawdę warto się uczyć. Może to jest właśnie pomysł na odcinek: jak można być obecnym i wspierającym, ale nie takim nachalnie obecnym. Bo czasami, wiesz… kojarzę takich ludzi, którzy jak już dowiedzieli się o naszych staraniach, to wiem, że wynikało to z troski. To było kochane, ale jednocześnie przytłaczająco męczące. To już było takie, że wręcz chcieli zorganizować mi życie od nowa. Wiem, że z troski i z miłości, ale to było trudne. A Ty taka nie byłaś, więc to było wspaniałe. I to prawda. Ja bym Cię nie posłuchała, więc dobrze, że Ty to wiedziałaś. Bo na pewno pomyślałabym sobie: „Jesteś głupsza, niż myślałam. Myślałam, że jesteś mądrą dziewczynką, a Ty mi takie głupoty gadasz”. A propos zmiany osobowości. Czyli wracając do roboczego tytułu, albo już do tego, który zostanie… Czy ta Ania sprzed starań kiedykolwiek jeszcze wróciła? Do tego swojego stanu bazowego, zerowego, z którego startowała? Czy jednak mówimy o lasce, która po prostu dojrzewała i ciężko porównywać te dwie typiary? Ania Mazur-Gajo: Myślę, że złożyło się na to również to, że był to czas kształtowania się Ani jako dorosłej osoby. Pomyśl sobie, że starania wypadają w różnych momentach naszego życia. Ja zaczęłam je jako młoda dziewczyna, która jeszcze kształtowała swój charakter, zbierała doświadczenia do tego swojego życiowego garnuszka. Uczyła się życia. I już nie byłam tą samą Anią, bo niepłodność dała mi ogromne doświadczenie. To był też pierwszy kryzys w naszym związku. Z tego fajnego, frywolnego życia pierwszy raz zderzyłam się z tym, że życie nie jest takie łatwe, jak mi się wydawało. I nie jest takie frywolne, jak mi się wydawało. I nie jest instagramowe. Pierwszy raz zderzasz się z tym, że trzeba zarobić pieniądze, bo trzeba kupić leki. A te leki kosztują kupę pieniędzy. Zosia Mazurek-Dudek: Kupy kasy. Kupy kasy. Ania Mazur-Gajo: Pamiętam, jak mojemu mężowi powiedziałam kiedyś: „Misiu, my nawet nie mamy mieszkania”. Wynajmowaliśmy wtedy mieszkanie, a później mieszkaliśmy u mojej teściowej. I pamiętam, że powiedziałam: „My się nawet nie dorobiliśmy własnego mieszkania”. Ania Mazur-Gajo: I on tak wtedy stanął i powiedział: „Dorobiliśmy się czegoś ważniejszego, bo mamy dwójkę dzieci”. I to jest właśnie… Wiecie, tak mnie to bardzo otrzeźwiło. Zaraz się tu popłaczę, ale… kurczę. Tak. Ten czas wykorzystaliśmy właśnie na to. Nie żałujemy. Jakie było pytanie? Chyba gdzieś odpłynęłam. Zosia Mazurek-Dudek: Jak warto mieć przy sobie taką osobę, która Cię otrzeźwi w takim momencie. Ania Mazur-Gajo: No tak. To tak człowiek myśli, nie wiadomo dlaczego, a… Zosia Mazurek-Dudek: A pamiętaj, że jeszcze dążyłaś i wyobrażałaś sobie: wiesz, teraz mogłabyś być w pięknym, własnym mieszkaniu, ale bez dzieci. Ania Mazur-Gajo: No. Zosia Mazurek-Dudek: Perspektywa. Ania Mazur-Gajo: Tak. Poświęciliśmy tę możliwość na starania. Poświęciliśmy też ogrom czasu. Zawsze czegoś nie mamy, ale mamy coś najwspanialszego. Zosia Mazurek-Dudek: Ale ja mam wrażenie i wielką nadzieję, że Ty się wzruszasz dlatego, że masz te dzieciaki, a nie dlatego, że nie masz mieszkania. Że to właśnie to wywołało te wzruszenie. Ania Mazur-Gajo: Nie. To było takie… wiecie… otrzeźwiające. Takie: „Kurde, zatrzymaj się na chwilę”, bo ten świat tak pędzi za posiadaniem wszystkiego. A tak naprawdę czasami zapominamy o takim zwykłym docenieniu. Poproszę kolejne pytanie. Zosia Mazurek-Dudek: Plus, żeby zamknąć to klamrą. A propos tego, jak kosztochłonne potrafią być starania. Dorabianie się swojego mieszkania… Owszem, możesz je urządzać na bardzo różne sposoby, z różnymi projektantami wnętrz, korzystając z bardzo różnych rozwiązań, więc widełki cenowe mogą być różne. Ale one kiedyś się kończą. Rozumiesz? Masz jakiś cel, ustalasz sobie nawet z górką budżet i wiesz, że jakimś kredytem, jakimś nakładem pracy czy czymkolwiek jesteś w stanie zgromadzić określoną liczbę środków i dopniesz swego. Będziesz mieć mieszkanie. Natomiast przy staraniach o dziecko nikt Ci nie da takiej gwarancji. Rozumiesz? Nikt nie powie: „Okej, jest jedna metoda. Jest bardzo droga, ale daje gwarancję 100%. Wystarczy, drodzy Państwo, że uzbieracie milion złotych i ja Wam zrobię takie in vitro, które na pewno zadziała”. Ania Mazur-Gajo: To jest studnia bez dna. Zosia Mazurek-Dudek: I właśnie o to chodzi, że tam nie ma limitu. To może być tuż za zakrętem, a może to być dziesięć lat bardzo wyniszczającego fizycznie i finansowo procesu. Ania Mazur-Gajo: Bo to jest wyniszczające. My znamy też wiele takich par, którym nawet, jeśli mogłyśmy, to pomagałyśmy. Czy właśnie wysyłając suplementy, bo gdzieś tam w rozmowie wyszło, że tej parze skończyły się już środki na kolejne wydatki. Mówiłyśmy wtedy: „Dobrze, skoro i tak leżą u nas w biurze, to wyślijmy im je. Może akurat to będzie taka dodatkowa śrubka, która coś pomoże”. Znamy wiele takich historii. Ci ludzie stają na głowie. Dosłownie stają na głowie. Oni zrobią wszystko. Zosia Mazurek-Dudek: I nie wiedzą, kiedy to się skończy. Ania Mazur-Gajo: Wszystko. Poświęcą naprawdę wiele. Po prostu wiele. Zosia Mazurek-Dudek: Na koniec tego odcinka, bo myślę, że zbliżamy się już do brzegu, chciałam jeszcze tylko powiedzieć, a propos zmiany osobowości, że bardzo długo miałam coś podobnego do Ciebie. Więc teraz trochę przemówię Twoim głosem, żebyś mogła chwilkę dojść do siebie. Zosia Mazurek-Dudek: Pamiętam, jak opowiadałaś mi, że kiedy Twój mąż przychodził do Ciebie z informacją o tym, że ktoś jest w ciąży, i to było jeszcze w okresie starań, to używał takiego określenia: „Mam newsa”. I Ty już po samym haśle „mam newsa”… Ania Mazur-Gajo: Aż mnie jeszcze do tej pory… Zosia Mazurek-Dudek: I właśnie chciałam powiedzieć, że są takie rzeczy, które — mimo że zostawiłaś te starania za sobą… Aż mam gęsią skórkę. Tyle lat minęło, jesteś już spełnioną mamą, temat jest zamknięty. A one tak zakotwiczają się w Twoim serduszku, wręcz w Twoim DNA… Ania Mazur-Gajo: To chyba… Zosia Mazurek-Dudek: …że one już chyba zostaną. Ania Mazur-Gajo: To chyba organizm po prostu tak nauczył się reagować. Zosia Mazurek-Dudek: Stresem. Ania Mazur-Gajo: Stresem. Zosia Mazurek-Dudek: I tworzą się takie hiperłącza do przeszłości. Ania Mazur-Gajo: On już nie umie… Jak Ty powiedziałaś „hiperłącza”, to sobie to zapamiętam. Zosia Mazurek-Dudek: Ja mam tak samo. Tekst „mam newsa” i Ty od razu… Ania Mazur-Gajo: Ja do tej pory, kiedy mój mąż przychodzi i mówi: „Mam newsa”, to… Już teraz coraz mniej, ale nadal wywołuje to u mnie stres. Bo wiem, że kiedyś to była taka bomba dla mnie. Musiałam wziąć głęboki wdech i powiedzieć: „Mów. Kto?”. I wiedziałam po prostu, że ktoś jest w ciąży. I że to nie jesteśmy my. Zosia Mazurek-Dudek: I powiedz mi teraz, że niepłodność nie zmienia osobowości. Ania Mazur-Gajo: Mhm. Zosia Mazurek-Dudek: Po tylu latach, po szczęśliwie zakończonych staraniach, można wciąż tak się stresować. Można wciąż być tam głową. Ania Mazur-Gajo: Nadzianą… Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Ania Mazur-Gajo: …staraniami. Zosia Mazurek-Dudek: One się naprawdę gdzieś wkręcają w DNA. To oczywiście są tylko nasze przemyślenia, ale bardzo jesteśmy ciekawe Waszych. Bo skoro siedzą tutaj dwie laski i o tym rozprawiają, a potem czytają w DM-ach mnóstwo podobnych historii, to myślimy sobie, że to jest chyba kolejny wspólny mianownik, który może nas łączyć. Jeśli zechcecie podzielić się z nami tym, czy też tak macie, czy macie wrażenie, że niepłodność zmieniła Waszą osobowość… Może jesteście w trakcie starań, może już po. Czy wciąż znajdujecie takie hiperłącza do przeszłości? Albo może oglądacie stare zdjęcia i widzicie siebie sprzed lat, myśląc: „Ta laska jest totalnie inna niż ta, która teraz siedzi i trzyma to zdjęcie”. No i właśnie — wraca nostalgia? Czy raczej macie poczucie, że po prostu dojrzeliście i coś się zmieniło? Że może brakuje Wam pewnych rzeczy z tamtej wersji siebie, ale są też inne, fajniejsze, które pojawiły się teraz. Bardzo jesteśmy ciekawe Waszych doświadczeń. Jeśli znajdziecie przestrzeń, żeby się nimi z nami podzielić, będziemy bardzo wdzięczne. Zawsze miło jest czytać kolejne perspektywy. Dziękujemy Wam bardzo za wysłuchanie tego podcastu. Wracamy niebawem z kolejnym odcinkiem, a Wam życzymy udanego tygodnia. Artykuł #108 Czy niepłodność zmienia osobowość pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 31 · 39 min

    #107 Sprzedajemy dietę czy nadzieję

    Często dostajemy wiadomości: „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?” „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?” To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać. W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie, naszym zdaniem, przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic. Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was. Plan odcinka W tym odcinku rozmawiamy o: Naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność, Dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem, Czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania, Dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine, Czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania, Ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian, Dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji, Czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Czasami dostajemy wiadomości, które nie są łatwe. „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?” „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?” To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać. W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie – naszym zdaniem – przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic. Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was. Plan odcinka W tym odcinku rozmawiamy o: naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność, tym, dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem, czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania, dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine, czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania, ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian, dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji, czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności. Mam wrażenie, że ten wstęp bardzo dobrze przygotowuje słuchacza do odcinka, a jednocześnie nie zdradza wszystkich najciekawszych fragmentów rozmowy. Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Zosia: Witamy w kolejnym podcaście! Ania: Witamy, witamy. Za chwilę, po krótkim przywitaniu, porozmawiamy o… Właściwie znowu mam ochotę powiedzieć, że będzie to trudny temat. Za często mówię, że nagrywamy trudne odcinki, ale akurat ten jest dla nas wyjątkowo wymagający. Myślę, że to chyba najtrudniejszy odcinek z całej serii, którą nagrywamy dzisiaj w studiu. Zosia: To może od razu zdradźmy ten kontrowersyjny tytuł. Ania: „Sprzedajemy dietę czy nadzieję?”. Zosia: I właśnie o tym będziemy dzisiaj rozmawiać. O wpływie diety na płodność. Czy dieta naprawdę może pomóc? Czy to rzeczywiście działa? Czy może same sobie coś wymyśliłyśmy? A może to wszystko jest tylko marketing i żerowanie na bardzo trudnym momencie w Waszym życiu? Ania: No dobrze, to zacznijmy. Jestem ciekawa, skąd właściwie wzięło się u Ciebie przekonanie, że będziesz zajmować się dietą wspierającą płodność. Przecież kiedyś żyłaś sobie normalnie i prawdopodobnie nawet nie miałaś pojęcia, że istnieje coś takiego jak dieta płodności. To trochę jak Maciek, który przywitał nas dzisiaj w studiu i zapytał, czy dieta naprawdę ma aż taki wpływ. Albo jak pan w windzie w TVN-ie, kiedy jechałyśmy do studia jako specjalistki od diety płodności. Spojrzał na nas i zapytał: – Naprawdę? To ma aż taki wpływ? I to jest pytanie, które słyszymy bardzo często. Czy my po prostu dorabiamy do tego ideologię? Czy może ten wpływ jest naprawdę tak niewielki, a my go niepotrzebnie wyolbrzymiamy? No więc… skąd to się u Ciebie wzięło? To przecież bardzo niszowy temat. Dzisiaj Wy prawdopodobnie już o nim wiecie, bo obserwujecie nas i jesteście gdzieś na swojej drodze starań o dziecko. Ale wcześniej większość z Was pewnie nawet nie wiedziała, że dieta może mieć z tym cokolwiek wspólnego. Skąd więc pojawiła się u Ciebie ta pierwsza myśl: „Hej, istnieje dieta, która może wspierać płodność”? Ania: To może zacznę od tego, że moimi pierwszymi studiami były studia położnicze. Można więc powiedzieć, że fizjologia człowieka nie była mi całkowicie obca. Wiedziałam już coś o hormonach, insulinie, jajnikach i o tym, jak funkcjonuje organizm. Oczywiście nie byłam wtedy ekspertką, ale miałam już pewne podstawy. Później zaczęliśmy starać się o dziecko. I skracając tę historię – okazało się, że mam zespół policystycznych jajników i nie mam owulacji. Ta wiedza położnicza bardzo pomogła mi lepiej zrozumieć własny organizm, ale była dopiero początkiem. Pamiętam, że siedziałam kiedyś w poczekalni, w totalnej beznadziei. Już kiedyś o tym opowiadałam, ale naprawdę tak było. Wtedy trafiłam na informację, że dieta przy PCOS może naprawdę wiele zmienić i pomóc przywrócić owulację. Byłam już wtedy bardzo zmęczona staraniami, leczeniem i całym tym stylem życia. Prowadziłam własną działalność, ale właściwie nie miałam kiedy jej prowadzić. Ciągle jeździłam na monitoringi z Siedlec do Warszawy. To były trzy–cztery godziny wyjęte z każdego dnia, nawet jeśli logistycznie udało się to dobrze poukładać. Pomyślałam więc: dobrze, przyjrzę się jeszcze dokładniej temu, co ląduje na moim talerzu. Z jednej strony dawało mi to poczucie, że odzyskuję choć odrobinę kontroli nad swoim życiem. Z drugiej – nie ukrywam, że wtedy mocno przejmowałam się też swoim wyglądem i wydawało mi się, że przecież jem całkiem dobrze. Nie sądziłam, że mam tam jeszcze coś do poprawienia. Dzisiaj, z perspektywy tych wszystkich lat, widzę to zupełnie inaczej. Widzę błędy dietetyczne, które mogły utrudniać mi zajście w ciążę. I pamiętam moment, w którym zaczęłam wprowadzać zmiany. Nagle zobaczyłam, że… naprawdę coś zaczyna się dziać. To brzmi trochę jak scena z filmu, ale miałam wrażenie, że ta dieta faktycznie zmienia coś w moim organizmie. Szczerze mówiąc, wierzyłam w to tylko częściowo. Bo przecież wydawało mi się, że i tak odżywiam się całkiem zdrowo. To nie był przypadek osoby, która żywiła się wyłącznie fast foodami. Zosia: Dokładnie. To nie było tak, że codziennie jadłaś w McDonald’s. Ania: Nie. Naprawdę starałam się jeść ryby, wybierać wartościowe produkty. Tylko że dzisiaj wiem, że ten talerz nie był jeszcze odpowiednio zbilansowany. Pamiętam też, że piłam wytrawne czerwone wino „na endometrium”, choć go szczerze nie znosiłam. Ale pamiętajcie, że to było wiele lat temu. W tamtym czasie naprawdę można było usłyszeć takie zalecenia również od lekarzy. Dzisiaj brzmi to dość absurdalnie, ale takie rzeczy naprawdę się zdarzały. Zosia: Tak samo jak kiedyś ludzie palili papierosy w pracy. Ania: Dokładnie. Moja babcia była dentystką i opowiadała, że przed wyrwaniem zęba zdarzało się jeszcze zapalić papierosa. Dzisiaj brzmi to niewiarygodnie, ale świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Wracając jednak do diety… Zosia: Dobrze, bo trochę odpłynęłaś. Powiedz najważniejsze. Co właściwie zauważyłaś po wprowadzeniu zmian? Ania: Miałam ogromny problem z endometrium. To była jedna z przyczyn, przez które kolejne próby kończyły się niepowodzeniem. Owulację miałam już wywoływaną lekami, więc wiedziałam, że ona występuje. Problem polegał na tym, że endometrium miało około 5 mm i mimo leczenia w ogóle nie chciało rosnąć. Pamiętam, ile nadziei pokładałam wtedy w leczeniu. Byliśmy pod opieką renomowanego ośrodka leczenia niepłodności. Robiliśmy wszystko, co było możliwe. To kosztowało ogromne pieniądze. Mój mąż naprawdę ciężko pracował, żebyśmy mogli przez to wszystko przejść. I mimo tego… nic się nie zmieniało. Na kolejnej wizycie, już po wprowadzeniu zmian w diecie, okazało się, że endometrium zaczęło reagować. Urosło do 8 mm. Dla kogoś może to być zwykła liczba. Dla mnie wtedy było to coś nieosiągalnego. Pamiętam dokładnie to uczucie. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że odzyskuję sprawczość. Że w moim organizmie naprawdę zaczyna się coś zmieniać. I to było niesamowite. Ania: Okazało się też, że owulacja po lekach zaczęła pojawiać się wcześniej niż przed wprowadzeniem zmian w diecie. Potrzebowałam również mniejszych dawek leków. Wcześniej zdarzało się, że owulację udawało się wywołać dopiero około 17. dnia cyklu. A później nagle lekarz mówił: – Musimy trochę zmienić schemat, bo jajniki zaczęły pracować. To był dla mnie ogromny wiatr w żagle. Pamiętam, że wtedy bardzo trudno było mi mówić ludziom, że dieta naprawdę może mieć znaczenie. Bałam się takich stwierdzeń. Nie chciałam wychodzić i mówić wszystkim: „Dieta działa”, bo sama jeszcze oswajałam się z tym, co działo się u mnie. Ale z czasem coraz bardziej zakochiwałam się w tym temacie. Założyłam bloga, zaczęłam pisać o diecie wspierającej płodność i zachęcać inne dziewczyny do tego, żeby spróbowały zawalczyć również w ten sposób. Kiedy udało mi się zajść w ciążę, poczułam jeszcze większą potrzebę, żeby mówić o tym głośno. Zosia: Wiem, czytałam wtedy Twojego bloga. Ania: Tak, Zosia czytała mojego bloga. I wtedy pomyślałam sobie, że blogowanie sprawia mi ogromną frajdę. Miałam już podstawy położnicze, więc stwierdziłam: dobra, teraz naprawdę zagłębię się w temat diety. I wiecie co? Zaczęło się okazywać, że kolejne osoby korzystały z tych wskazówek. Dziewczynom z PCOS udawało się przywrócić owulację, poprawiały wyniki badań. To mnie niesamowicie napędzało. Minęło kilkanaście lat, a ja nadal siedzę tutaj i o tym opowiadam. Każda kolejna historia dawała mi siłę, żeby iść dalej. Żeby nieść ten, można powiedzieć, „kaganek dietetyczny” i uparcie mówić o czymś, w co sama wierzyłam. A wcale nie byłam osobą, która z łatwością przekonywała innych. Byłam raczej cicha, wycofana. Naprawdę trudno było mi występować publicznie czy mówić ludziom, że coś ma sens. Później przyszły studia dietetyczne. A potem… przyszła Zosia. Zosia: Czekałam na ten moment! Kiedy w końcu pojawi się Zosia. Ania: I jakoś tak wszystko się potoczyło. Gdyby nie moje własne doświadczenia i to, jak bardzo dieta odmieniła moje życie, prawdopodobnie nie siedziałabym dzisiaj tutaj. Nie potrafię robić czegoś, w co nie wierzę. Jeśli nie czuję jakiegoś tematu, nie jestem w stanie nagrać o nim podcastu. Nie nagram rolki. Nie będę udawać eksperta od czegoś, czego sama nie czuję. Zosia: To od razu widać. Ania: Dokładnie. Jeśli nie czuję tematu, to wiem, że to będzie sztuczne. Będzie po prostu cringe. Gdybym sama nie uwierzyła w dietę na własnym przykładzie i nie zobaczyła tego wszystkiego, co wydarzyło się u mnie, nie miałabym siły robić tego do dziś. Zosia: Czyli najpierw było Twoje własne doświadczenie. Ale zobacz, u mnie było zupełnie inaczej. Ja uwierzyłam w dietę wspierającą płodność, zanim jeszcze sama doświadczyłam jej wpływu na własne życie. Kiedy my się poznałyśmy, Ty miałaś już dwójkę dzieci. Swoją drogą dawało mi to wtedy ogromną nadzieję. Ja natomiast nadal byłam po tej drugiej stronie. Nadal walczyłam o własne dziecko. Jednocześnie pracowałam już z pacjentkami, napisałam pracę naukową na ten temat i całe moje zainteresowania zawodowe skupiały się wokół płodności. Byłam dietetyczką, która pomagała innym, a jednocześnie sama każdego dnia zastanawiała się, czy kiedykolwiek zostanie mamą. To było bardzo specyficzne doświadczenie. Zosia: To było też zupełnie inne doświadczenie niż Twoje, bo kiedy zaczynałyśmy, badań naukowych na ten temat było naprawdę niewiele. Większość publikacji, z których korzystałyśmy, była anglojęzyczna. W Polsce praktycznie nikt się tym nie zajmował. Mało kto wierzył, że dieta może mieć jakikolwiek wpływ na płodność. Ania: Dokładnie. To była ogromna nisza. Zosia: A dzisiaj zobaczcie, jak bardzo to się zmieniło. Gdyby ktoś pokazał nam wykres liczby publikacji naukowych sprzed dziesięciu lat i porównał go z tym, co mamy dziś, to byłby ogromny skok. Świadomość tego, że dieta wpływa na płodność, bardzo wzrosła. Zmieniło się też to, ilu specjalistów zajmuje się tym tematem. Coraz więcej dietetyków pracuje z parami starającymi się o dziecko. Coraz więcej osób edukuje w tym kierunku. Mamy lepszy dostęp do badań naukowych, większą świadomość pacjentów i lekarzy. Naprawdę widać, że poszliśmy do przodu. Ania: To prawda. Ale początki były trudne. Trzeba było naprawdę walić głową w mur. Zosia: Robiłaś coś, pokazywałaś badania naukowe, a mimo to słyszałaś: – Nie, to nie działa. Albo: – Przecież opowiadasz głupoty. A Ty miałaś wszystko czarno na białym. Kiedyś chyba nagramy cały odcinek o tym, jak wyglądały początki diety wspierającej płodność i jak bardzo zmieniło się to przez ostatnie lata. Ale wróćmy do naszego tematu. Przez te wszystkie lata miałyśmy okazję obserwować naprawdę wiele dietetycznych trendów. Co jakiś czas pojawiała się nowa moda, która miała być rozwiązaniem wszystkich problemów. Najpierw był szał na dietę bezglutenową. Wiele osób zaczęło odstawiać gluten bez żadnych wskazań medycznych, licząc na to, że poprawi to płodność. Nawet lekarze czasami mówili: – To proszę odstawić gluten. I tyle. Bez większego uzasadnienia. Potem pojawiła się moda na dietę keto. Przeżyłyśmy również ten etap. Nie stosowałyśmy jej u naszych pacjentów, ale obserwowałyśmy, co dzieje się na rynku. I wiecie, jaki jest wniosek po tych wszystkich latach? My z Anią jesteśmy… trochę nudne. Ania: To prawda. Zosia: Bo od lat powtarzamy dokładnie to samo. Nie zamykamy się na nowe rozwiązania. Nie mówimy z góry: „to nie działa”. Jeżeli pojawia się nowy trend, siadamy do badań naukowych i sprawdzamy, co naprawdę wiadomo na jego temat. I jeśli kiedyś pojawią się solidne dowody na to, że jakieś nowe rozwiązanie rzeczywiście pomaga, to po prostu zmienimy swoje stanowisko. Powiemy: – Słuchajcie, kilka lat temu zalecałyśmy coś innego, ale pojawiły się nowe badania i dziś rekomendujemy już inne postępowanie. Nie mamy z tym żadnego problemu. Natomiast dopóki nie ma mocnych dowodów naukowych, nie będziemy polecać czegoś tylko dlatego, że jest modne. Ania: Dokładnie. Zosia: I właśnie dlatego nasze podejście od lat wygląda tak samo. Evidence Based Medicine. Jeżeli czegoś nie potwierdzają badania naukowe, to po prostu tego nie zalecamy. Dlatego, jeśli widzicie jakiś produkt albo konkretne rozwiązanie w naszych dietach, możecie być pewni, że nie znalazło się tam przypadkiem. Nie dlatego, że kiedyś jedna dziewczyna zjadła coś i zaszła w ciążę. Tylko dlatego, że stoją za tym konkretne publikacje naukowe. Przykładowo – wiemy, że zwiększenie udziału białka roślinnego w diecie kobiet z niepłodnością owulacyjną wiąże się z istotnym zmniejszeniem ryzyka takich zaburzeń. Dlatego właśnie w naszych jadłospisach pojawiają się produkty roślinne. To nie jest przypadek. Tak samo jak nieprzypadkowo w diecie pojawia się kanapka z hummusem na pełnoziarnistym pieczywie czy ryba na obiad. Każdy taki element ma swoje uzasadnienie w badaniach naukowych. I właśnie takie diety tworzymy w Akademii Płodności. Zosia: I właśnie dlatego każda rzecz, która znajduje się w naszych dietach, ma swój konkretny cel. Może nie wiecie, dlaczego w poniedziałek rano na Waszym talerzu ląduje kanapka z hummusem na pełnoziarnistym pieczywie, a we wtorek na obiad ryba. Ale my to wiemy. Wiemy, dlaczego pojawiają się tam kwasy omega-3. Wiemy, dlaczego zwiększamy udział białka roślinnego. Wiemy, dlaczego zwracamy uwagę na błonnik. To wszystko wynika z badań naukowych. I właśnie takie diety tworzymy w Akademii Płodności. Diety oparte na nauce. I temu chcemy pozostać wierne. Ania: Dokładnie. Oczywiście nigdy nie powiemy „zawsze”, bo nauka cały czas się rozwija. Jeżeli pojawią się nowe, mocne dowody, to po prostu zmienimy nasze zalecenia. Zosia: Natomiast chciałabym jeszcze wrócić do tych wszystkich dietetycznych mód. Bo ktoś może powiedzieć: – Ale ja odstawiłam gluten i mi pomógł. I wiecie co? To jest możliwe. Jeżeli ktoś choruje na celiakię, to dieta bezglutenowa jest absolutnie konieczna i rzeczywiście może mieć ogromny wpływ również na płodność. Ale to dotyczy konkretnej grupy pacjentów. Nie oznacza to, że każda osoba starająca się o dziecko powinna profilaktycznie eliminować gluten. To właśnie chcemy podkreślić. Są sytuacje, w których konkretne interwencje dietetyczne mają sens. Natomiast powinny wynikać z diagnostyki, a nie z aktualnej mody. Ania: Dokładnie. I właśnie dlatego bardzo ostrożnie podchodzimy do samodzielnego wprowadzania diet eliminacyjnych. Wyobraźcie sobie osobę, która ma nierozpoznaną chorobę jelit. Objawy są jeszcze niespecyficzne, więc nie zwraca na nie większej uwagi. Słyszy jednak, że dieta bezglutenowa może pomóc, więc odstawia gluten. Po kilku miesiącach trafia do lekarza i rozpoczyna diagnostykę. Wykonywana jest biopsja jelita i okazuje się, że wszystko wygląda prawidłowo. Ale nie dlatego, że choroby nie ma. Tylko dlatego, że od kilku miesięcy nie było kontaktu z glutenem i zmiany zdążyły się wyciszyć. W efekcie prawidłowe rozpoznanie może się opóźnić. To właśnie mamy na myśli, kiedy mówimy, że eliminowanie produktów „na własną rękę” przed wykonaniem diagnostyki może być niebezpieczne. Dlatego żywienie jest tak ważne. Ale równie ważne jest to, żeby wprowadzać zmiany mądrze. Bo dieta naprawdę działa. Zosia: No dobrze. To wróćmy do pytania, od którego właściwie zaczęłyśmy. Czy dieta naprawdę działa? Ania: Tak. Dieta działa. Natomiast jej potencjał zależy od tego, z czym do mnie przychodzisz. Od tego, co dzieje się w Twoim organizmie. Z czego wynikają problemy. Jakie mechanizmy wymagają wsparcia. Wyobraźmy sobie kobietę z zespołem policystycznych jajników. Tutaj naprawdę mamy bardzo dużo możliwości. I szczerze mówiąc, kiedy trafia do mnie pacjentka z PCOS, często myślę sobie: „Super. Tutaj naprawdę możemy wiele zrobić dietą.” Zaczynamy chociażby od masy ciała. Jeżeli występuje nadwaga lub otyłość, sama redukcja masy ciała może sprawić, że spontaniczna owulacja wróci. I to jest właśnie ten brakujący element. Dlatego odpowiedź brzmi: to zależy. Wiem, że to nie jest najbardziej ekscytująca odpowiedź, ale jest najbardziej uczciwa. Bo wszystko zależy od punktu wyjścia. Jednocześnie bardzo trudno wyobrazić mi sobie sytuację, w której powiedziałabym komuś: – Wie Pani co? Dieta i tak nic u Pani nie zmieni. Nie. Po prostu u jednej osoby dieta będzie odgrywała pierwszoplanową rolę, a u innej będzie jednym z elementów całej układanki. Może okazać się tym brakującym puzzlem. Na przykład wtedy, gdy potrzebujemy silnie zadziałać przeciwzapalnie albo zmniejszyć stres oksydacyjny. Dlatego moja odpowiedź jest prosta. Tak. Dieta działa. Natomiast zakres tego działania zależy od problemu, z którym zaczynamy pracę. Zosia: Jednym z najczęstszych pytań, które dostajemy od osób trafiających do Akademii Płodności, jest: „Czy dieta naprawdę może mi pomóc?” A zaraz potem pojawia się drugie: „I jak długo trzeba ją stosować?” Jesteś w stanie odpowiedzieć na te pytania? Ania: Albo po prostu napiszcie do mnie w wiadomości prywatnej. (śmiech) Czy dieta jest w stanie Ci pomóc? Kochani… ja tego nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nie jestem wróżką. Nie mam magicznej kuli, do której zajrzę i powiem: – Basia, u Ciebie na pewno zadziała. A pięć minut później przyjdzie Kasia i usłyszy: – U Ciebie nie ma sensu. Tak się po prostu nie da. Natomiast wiem, co pokazują badania naukowe. I właśnie na ich podstawie układam diety. Wiemy, jak ważnia jest odpowiednia ilość błonnika. Wiemy, jaki potencjał mają kwasy omega-3 – zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Wiemy, że mogą wpływać na ruchliwość, morfologię czy liczbę plemników. I właśnie dlatego uwzględniamy to wszystko w naszych jadłospisach. Są badania dotyczące likopenu – składnika obecnego w pomidorach. Co ciekawe, jest go więcej w pomidorach przetworzonych niż świeżych. Dlatego w naszych dietach pojawiają się sosy na bazie passaty pomidorowej czy zupy pomidorowe. Nie dlatego, że po prostu lubimy pomidory. Tylko dlatego, że wiemy, po co one tam są. To właśnie mogę Wam obiecać. Jeżeli zdecydujecie się z nami pracować, zrobimy wszystko, żeby jak najlepiej uporządkować to, na co mamy realny wpływ. Ale ile czasu to zajmie? Tego naprawdę nie wiem. Sama chciałabym to wiedzieć. Byłoby wspaniale móc powiedzieć: – Wytrzymaj trzy miesiące. Zaciśnij zęby. To tylko kwartał i zobaczysz efekty. Ale nie mogę tego obiecać. Po prostu nie da się tego przewidzieć. Wiemy natomiast, że na przykład u mężczyzn po około trzech miesiącach jesteśmy w stanie zaobserwować poprawę parametrów nasienia, jeśli wprowadzimy odpowiednie zmiany w diecie i stylu życia. To już widziałyśmy wielokrotnie. Natomiast nie da się wskazać jednego czasu, który będzie odpowiedni dla wszystkich. Zosia: Dokładnie. To samo odpowiedziałabym na pytanie: „Jak długo trzeba stosować dietę wspierającą płodność?” Nie wiem. I naprawdę, po tylu latach pracy nadal nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście są pewne ramy czasowe. Na przykład wiemy, że poprawa parametrów nasienia może być widoczna po około trzech miesiącach – o ile problem rzeczywiście wynika z czynników, na które dieta ma wpływ. Wiemy też, że wiele kobiet już w kolejnym cyklu zauważa mniejsze dolegliwości bólowe podczas miesiączki. Ale jeśli pytacie: – Ile czasu potrzebuję, żeby dieta pomogła mi zajść w ciążę? To odpowiedź brzmi: Nie wiem. I bardzo chciałabym móc odpowiedzieć inaczej. Ania: Bo wszyscy chcielibyśmy znać taki konkretny termin. Zosia: Dokładnie. Największym celem każdej osoby, która trafia do Akademii Płodności, jest przecież ciąża. Ale zanim ona się pojawi, często warto zauważyć te mniejsze sygnały świadczące o tym, że organizm zaczyna się zmieniać. Pojawia się owulacja, której wcześniej nie było. Endometrium zaczyna rosnąć. Włosy przestają tak wypadać. Jest więcej energii. Spodnie zaczynają być luźniejsze. I wiem, że kiedy staracie się o dziecko, możecie pomyśleć: „Naprawdę mam się cieszyć z tego, że dopinam spodnie?” Pewnie nie. Bo najważniejszy jest ten jeden cel. Ale może właśnie te małe sygnały są dowodem na to, że w organizmie coś zaczyna się porządkować. Że coś już się dzieje i jesteście coraz bliżej. Ania: Problem polega na tym, że kiedy działamy na jakość komórek jajowych, nie jesteśmy w stanie zobaczyć tego procesu. Nie widzimy na co dzień, co dobrego dzieje się w organizmie. Przypomniała mi się jednak wiadomość od jednej z dziewczyn. Wysłała nam swoje zdjęcie, bo od lat zmagała się z trądzikiem. I nie chodzi o to, że układamy diety pod poprawę cery, bo tym się przecież nie zajmujemy. Napisała jednak: – Zobaczcie, co się wydarzyło. Miała wcześniej bardzo nasilone zmiany zapalne na twarzy, a po wprowadzeniu naszych zaleceń skóra wyglądała zupełnie inaczej. I dodała coś, co bardzo mnie poruszyło. Napisała, że nie jest jeszcze w ciąży, ale ten efekt dał jej ogromną nadzieję, że wszystko, co robi, ma sens. Zosia: Właśnie. To był taki piękny promyk po drodze. Dziewczyny często piszą do nas o pierwszej owulacji, o pojawieniu się śluzu płodnego czy o zmianach, które zauważają podczas wizyt u ginekologa. Ale tutaj tym promyczkiem była właśnie poprawa cery. A przecież to, co widziała na swojej twarzy, było tylko odzwierciedleniem tego, co działo się wewnątrz organizmu. Jeżeli zmniejsza się stan zapalny, regulują się hormony i poprawia się funkcjonowanie organizmu, to bardzo często widać to również na skórze. Tak naprawdę ten trądzik był tylko objawem. A jego poprawa oznaczała, że organizm zrobił już kilka kroków w dobrą stronę. I to właśnie są te małe sygnały, które pokazują, że coś się zmienia. Ania: Dokładnie. Zosia: Aniu, cały czas powtarzasz jedno. Tworzysz diety w oparciu o badania naukowe. I zamierzasz robić to dalej? Ania: Tak. I powiem szczerze, że z roku na rok jest mi coraz trudniej. Nawet sam temat tego odcinka wzbudził we mnie duży opór. Pomyślałam sobie: „To zainteresuje ludzi. Ktoś to włączy. Ktoś tego posłucha.” Ale jednocześnie bardzo trudno było mi zmierzyć się z tym zestawieniem dwóch słów: sprzedaż i nadzieja. Pamiętam nawet newsletter, w którym długo zastanawiałyśmy się nad jednym zdaniem. Czy napisać: „Te produkty wspierają płodność.” Czy raczej: „Płodność może Ci za nie podziękować.” Cały czas szukamy takiego języka, który będzie zachęcał, ale jednocześnie nie będzie składał obietnic. Zosia: I myślę, że właśnie dlatego ten tytuł był dla Ciebie taki trudny. Bo zestawił bardzo blisko dwa słowa: sprzedaż i nadzieję. I to po prostu mocno z Tobą zarezonowało. Ania: Bardzo. Mam z tym ogromny zgrzyt. Zosia: Ale czy nie wynika to z tego, że słowo „sprzedaż” od razu skojarzyło Ci się z wykorzystywaniem czyichś emocji? Ania: Tak. Myślę, że właśnie dlatego tak mocno mnie to dotknęło. Zosia: Bo prawda jest taka, że działamy właśnie na nadziei. Akademia Płodności od początku powstała z nadziei. I mam wrażenie, że gdyby nie ona, to w ogóle by jej nie było. Ania: Dokładnie. Zosia: I tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania. Czy sprzedajemy nadzieję? Moim zdaniem… w pewnym sensie tak. Bo dziewczyny bardzo często dziękują nam właśnie za nadzieję. Nie tylko za dietę. Ta dieta jest dla nich czymś więcej. Jest czymś, czego mogą się uchwycić. Czymś, co pomaga przetrwać naprawdę trudny etap życia. Przypomniała mi się wiadomość od jednej z naszych obserwatorek. Ania była po kilku stratach ciąży i cały czas pozostawała pod opieką lekarza. Zawsze powtarzamy, że dieta powinna być elementem opieki nad niepłodnoscią, a nie jego zamiennikiem. Napisała do nas coś, co zostało ze mną do dziś. „Nie wiem, jak bardzo pomogła mi ta dieta, ale czuję, że to codzienne mielenie siemienia lnianego było dla mnie czymś dobrym.” A później dodała zdanie, którego chyba nigdy nie zapomnę: „Może ta dieta to jest nic. A może właśnie to nic jest dla mnie wszystkim.” I myślę, że dokładnie o to chodzi. Nie jesteśmy w stanie niczego zagwarantować. Ale jeżeli dzięki naszej diecie, podcastom, wiadomościom czy zwykłej rozmowie ktoś znajdzie w sobie siłę, żeby zrobić kolejny krok… to ma ogromną wartość. Może właśnie dzięki temu łatwiej będzie Wam przejść przez ten bardzo trudny czas. Ania: Padło tutaj bardzo ważne zdanie. My nie możemy Wam niczego zagwarantować. Nie możemy nic obiecać. I myślę, że gdybym kiedyś powiedziała: „Jedz naszą dietę, a na pewno zajdziesz w ciążę”, to byłby moment, w którym sama przestałabym sobie ufać. To jest właśnie taki przekaz, którego najbardziej się boję. Kiedy widzę gdzieś hasła w stylu: „100% skuteczności”, „na pewno zajdziesz w ciążę”, „ta metoda działa zawsze”, to od razu zapala mi się czerwona lampka. Nie można czegoś takiego obiecywać. To jest nieetyczne. To jest żerowanie na emocjach ludzi, którzy znajdują się w jednym z najtrudniejszych momentów swojego życia. Ja sama tam byłam. Doskonale wiem, że gdyby ktoś wtedy powiedział mi: „Kup ten suplement, zastosuj tę terapię, pij to codziennie i na pewno zostaniesz mamą”, to prawdopodobnie zrobiłabym wszystko. Wydałabym każde pieniądze. Bo desperacja i nadzieja potrafią sprawić, że człowiek chce uwierzyć we wszystko. I właśnie dlatego nigdy nie chciałabym pójść tą drogą. To, co możemy Wam zaoferować, to nauka. To badania naukowe, wiedza. I tylko tyle… albo aż tyle. Zosia: I wydaje mi się, że właśnie to jest sedno Akademii Płodności. Nigdy niczego nie obiecujemy. Możemy obiecać tylko jedno. Że będziemy z Wami. Na każdym etapie starań. Że będziemy trzymać Was za rękę. Ale nie możemy obiecać ciąży. Ania: Piękna reklama, co? Zosia: (śmiech) Ale ja naprawdę w to wierzę. Ty chyba też. Obie wierzymy w dietę. Wierzymy, że warto spróbować. Przecież bardzo często odpowiadamy dziewczynom dokładnie w ten sam sposób. „Nie wiemy, czy dieta pomoże właśnie Tobie. Ale wiemy, że warto spróbować.” To zdanie chyba najczęściej pada w naszych wiadomościach. Natomiast cały czas zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą. Czy sam sposób, w jaki komunikujemy Akademię, nie jest dla kogoś obietnicą? Ania: To bardzo dobre pytanie. Zosia: Mam jednak wrażenie, że właśnie dlatego tak długo zastanawiamy się nad każdym tytułem, każdym postem i każdym newsletterem. Zawsze staramy się używać sformułowań typu: „może pomóc”, „może wspierać”, „ma potencjał”. Nigdy nie piszemy: „na pewno pomoże”. Bo ja wiem, jaki potencjał ma dieta. Wiem, co pokazują badania. Ale nie mogę nikomu niczego zagwarantować. I jeszcze jedna rzecz, którą bardzo chciałabym powiedzieć na koniec. Kochani… Wy naprawdę nie musicie nic od nas kupować. Serio. Akademia Płodności jest dziś zbudowana tak, żeby ogrom wiedzy był dostępny całkowicie za darmo. Możecie zapisać się na nasz newsletter. Znajdziecie tam dwa pełnowartościowe jadłospisy. Możecie oglądać nasze materiały na Instagramie. Możecie korzystać z naszych przepisów. Możecie słuchać podcastów. Możecie obejrzeć filmy na YouTubie. Tam jest naprawdę mnóstwo wiedzy. I już samo wprowadzenie tych bezpłatnych wskazówek sprawi, że będziecie o kilka kroków dalej niż byliście wcześniej. Naprawdę. Jeżeli potrzebujecie czasu, żeby nam zaufać albo sami przekonać się, czy ten sposób myślenia do Was trafia — zacznijcie od tych darmowych materiałów. One właśnie po to powstały. Nie po to, żeby zmuszać kogokolwiek do zakupu. Tylko po to, żeby realnie pomagać. Ania: I może właśnie będzie taki moment, jak u mnie. Wyjdziesz z wizyty i zobaczysz, że endometrium zaczęło rosnąć. Że potrzeba mniejszych dawek leków. Że coś się zmienia. I wtedy pomyślisz: „Kurczę… może te dziewczyny naprawdę mają rację.” Zosia: A nadzieja? Nadzieja zawsze będzie fundamentem Akademii Płodności. Bo wszystkie historie, które pokazujemy, te o ciążach, które wydarzyły się podczas naszej wspólnej drogi, są właśnie historiami o nadziei. Ale nie tylko one. Pokazujemy również historie dziewczyn, które nigdy nie korzystały z naszych diet. Historie kobiet, które pisały nam, że same podcasty dawały im siłę, żeby iść dalej. Pokazujemy historie osób, które wybrały drogę adopcji. Pokazujemy także historie kobiet, które świadomie zdecydowały się na życie bez dzieci. Bo chcemy pokazywać różne drogi. Nie chcemy tworzyć nierealnego obrazu, że istnieje tylko jedno zakończenie tej historii. Ania: I od lat podpisujemy się pod tym własnymi twarzami i nazwiskami. Właśnie po to, żeby każdego dnia móc spojrzeć sobie w lustro i mieć poczucie, że robimy to uczciwie. Zosia: I spokojnie zasypiać. Ania: Oczywiście pokazujemy też historie dziewczyn, którym dieta naprawdę pomogła. Bo takich historii jest bardzo dużo. I są pięknym dowodem na to, jak ogromny potencjał ma odpowiednio dobrane żywienie. Naprawdę potrafi zmienić czyjeś życie. I bardzo chciałabym, żeby dieta okazała się również Waszym brakującym puzzlem. To narzędzie, które macie dosłownie na wyciągnięcie ręki. Codziennie robicie zakupy. Codziennie podejmujecie decyzje dotyczące tego, co ląduje na Waszym talerzu. To daje sprawczość. I być może właśnie ten element okaże się jednym z wielu, które wspólnie przechylą szalę na Waszą stronę. Może nie jedynym. Ale bardzo ważnym. Zosia: Tego właśnie Wam życzymy. Nieważne, na jakim etapie starań jesteście. My jesteśmy tutaj dla Was. Do usłyszenia w następnym podcaście. Artykuł #107 Sprzedajemy dietę czy nadzieję pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 31 · 24 min

    #106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły

    W tym odcinku wracamy do siebie sprzed lat. Do dziewczyn, które godzinami przeglądały internet, kupowały kolejne suplementy, odkładały życie „na później” i próbowały zrobić wszystko, żeby w końcu zostać mamą. Rozmawiamy o tym, czego dziś już byśmy nie zrobiły. Nie po to, żeby kogokolwiek oceniać, ale żeby pokazać, że wiele z tych decyzji wynikało z ogromnej nadziei, lęku i miłości do jeszcze nienarodzonego dziecka. Mamy nadzieję, że znajdziesz w nim nie tylko wiedzę, ale też trochę spokoju i zrozumienia. PLAN ODCINKA: Dlaczego dziś wcześniej poszłybyśmy do lekarza i na monitoring cyklu. Kupowaniu kolejnych suplementów zamiast skupienia się na podstawach. Jak internet pomagał nam podczas starań, ale też potrafił odbierać spokój. Czego zabrakło nam w rozmowach z naszymi mężami. Dlaczego nie warto odkładać życia na moment, kiedy pojawi się dziecko. Czym był Projekt Żyćko i dlaczego do dziś uważamy go za jedną z najważniejszych rzeczy, które wydarzyły się podczas naszych starań. Jak odzyskiwać małe kawałki normalności, nawet jeśli niepłodność zajmuje dziś ogromną część Twojego życia. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Zosia: Nie wiem, w jakiej kolejności będziemy Wam puszczać tamte odcinki, więc może się okazać, że będzie teraz więcej Zosi niż mnie. Ale bardzo Was witamy w kolejnym odcinku naszego podcastu. Znowu będziemy sobie tutaj siedzieć jak psiapsi i rozmawiać o tematach związanych ze staraniami o dziecko. A dziś pogadamy… Ania: Tak jest. Zosia: To będzie też trochę takie spekulowanie. Wiecie, jak to mówią: „Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł”. Są rzeczy, które robiłyśmy kiedyś podczas starań, a dziś – z wiedzą, którą mamy i z naszym obecnym podejściem – na pewno zrobiłybyśmy inaczej. Chcemy sobie o tym porozmawiać i zastanowić się, czy dało się pewne rzeczy zrobić lepiej. Zosia: Są takie rzeczy, które robiłaś podczas starań, a dziś już byś ich nie zrobiła? Ania: Tak. Myślę, że przede wszystkim wcześniej poszłabym na monitoring cyklu. Na początku zaczęłam obserwować swój organizm i widziałam, że coś jest nie tak. Zaczęłam więc prowadzić własne obserwacje cyklu, ale to było dla mnie bardzo stresujące. Jednocześnie wszyscy powtarzali – i artykuły również – że do lekarza powinno się iść dopiero po roku starań. Dzisiaj wiem, że po prostu poszłabym wcześniej. Zaoszczędziłoby mi to mnóstwo czasu, nerwów, płaczu i ciągłego zastanawiania się, co się dzieje. Dużo szybciej dowiedziałabym się, że moje jajniki po prostu nie pracują tak, jak powinny, że nie mam owulacji. To, co uważałam za miesiączkę – choć cykle były bardzo wydłużone – tak naprawdę nie było prawidłową miesiączką, tylko plamieniem. Naprawdę poszłabym wcześniej. Jeżeli widziałabym jakiekolwiek niepokojące objawy albo coś budziłoby moje wątpliwości, nie dałabym sobie wmówić, że muszę czekać rok. Pamiętam też rozmowę z jedną z dziewczyn. Opowiadałam jej o monitoringu cyklu i zdałam sobie sprawę, że sama kiedyś bardzo się go bałam. Wydawało mi się, że każda kolejna wizyta będzie kosztowała kilkaset złotych. Zosia: A przecież potrzeba ich kilka, żeby monitorować cały cykl. Ania: Właśnie. I to był jeden z powodów, dla których odkładałam monitoring. Wyobrażałam sobie, że co dwa dni będę musiała płacić 300 zł za kolejną wizytę. Dopiero później okazało się, że w wielu gabinetach płaci się po prostu za cały monitoring cyklu, a kolejne krótkie wizyty kontrolne są już wliczone w tę cenę. Zosia: Oczywiście różne miejsca rozwiązują to różnie. Ania: Dokładnie. Ale może ktoś z Was też się tego obawia. Dlatego ja po prostu nie czekałabym tak długo. Zosia: Okej. Teraz moja kolej. Ania: No dawaj. Zosia: To jest ciekawe, bo nie wiem, czy ja naprawdę przestałabym to robić. Mam wrażenie, że to leżało bardzo głęboko w mojej naturze. Ale gdybym mogła coś zmienić u tej Zosi sprzed lat, to na pewno mniej wierzyłabym we wszystkie cudowne rzeczy wyczytane na forach internetowych. Naprawdę wierzyłam, że istnieje jeszcze ten jeden suplement, którego nie biorę, a który będzie właśnie tym brakującym elementem moich starań. Wiecie… miesiąc wcześniej nie wiedziałam nawet o istnieniu jakiejś egzotycznej rośliny, a nagle czytałam, że jej sproszkowana kora fantastycznie wpływa na płodność i już miałam poczucie, że właśnie tego mi brakowało. Ania: Ale czy to nie dawało Ci wtedy nadziei? Zosia: Dawało. Oczywiście, że dawało. Tylko dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Skupiłabym się przede wszystkim na rzeczach, które rzeczywiście mają potwierdzenie w badaniach naukowych i realnie mogą coś zmienić. Bo u mnie wyglądało to tak, że kupowałam kolejny suplement, a jednocześnie kolejny miesiąc odkładałam zapisanie się na basen. To nie było tak, że robiłam wszystko, co mogłam, i tylko dokładałam suplementację. Ja po prostu liczyłam na to, że tabletka rozwiąże problem i dzięki temu nie będę musiała robić tych trudniejszych rzeczy. Ania: A Twoja insulinooporność tylko szalała. Zosia: Dokładnie. Bardzo nie chciało mi się ruszać. Nie lubiłam aktywności fizycznej i ciągle miałam nadzieję, że może jednak nie będzie konieczna. Brałam metforminę i myślałam sobie: „Ona zaopiekuje moją insulinooporność”. Dzisiaj wiem, że nie robiłam podstaw. To były właśnie te najważniejsze filary, które powinny być mocne. Zamiast tego skupiałam się na drobiazgach i pokładałam w nich zbyt dużą nadzieję. Moja szafka z suplementami była pełna. Dzisiaj też nie brałabym tylu suplementów jednocześnie, zwłaszcza takich, które nakładały się na siebie. Dużo łatwiej było mi połknąć kolejną tabletkę i uwierzyć, że ona zadziała, niż zjeść porządny posiłek albo wieczorem pójść na basen. To właśnie zmieniłabym najbardziej. Zosia: A Ty? Co jeszcze zrobiłabyś inaczej? Ania: Myślę, że mniej czasu spędzałabym w internecie. Choć właściwie… nie do końca. To jest trudniejsze, niż się wydaje. Na pewno mniej czasu spędzałabym tam dlatego, że mój mąż zwyczajnie nie miał wtedy swojej żony. Każdy wolny wieczór siedziałam przed komputerem, czytałam kolejne artykuły, fora i historie innych kobiet. Z drugiej strony wiem też, że dzięki temu dowiedziałam się wielu wartościowych rzeczy. Dlatego dzisiaj nie powiedziałabym już, że całkowicie zrezygnowałabym z internetu. Raczej bardziej bym to zbalansowała. Część tego czasu zostawiłabym na zdobywanie wiedzy, ale część świadomie przeznaczyłabym na mój związek i rozmowy z mężem. Bo to też było bardzo ważne. Jednocześnie chcę powiedzieć, że właśnie w tamtym czasie poznałam kobiety, z którymi mam kontakt do dziś. Obserwujemy się na Instagramie, kibicujemy sobie i naprawdę nie zamieniłabym tych znajomości na nic innego. Zosia: Czyli nie chodzi o całkowite odcięcie się od internetu, tylko o znalezienie równowagi. Ania: Dokładnie. Miałam szczęście trafić na naprawdę wspierające kobiety. Są grupy, z których kobieta jest usuwana tylko dlatego, że zobaczy dwie kreski na teście ciążowym. To potrafi być bardzo trudne. Zosia: Bo idziecie razem…ale tylko do pewnego momentu. Ania: Tak. Natomiast ja naprawdę miałam szczęście. Kiedy którejś z nas się udało, pozostałe dalej jej kibicowały. Być może łatwiej było nam się otworzyć, bo byłyśmy anonimowe. Do dziś dostaję od tych dziewczyn wiadomości, zdjęcia spod choinki czy życzenia świąteczne. To naprawdę były wartościowe relacje. Dlatego chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno. Warto obserwować, czy miejsce, w którym jesteśmy w internecie, naprawdę nas wspiera. Bo na początku może nam się wydawać, że daje nam bardzo dużo. Dopiero po czasie orientujemy się, czy dzięki temu miejscu naprawdę rośniemy, czy wręcz przeciwnie. Ania: No właśnie. Bo czasami zaczynamy żyć tylko internetem, a przestajemy żyć prawdziwym życiem. I to chyba jest w tym wszystkim najbardziej niebezpieczne. Zosia: Może też dlatego, że internet jest pewnego rodzaju ucieczką. Ja nie próbuję tego usprawiedliwiać ani oceniać. Po prostu zauważam, że tak się zdarza. Ja na przykład dzisiaj nie robiłabym badań laboratoryjnych tylko dlatego, że ktoś napisał o nich na grupie na Facebooku albo na forum. Nie miałam żadnych objawów, nic nie wskazywało na konkretną chorobę, ale wystarczyło jedno zdanie przeczytane w internecie i od razu w mojej głowie pojawiało się: „A może ja też to mam?” I nagle zaczynałam myśleć: „Może mam celiakię? Może chorobę trzewną? Może właśnie to blokuje moje starania?” Efekt był taki, że wydawałam kolejne kilkaset złotych na bardzo drogie badania, bo przecież „warto sprawdzić”. I robiłam je bez rozmowy z lekarzem. Po prostu zakładałam, że może mój lekarz jeszcze o tym nie wie, a ja przyjdę na wizytę z gotowymi wynikami i go zaskoczę. Ania: Bo zawsze gdzieś z tyłu głowy było takie: „A jeśli właśnie coś znajdę?”. Zosia: Dokładnie. To było takie niekończące się „a może właśnie tym razem znajdę odpowiedź”. Patrzyłam na dziewczyny, które zrobiły kolejne badania i miałam wrażenie, że one są już o krok dalej ode mnie. Myślałam sobie: „Może właśnie to było u nich przyczyną. Może ja też muszę znaleźć swoje »to coś«.” A dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Poszukałabym przede wszystkim miejsca i człowieka, któremu naprawdę ufam. Takiego specjalisty, z którym mogę spokojnie porozmawiać o swoich obawach, o tym, co przeczytałam w internecie. Kogoś, kto powie: „Dobrze, Zosiu, zróbmy to badanie, ale tego nie ma sensu robić i już tłumaczę Ci dlaczego.” To daje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Bo wtedy czuję, że prowadzi mnie ktoś mądrzejszy ode mnie. A nie próbuję sama być swoim lekarzem tylko dlatego, że przeczytałam coś na forum. Przecież mogłam sobie sama coś błędnie zdiagnozować i być o tym święcie przekonana. Dzisiaj powiedziałabym sobie tylko jedno: Znajdź mądrego przewodnika. Ania: Ale wiesz co? Mam wrażenie, że właśnie teraz zrobiłaś coś takiego u siebie. W tej swojej ostatniej historii zdrowotnej mogłaś pójść w stronę samodzielnego szukania odpowiedzi. A zamiast tego naprawdę stanęłaś na głowie, żeby znaleźć specjalistów. Zosia: To prawda. Ania: Przeczesałaś całą diagnostykę. Zosia: I nadal ją przeczesuję. Tylko różnica jest taka, że nie robię tego sama. Mimo że jestem już tym wszystkim bardzo zmęczona, to nie próbuję sama stawiać sobie diagnoz. Ania: No właśnie. Nie wchodząc w szczegóły, to jest ogromna różnica. Zosia: I pamiętajcie też, że my cały czas rozmawiamy o sobie sprzed lat. Ja nie udzielam teraz rad komuś innemu. Ja mówię do tej Zosi sprzed kilku lat i zastanawiam się, co powiedziałabym właśnie jej. Ania: A nie jesteś zła na tę Zosię? Na tę dziewczynę, która wtedy się starała o dziecko? Jak ona słyszy to wszystko, co teraz mówisz, to nie ma ochoty powiedzieć: „Dobra, łatwo ci mówić”? Zosia: Oczywiście, że tak. Ja jestem pewna, że tamta Zosia byłaby na mnie wściekła. Powiedziałaby: „Ty się teraz wymądrzasz. Myślisz, że wiesz o mnie więcej niż ja sama?” Przecież nikt nie znał wtedy mojego życia lepiej ode mnie. Dlatego jestem przekonana, że taką radę wsadziłabym sobie wtedy… no, wiecie gdzie. Naprawdę. Ale tamtej Zosi już nie ma. Nie zapyta mnie o zdanie, więc mogę tylko powiedzieć to dzisiaj, tutaj, w tym podcaście. Dlatego też doskonale rozumiem, jeśli ktoś słucha tego odcinka i czuje złość. Ja też bym się wtedy oburzyła. Powiedziałabym: „No jasne. Łatwo ci mówić: znajdź sobie mądrego przewodnika. Spróbuj go znaleźć.” Rozumiem to. Ania: Ja Ci zadaję te pytania specjalnie. Żebyśmy mogły pokazać też tę drugą stronę. Żeby to nie była tylko jedna perspektywa. Zosia: (śmiech) Dobrze, już siedzę cicho. Ania: Nie, nie. Już widzę tę zamkniętą postawę. Zosia: Ja z Tobą rozmawiam, ale moja mowa ciała pokazuje, co właśnie o Tobie myślę. (śmiech) Ania: Ale wiecie… Mam takie poczucie, że żeby coś zmienić, czasami trzeba trochę potrząsnąć swoim sposobem myślenia. I to nie zawsze jest komfortowe. Zosia: No dobrze. Skoro już się tak wymądrzamy, to powiedz teraz Ty. Co jeszcze zrobiłabyś inaczej? Ania: To jest naprawdę dobre pytanie. Myślę, że dużo wcześniej zaczęłabym rozmawiać z moim mężem. Nie czekałabym tak długo. Miałam wrażenie, że w pewnym momencie obraliśmy wspólny kierunek, ale płynęliśmy do niego na dwóch różnych łódkach. A ja chciałabym dużo wcześniej wsiąść do jego łódki. Albo żeby on wsiadł do mojej. Bo wydaje mi się, że wtedy przeszlibyśmy przez to wszystko trochę lżej. Mielibyśmy siebie bardziej. Zamiast zamykać się wieczorami w internecie, usiedlibyśmy i po prostu porozmawiali. Powiedzielibyśmy sobie: „Jest mi bardzo trudno.” Ale też chciałabym, żeby on wtedy bardziej się otworzył. Bo to nie było tak, że ja nie chciałam go słuchać. Po prostu jego sposób pocieszania kompletnie do mnie nie trafiał. Kiedy mówił: „Nie płacz. Będzie dobrze.” Ja wtedy myślałam: „Ale ja właśnie chcę płakać. Pozwól mi. Daj mi na to przestrzeń.” Po prostu zabrakło nam rozmowy. Takiej prawdziwej. I wzajemnej otwartości na siebie. To na pewno zrobiłabym wcześniej. Zosia: Okej. Teraz znowu moja kolej. Mam takie przemyślenie, z którego jestem naprawdę bardzo dumna.Bo mimo że zaraz powiem, że chciałabym zrobić coś wcześniej, to jednocześnie jestem ogromnie dumna z tamtej Zosi. Że ona w ogóle na to wpadła. Domyślasz się, o czym mówię? Ania: O Projekcie Żyćko? Zosia: Dokładnie. To był moment, w którym dotarło do mnie, że w moim życiu nie dzieje się już właściwie nic poza niepłodnością. Całe moje życie zaczęło się wokół niej kręcić. To przyszło do mnie dopiero po latach starań, ale nikt mi tego nie powiedział. Sama do tego doszłam. Pamiętam wyjazd z moimi przyjaciółkami. Na początku było mi szkoda pieniędzy. Naprawdę. To był bardzo budżetowy wyjazd. Żadnych luksusowych wakacji. Plecak, który Ryanair pozwala wziąć pod fotel, i trzy dni poza domem. A mimo to miałam ogromne wyrzuty sumienia. Myślałam: „Po co wydaję pieniądze na taką przyjemność? Przecież mogłyby pójść na leczenie.” Ale kiedy już tam byłam… To wydarzyło się coś bardzo ważnego. Zosia: Pamiętam, że spacerowałyśmy wtedy po Florencji. Na jednym z placów jakiś pan puszczał ogromne bańki mydlane. I właśnie wtedy coś do mnie dotarło. Pomyślałam: „To jest naprawdę piękny moment.” Jestem tutaj z ludźmi, których kocham. Śmiejemy się, spacerujemy i przeżywamy coś, co już nigdy więcej się nie powtórzy. Nigdy więcej nie będę tą samą Zosią, którą jestem właśnie teraz. To było takie… ożywcze. Kilka razy złapałam się na tym, że śmieję się naprawdę szczerze. Bez udawania. Jakby ktoś na chwilę przewietrzył mi głowę. I wtedy podjęłam decyzję. Przestanę mieć wyrzuty sumienia za wydawanie pieniędzy na życie. To nie znaczyło, że nagle wszystkie nasze środki miały iść na podróże. Absolutnie nie. Ale przestałam myśleć, że każde pieniądze muszą być przeznaczone wyłącznie na leczenie. Ania: Pamiętam Twój kalendarz z tamtego czasu. Zosia: No właśnie! Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, że mam ADHD, bo nie miałam diagnozy. Ale pamiętasz ten kalendarz wiszący w kuchni? Tutaj wyjazd z mamą. Tutaj Londyn z Dudim. Tutaj Florencja. Potem znowu jakiś krótki wyjazd. Wszystko oczywiście budżetowo. Liczenie każdej złotówki, tanie loty, mały plecak. Ale wydarzyło się coś bardzo ważnego. Jeszcze chwilę wcześniej byłam osobą, która praktycznie nigdzie nie wyjeżdżała. A później nagle zaczęłam planować krótkie wypady. I to było cudowne. Dlatego gdybym mogła coś zmienić, nie pozwoliłabym sobie stracić tych wcześniejszych lat. Nie odkładałabym życia na później. I mówię to z ogromnym zrozumieniem dla tamtej Zosi. Jestem z niej naprawdę dumna. Ale jednocześnie myślę sobie, że może po drugiej stronie słucha nas ktoś, kto jeszcze w ogóle nie pozwolił sobie na taki oddech. Na taką przestrzeń. I właśnie tę myśl chciałabym zostawić w czyjejś głowie. Ania: Pamiętam nawet relacje z tamtego czasu. One chyba do dziś są przypięte. Zosia: Tak. Bardzo stare. Ale pokazują dokładnie, o co w tym wszystkim chodziło. Ania: Projekt Żyćko, choć jego nazwa może brzmieć trochę żartobliwie, naprawdę bardzo dużo wniósł. I wiemy, że u wielu z Was zasiał coś dobrego. Wpuścił do życia trochę światła i trochę powietrza. Zosia: Nie rezygnujcie z rzeczy, które tworzą Was jako człowieka. Bo nawet jeśli większość Waszej energii, czasu, pieniędzy i myśli będzie teraz skupiona na staraniach o dziecko… to przypomnijcie sobie, kim byłyście wcześniej. Może kiedyś marzyłyście o kursie szycia. Może chciałyście nauczyć się robić ceramikę. Może od dawna planowałyście nauczyć się robić lepsze zdjęcia. Może chciałyście zacząć nagrywać rolki. Może marzyłyście o czymś zupełnie innym. Nie pozwólcie, żeby to wszystko zniknęło. Bo właśnie takie małe rzeczy potrafią niesamowicie przewietrzyć głowę. One nie sprawią, że starania nagle staną się łatwe. Nie będzie tak, że pójdziecie na ceramikę, ulepicie kubek i cały Wasz świat się odmieni. Nie. Ale zmieni się perspektywa. I może właśnie ten własnoręcznie zrobiony kubek stanie się jednym małym promykiem światła w bardzo trudnym czasie. Albo dwie godziny spędzone wśród wspierających ludzi. Albo zwykły śmiech z błahostek. To są momenty, które przypominają nam, że nadal żyjemy. Ania: Że można odezwać się do kogoś. Porozmawiać o czymś zupełnie innym. Zosia: I przez chwilę nie myśleć o staraniach. Bo wtedy cała Twoja uwaga skupia się na czymś innym. Na tym, jaki zrobić uchwyt do kubka. Czy ten będzie ładniejszy, czy może tamten. I przez te dwie godziny Twoja głowa naprawdę odpoczywa. A to jest takie małe odzyskiwanie kawałków życia, które niepłodność próbuje nam zabrać. Bo ona i tak wejdzie do naszego życia. Naprawdę. Z tymi swoimi ubłoconymi butami. Ale nie pozwólmy jej zabrać wszystkiego. Ania: Dziękujemy Wam za obejrzenie i wysłuchanie naszego podcastu. Dziękuję Tobie, Zosiu. I nie, wcale się na mnie nie obraziłaś. (śmiech) Zosia: Nie no, oczywiście, że nie. Ania: Do usłyszenia w kolejnym odcinku! A jeśli po wysłuchaniu tego odcinka pojawiły się u Was jakieś refleksje, bardzo chętnie o nich przeczytamy. Może jest coś, czego już nie chcecie odkładać na później? Może postanowicie zrobić coś tylko dla siebie i przestać mieć z tego powodu wyrzuty sumienia? Napiszcie nam. Naprawdę bardzo chętnie to przeczytamy. Zosia: Ja jeszcze tylko na koniec chcę przypomnieć kilka rzeczy z Projektu Żyćko. Pamiętasz niektóre z nich? Ania: Pamiętam. Na przykład wyjazd jednej z naszych Staraczek na krokusy w górach. Zosia: Tak. Pamiętam też tatuaże. Podróże. Paznokcie. Takie drobne rzeczy, które wiele z Was odkładało latami. Bo przecież: „Jeszcze nie teraz.” „Szkoda pieniędzy.” A później okazywało się, że te małe decyzje dawały ogromną ulgę. Ania: Ja pamiętam jeszcze jedną historię. Remont pokoju. Było pomieszczenie, które od dawna miało zostać pokojem dziecięcym. Przez lata stało zagracone, bo przecież „zaraz będzie potrzebne dla dziecka”. I każdego dnia przypominało o tym, na co czekają. W końcu podjęli decyzję. Wyremontowali ten pokój i urządzili tam biuro. A kiedy po czasie pojawiło się dziecko, byli naprawdę szczęśliwi, że mogą z miłością przerobić ten pokój na pokój dziecięcy. To już nie było miejsce, które codziennie przypominało o bólu. Tylko przestrzeń, która przez ten czas po prostu dobrze im służyła. Zosia: Dokładnie. I chyba o to nam dziś najbardziej chodziło. Żeby nie odkładać całego swojego życia na moment, który dopiero ma nadejść. Bo życie dzieje się również teraz. I ono też zasługuje na uwagę. Dziękujemy, że byłyście i byliście dziś z nami. Do usłyszenia w kolejnym odcinku Artykuł #106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 15 · 31 min

    #105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle

    Czy dieta naprawdę może zwiększyć szanse na ciążę? A może to tylko kolejny element, któremu przypisuje się zbyt dużą rolę? W tym odcinku opowiadamy nie tylko o badaniach i mechanizmach, ale też o naszych własnych historiach. Bo choć dziś od niemal dekady zajmujemy się dietą płodności zawodowo, same przeszłyśmy bardzo różne drogi. Jedna żyła w przekonaniu, że odżywia się zdrowo. Druga przez długi czas uważała, że skoro są leki, to dieta nie ma większego znaczenia. Rozmawiamy o tym, co zmieniło nasze podejście, dlaczego dieta nie jest magicznym rozwiązaniem, ale może być jednym z najważniejszych puzzli podczas starań o dziecko, oraz jak wspiera organizm na poziomie, którego na co dzień nie widać. Jeśli zastanawiasz się, czy naprawdę warto poświęcić uwagę temu, co ląduje na Twoim talerzu, ten odcinek jest właśnie dla Ciebie. PLAN ODCINKA Dlaczego dwie dietetyczki kiedyś same nie wierzyły w moc diety podczas starań o dziecko. Co sprawiło, że całkowicie zmieniłyśmy swoje podejście do odżywiania. Jak dieta wpływa na komórki jajowe, plemniki i mikrośrodowisko, w którym dojrzewają. Dlaczego dieta nie daje gwarancji ciąży, ale realnie może zwiększać szanse na jej osiągnięcie. Skąd bierze się stres oksydacyjny i dlaczego ma znaczenie dla płodności. Dlaczego nie warto dążyć do „idealnej diety” i co często działa lepiej niż perfekcja. Jakie błędy same popełniałyśmy podczas starań o dziecko i czego nauczyły nas własne doświadczenia. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Dzień dobry, dzień dobry. Dzień dobry, dzień dobry. Dzisiaj powitam Was ja. Witamy w kolejnym odcinku naszego akademiowego podcastu. Dzisiaj spotykają się przed Wami dwie dietetyczki jako dwa różne bieguny. W sumie dalej nimi jesteśmy. Może dlatego ta Akademia wciąż jedzie do przodu. Ale dzisiaj skupimy się nie na wszystkich naszych różnicach, choć jest ich wiele. Powiemy sobie o tym, jak to się stało, że dwa skrajnie różne bieguny skończyły w takim punkcie swojego dietetycznego życia, w którym uwierzyły i zrozumiały, jak prawidłowa dieta płodności może przełożyć się na zwiększenie szans na zajście w ciążę. Tak. A jeżeli chodzi o zwiększanie szans, to tutaj będzie mała marka własna? Powiemy o dietach? No powiemy. To powiedzmy o dietach. Sezonowo, cyklicznie wydajemy różnego rodzaju diety, które warto stosować podczas starań o dziecko. Te nowe diety, jak wejdziecie do naszego sklepu, myślę, że niezależnie od tego, kiedy to klikniecie, ale szczególnie warto zajrzeć teraz – to letnia edycja pełna smaków. Znajdziecie diety dla osób z obniżonymi parametrami nasienia, insulinoopornością, PCOS i wieloma innymi problemami, jeżeli zmagacie się z innymi zaburzeniami hormonalnymi. Jak wejdziecie sobie na naszą stronę internetową, to zrobimy Wam tam taką chmurkę z kodem zniżkowym, więc prawdopodobnie w czasie, kiedy opublikujemy ten odcinek, będą jeszcze w promocji i będzie można je przytulić taniej. A te dwie typiary, które tutaj siedzą – jeśli nas nie znacie – zajmują się dietą płodności od lat. Niedługo zbliżamy się do dekady, kiedy będziemy mogły powiedzieć, że robimy to od dziesięciu lat. Więc serio wiemy, jak to robić, jak to bilansować, śledzimy badania na bieżąco i komponujemy Wasz talerz tak, żebyście Wy nie musieli martwić się badaniami. Żebyście mieli pewność, że my zadbamy o to, aby odpicować ten talerz – męski i damski – tak, żeby zwiększyć szanse na ciążę. A w tym odcinku porozmawiamy sobie o tym, jak dieta w ogóle może to robić i jak to jest możliwe. Od tego musimy wyjść, bo moim zdaniem to jest trochę zabawne. Czasami o tym opowiadamy, ale dawno już tego nie robiłyśmy, więc skoro mamy tutaj nowe osoby, to zrobimy taki – tylko nie za długi – long story short. Jak to się stało, że dwie laski – jedna, która mogłaby zrobić doktorat z menu w Maka, z promocji, które tam są, z zestawów, którymi najbardziej można się najeść i bywa w Maku często, nieraz kilka razy dziennie… Tak. ...spotyka się z drugą typiarą, która właściwie przez długi czas swojego życia miała poczucie, że odżywia się zdrowo. Może nie całe życie. Pewien czas. Dobrze. Raczej. Zostawmy sobie margines na młodzieńcze błędy, prawda? Dokładnie. I kopytka mamy. Dobrze, ale to wciąż kopytka mamy, a nie szama z Maka. To prawda. W każdym razie chcę powiedzieć to, że Ania miała takie poczucie… Raczej nie olewałaś tego talerza tak jak ja. Bo ja ciągle jechałam na kredycie swojej młodości. Miałam poczucie, że mam jeszcze dużą nadpłatę tej młodości, która po prostu zniweluje efekt Maczka. Bo jestem jeszcze młoda. Wiem, że kiedyś nie będę mogła tak jeść, ale teraz jeszcze nie musimy o tym rozmawiać, bo mam na tej karcie pewną nadpłatę, z której chętnie korzystam. Tak właśnie jechałam. Wiecie co? Ja byłam święcie przekonana, że zdrowo żyję. Ale teraz przypominam sobie na przykład wszystkie imprezy. Pamiętam taki moment, że właściwie nasi znajomi chodzili na imprezy, a my, starając się o dziecko, na początku też jeszcze aktywnie w nich uczestniczyliśmy. Moje znajome jeszcze studiowały, więc to był czas robienia magisterki i była biba za bibą. W której ty czynnie brałaś udział czy siedziałaś w kącie i myślałaś sobie: „Boże, ale ten alkohol ma tyle kalorii”? Właśnie nie myślałam. Gdzieś wydawało mi się, że jestem świadoma zdrowego odżywiania, bo jednak pilnowałam tego. Ale teraz pierwszy raz mam taką rozkminę, że przecież… No fajnie, tylko że jak chodziliśmy na imprezy, to była gruba biba. To był średnio higieniczny styl życia. Tylko że byliśmy młodsi, więc miałam wrażenie, że procesy naprawcze zachodziły… Szybciej. Szybciej. Człowiek mniej to odczuwał. Ale jednak był to średnio higieniczny okres życia. No dobrze. Ja nie chciałam, kochana, żeby zabrzmiało, że Ania była przykładem moralnego życia dietetycznego. Bardziej chciałam podkreślić to, że wymyślałaś jakieś ciasto z kaszy gryczanej. No serio. Ja nigdy. Rozumiesz? Żebym ja podczas studiów zrobiła ciasto z kaszy gryczanej? No może pod koniec studiów, ale wcześniej? To był mój hit podczas starań. Ciasto gryczane. To była moja słodycz. Ja mam takie ciężkie doświadczenie, kiedy spotkałam się z nim po raz pierwszy. Musisz przyznać. Poczekaj, Aniuś, daj mi przejść ten proces. Zosinka, która wpierdziela Maczka, przychodzi do ciebie, a ty stawiasz przede mną ciasto gryczane. I już chcesz, żebym się zachwyciła. Potem prosiłam o przepis, robiłam je i jadłam ze smakiem. Ale pamiętam ten pierwszy raz. Postawiłaś przede mną kawę i ciasto gryczane. Dla mnie ciasto to było coś z czekoladą, a ty mówisz: „Smacznego. Jedz do kawy”. Ono nie miało cukru wtedy nawet. Ani grama cukru ani żadnego słodzika. No chyba dlatego, że była tam ta gorzka, dziewięćdziesięcioprocentowa czekolada. No dobrze, było konkretne. Ciężkie. Dla mnie to naprawdę było przeżycie. Ale proces zaszedł. W każdym razie – dwie bardzo różne osobowości i dwa zupełnie różne podejścia do diety. I coś dzieje się w ich życiu. Albo zachodzi powolny proces, albo – tak jak u mnie – następuje boom i zderzenie ze ścianą. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że dieta powinna grać w twoim życiu pierwsze skrzypce, bo jesteś w stanie zrobić nią więcej niż lekami, które bierzesz od dłuższego czasu. Jak to było? Szybciutko, w skrócie. Poszukiwanie kontroli. Odzyskanie wpływu na swoje życie i na swoje ciało. Próba powiedzenia sobie: to ja trzymam lejce, a nie ktoś kieruje moim życiem. Odzyskanie takiego poczucia sprawczości. U ciebie to był ten moment zwrotny. Tak. Pomyślałam sobie: właściwie nic nie pomaga. Czemu nie odpicować tego talerza? Czemu nie spróbować odżywiać się zgodnie z zaleceniami dla PCOS? Bo moje wcześniejsze „zdrowe odżywianie” jednak trochę od tego odbiegało. I dopiero kiedy zmieniłam dietę pod PCOS i wykorzystałam wiedzę, którą już miałam, okazało się, że… o kurde. Tam było co naprawiać. Dało się naprawdę sporo zmienić. Ja pamiętam, że ciągle nie doceniałam roli diety w swoim życiu. Wydawało mi się, że skoro wjeżdżam z kalibrem pod tytułem leki, to jakaś kanapka z hummusem na śniadanie nie zmieni mojego życia tak jak zastrzyk z gonadotropin. Miałam poczucie, że dieta jest tak małym kalibrem, że oczywiście coś tam może pomóc, ale to nie jest gra warta świeczki. Najpierw ciężkie działa, a potem ewentualnie reszta. No i potem okazało się, że wyciągamy kolejne leki, kolejne leki… i chyba właśnie wtedy przestało mieć sens odkładanie diety na później. Wiecie, co było dla mnie odkrywcze? Kiedy spojrzałam na proces starań właśnie jak na proces. I dopuściłam do siebie myśl, że może to potrwać dłużej, niż mi się wydaje. Oczywiście bardzo chciałam wierzyć i bardzo modliłam się o to, żeby było szybko. Żeby scenariusze, o których lekarze mówili mi od nastoletnich lat, nie spełniły się właśnie u mnie. Chciałam po prostu schakować rzeczywistość. Ale się nie udało. I wtedy spojrzałam na to z innej perspektywy. Pomyślałam sobie: Zosia, szykujesz się do przebiegnięcia maratonu. Chcesz, żeby twoje ciało stworzyło człowieka. Dla mnie to było coś większego niż wejście na Mount Everest. Więc przecież nie stołujesz się codziennie w Maku i nie wybierasz codziennie na obiad kebaba tylko dlatego, że jest szybciej albo wygodniej. Raczej próbujesz to swoje ciało zaopiekować. I miałam takie: „Aaa, wow”. I kolejna sprawa, która totalnie zmieniła moją perspektywę, to uświadomienie sobie, że Wasze komórki jajowe i plemniki nie dojrzewają w próżni. One dojrzewają w Waszym organizmie. Wszystkie procesy, które zachodzą w Was, wpływają również na nie. Jeśli na przykład w Waszym organizmie stres oksydacyjny nie jest w równowadze z mechanizmami naprawczymi, to w okolicy tych komórek, na których tak bardzo Wam zależy – komórek jajowych i plemników – dzieje się dokładnie to samo. To mikrośrodowisko jajnika czy miejsce, w którym rozwijają się plemniki, to obszary, do których chcemy wysłać jak najwięcej dobrych „żołnierzy” – antyoksydantów, opiekunów, którzy przypilnują, żeby nic tych komórek nie uszkadzało. Mówimy o tym trochę obrazowo. Bardzo obrazowo. Tak, żeby łatwiej było to zapamiętać. Bo gdybyśmy znowu powiedziały: „jest coś takiego jak stres oksydacyjny”, to brzmi jak wykład. A chcemy, żebyście mogli to sobie wyobrazić. Że te procesy dzieją się właśnie teraz, w Waszym organizmie. I to też nie jest tak, że… …łatwo odpowiedzieć na pytanie: „Kiedy dieta przyniesie efekty?”. Po tylu latach nadal nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Wiemy natomiast, że te procesy wymagają czasu. Trzeba im poświęcić uwagę i cierpliwość. U jednych efekty pojawią się szybciej, u innych będzie potrzeba więcej tego „sprzątania” w mikrośrodowisku komórek rozrodczych. Może pomoże Wam spojrzenie na to tak, jak pomogło mnie – że to po prostu maraton. Trzeba przygotować środowisko, w którym będzie mogło zamieszkać nowe życie. Stworzyć mu jak najlepsze warunki do rozwoju. O co chodzi z tą dietą? Bardzo często dostajemy pytania: „Czy ta dieta na pewno mi pomoże?”. I my tego nie wiemy. Tak samo, jak nie wiedziałyśmy tego w swoich własnych przypadkach. U Zosi dieta pojawiała się przecież któryś raz z kolei. Dietetyczny Zosin miał kilka zrywów w swoim życiu. Jakie kilka? Kilkanaście, bądźmy szczerzy. Kilkanaście zrywów i nie każdy kończył się ciążą. No tak, większość się nie kończyła. Byłaś tym bardzo rozczarowana. To prawda. Ale finalnie zwiększyła się szansa – pojawiła się spontaniczna owulacja. Tak. I to było takie: „Jeju, jak to się w ogóle wydarzyło?”. Bo zaczynałam już w to wątpić. Nie dziwię się. Nawet nie tyle wątpiłam, bo już pracowałam z pacjentami i widziałam efekty u innych, ale myślałam sobie, że może ja jestem właśnie tą osobą, u której dieta nie jest tym brakującym puzzlem. Tylko widzisz, Aniu, jest jeszcze jedna ważna rzecz. Żadna z moich ciąż nie pojawiła się wtedy, kiedy trzymałam dietę na 102%. Były takie momenty, kiedy naprawdę jechałam na maksa. Chyba mogę to zrzucić trochę na moje ADHD. Pamiętasz przecież, jak potrafiłam cisnąć tę dietę. Pamiętam. To było nierozsądne. I jeśli ktoś z Was jest teraz w takim miejscu, to naprawdę tego nie polecam. Tam było wszystko odpicowane na 102%, ale ja jechałam już tylko na oparach własnej energii. A kiedy ta tama pękała, z tych 102% robiło się minus dwa. I wtedy Zosin odlatywał. Oj tak. To było bardzo nierozsądne. Pamiętam te wszystkie koktajle z milionem przeciwzapalnych przypraw. Jezu… pamiętam jeden taki koktajl. Do dziś nie wiem, jak ja go wypiłam. Było ich kilka. Tak. Byłam bardzo zdeterminowana, ale to nie było rozsądne. Okazało się, że dużo lepiej działał dłuższy dystans – nie na 100%, tylko na jakieś 85%. To i tak jest bardzo dużo. Tak, ale daje przestrzeń na oddech. I właśnie to okazało się u mnie skuteczniejsze. Za każdym razem, kiedy zachodziłam w ciążę, udawało się to naturalnie właśnie przy takim podejściu. Przypomnijmy, że Zosia ma jednostki chorobowe, w których dieta naprawdę ma ogromne znaczenie, chociażby insulinooporność. To prawda. I to też jest ciekawe, bo insulinooporność sama z siebie zwiększa stres oksydacyjny. W organizmie toczy się przewlekły stan zapalny. I to nie boli. Można z tym normalnie żyć. Tkanka trzewna odkłada się powoli, obwód talii się zwiększa, rośnie ryzyko zespołu metabolicznego, ale nic nie boli. Po prostu kupujesz większe spodnie i żyjesz dalej. A tymczasem w organizmie zachodzą procesy zapalne, które wpływają również na płodność. I to było dla mnie odkrywcze. Nie czekasz przecież z działaniem dopiero wtedy, kiedy coś zacznie boleć. I do tego właśnie chciałam wrócić. Dla mnie dieta to po prostu kolejny puzzel zwiększający szansę. Częstsza owulacja to większa szansa na ciążę. Nie patrzyłabym na to zero-jedynkowo. Zmiana sposobu odżywiania może przynieść naprawdę mnóstwo korzyści. Ostatnio dostałyśmy maila od dziewczyny, która jest już mamą. Napisała, że bardzo chciałaby wrócić do naszych diet, bo wtedy czuła się najlepszą wersją siebie. I ja ją doskonale rozumiem. Od stycznia sama jestem na naszych dietach – już bardziej ze względów zdrowotnych – i mam takie poczucie, że po prostu dokarmiam swój organizm. Czuję się dobrze. Czuję, że naprawdę o siebie dbam. I dokładnie rozumiem, co miała na myśli. Ale muszę odbić piłeczkę. Czuję, że po drugiej stronie może siedzieć Zosia sprzed lat, która na hasło „najlepsza wersja siebie” odpowiedziałaby: „Mam to gdzieś. Ja chcę być w ciąży”. I doskonale to rozumiem. Nie chciałabym tylko, żeby ktoś potraktował dietę jako złoty środek. Bo może nim będzie, ale może też nie. I nie chcę, żeby później pojawiło się rozczarowanie. Bo właśnie tak było u Zosi. Któryś z kolei zryw okazał się tym najważniejszym. I wiem, że te zrywy przychodzą i odchodzą.. No właśnie – wszystko zależy od tego, jak do tego podejdziemy. Bo mam wrażenie, że tym podcastem niczego nie obiecujemy. Wręcz chcemy pokazać, że dieta ma ogromną moc. Ogromną. Chcesz z tego skorzystać? Super. Bo zobacz, jakie zmiany mogą zajść w Waszym życiu. Ja byłam człowiekiem, który sabotował dietę właściwie do samego końca. No ja zresztą też. Dużo rzeczy sabotowałam. Czy musimy teraz wymieniać je wszystkie? Nie. Tak było. Ale o co chcę powiedzieć… Mamy dużo wątków. Bardzo dużo. A chciałabym to zamknąć jedną klamrą. Chodzi mi o to, o czym rozmawiałyśmy w samochodzie, jadąc tutaj. Pamiętasz, co powiedziałaś o Kinder Bueno? Jak wpadło Kinder Bueno? No właśnie. Nigdy nie udało mi się zajść w ciążę wtedy, kiedy robiłam dietę na 102%. Może też dlatego, że byłam tak zafiksowana i oczekiwałam od niej, że skoro ja wszystko robię idealnie, to ona po prostu musi zadziałać. Może być też tak, że wydaje Wam się, że stosujecie dietę płodności, ale robicie to niezgodnie z zasadami, które naprawdę mają znaczenie. Liczy się ilość białka, proporcje składników, ilość błonnika, jakość tłuszczów… Jak to wszystko bilansujemy. Indeks i ładunek glikemiczny. Bardzo dużo elementów przenika się wzajemnie i właśnie dlatego dieta jest pierwszym elementem leczenia chociażby w PCOS. I czasami naprawdę trudno jest to wszystko samemu spiąć. Dlatego wygodnie jest korzystać z diety przygotowanej przez kogoś, kto zrobił to za Was. Wy po prostu gotujecie i macie pewność, że wszystko jest odpowiednio zbilansowane. Bo możecie stosować dietę, która wydaje Wam się dietą płodności, nie pozwalać sobie na żadne odstępstwo, a ona i tak będzie mniej korzystna niż dobrze zbilansowana dieta, przy której raz na jakiś czas zjecie Kinder Bueno. Albo pojedziecie do Maka. Dokładnie. Ania też kiedyś myślała, że odżywia się bardzo dobrze. A dziś, patrząc z perspektywy czasu, mówi: „Chryste Panie… naprawdę dało się zrobić to lepiej.” Mało tego. Ja pamiętam, jak mówiłam, że nie potrzebuję zmiany stylu życia, bo przecież mój styl życia jest całkiem dobry. No tak. Musiał przyjść taki moment otwarcia się na zmianę. Bo ja naprawdę myślałam, że robię wszystko. Łącznie z butelką czerwonego wina na endometrium. Nie wiem, czy wszyscy słuchali poprzednich odcinków. To nie jest prawda. Brzmiało świetnie, prawda? No dobrze, ale wtedy wiedza była zupełnie inna. Mówimy przecież o wielu latach temu. Tak. Dzisiaj mamy dużo większą świadomość. I ogromnie większe doświadczenie. Dlatego nasze obecne diety wyglądają zupełnie inaczej niż te sprzed lat. Dzisiaj zamiast tego wina możecie wypić sok z buraka. No właśnie. Chciałaś poprawić endometrium, przeczytałaś gdzieś, że resweratrol działa świetnie… …i zupełnie pominęłam fakt, że to jednak alkohol. Przy tych wszystkich lekach, które wtedy brałam. No właśnie. Wiecie co… aż mi trochę głupio, jak o tym myślę. Można więc mieć poczucie, że odżywia się zdrowo, a wcale nie robić tego zgodnie z tym, co rzeczywiście wspiera płodność. Można też jeść Maczka i myśleć, że jeszcze korzysta się z kredytu swojej młodości. I oba te podejścia są błędne. Więc… w sumie fajnie, że istnieje Akademia. Można też czasami pojechać do Maka. Można. Bo Kinder Bueno było tylko przykładem tego, że jest miejsce na normalność. Ta dieta naprawdę jest normalna. My tam nie wymyślamy żadnych kosmicznych rzeczy. Po prostu zwiększamy ilość wartościowych składników i odpowiednio je układamy. Dokładnie. I okazuje się, że kiedy cała reszta jest naprawdę dobrze zbilansowana, to taki jeden grzeszek nie robi wielkiego spustoszenia. Kinder Bueno. Czy wyjście do Maka. Czy spotkanie ze znajomymi. To naprawdę nie przekreśla całej pracy. Bardzo chciałybyśmy, żebyście uwierzyli w dietę płodności choć w połowie tak mocno jak my. Żebyście zobaczyli jej potencjał. Bo mnie bardzo otworzyło głowę właśnie wyobrażenie sobie tych procesów. Tego, że wszystko dzieje się we mnie. I spojrzenie na to jak na maraton. Pamiętasz? Kiedyś robiłyśmy webinar i pokazywałyśmy mikrośrodowisko jajnika. Tak. Był taki slajd ze sprzątaniem domu, do którego ma wprowadzić się nowe życie. I to bardzo zapadło dziewczynom w pamięć. Bo właśnie tak można o tym myśleć. Dieta wnosi do organizmu mnóstwo składników, które pomagają „sprzątać”. Mnóstwo antyoksydantów, które walczą z wolnymi rodnikami. Ale pamiętajcie też, że antyoksydanty się zużywają. To nie jest tak, że wypijecie jeden koktajl i on będzie sprzątał przez miesiąc. Trzeba wypić kolejny. Dobrze się wyspać. Mogę powiedzieć: rzucić papierosy? Możesz. Powiedziałam to kiedyś w telewizji i dalej będę to powtarzać. Rzućcie papierosy. Pomyślcie o ograniczeniu albo odstawieniu alkoholu. Idźcie na spacer. Na siłownię. Na pilates. Na aqua aerobik. Znajdźcie coś, co sprawia Wam przyjemność. Bo to wszystko są kolejne puzzle. A jeśli zaufacie nam i skorzystacie z naszych diet, to możecie być pewni jednego – odpicowałyśmy je najlepiej, jak potrafiłyśmy. Mało tego, ugotowałyśmy je. Ja już skończyłam testowanie. Kolejna letnia edycja jest gotowa. Są przepyszne chłodniki. Dobrze, że w tym zespole jest ktoś odpowiedzialny, bo ja jeszcze nie ugotowałam wszystkiego. Jestem w trakcie. Ale to są przepisy, z których korzystamy od lat. To nie są przypadkowe dania. To nasze sprawdzone przepisy. Najbardziej dopracowane wersje posiłków. A teraz, jak o tym rozmawiamy, to jestem głodna. Ja też. Myślę o tym ekspresowym chłodniku. Mój teść powiedział o nim: „Jo, dobry”. A pamiętasz lava cake? Nawet Zosia, która nie cierpi jednego ze składników, była zachwycona. Siedziałyśmy wtedy na trawie w ogrodzie i jadłam to ciasto z takim poczuciem, że właśnie w takim miejscu chcę być. Że dieta płodności daje mi frajdę. A wiecie, że ja jestem wybredna. Na samo hasło „ciasto z kaszy gryczanej” już się śmiejemy. Ale teraz naprawdę te przepisy są pyszne. Przypomniało mi się jeszcze burrito. Nie wiem jeszcze, w którym tygodniu diety będzie. Ale robiłam je chyba pięć razy w ostatnim tygodniu. To jest po prostu burrito z mięsem. Robi się błyskawicznie. I kiedy mam ochotę na fast food, robię właśnie to. Bo jest przepyszne. A placuszki z cukinii i ricotty? Też. One zniknęły podczas nagrań tak szybko, że nie miałyśmy już czego dogrywać do rolek. Także naprawdę – te diety są po prostu dobre. Smaczne i jednocześnie dobrze skomponowane. I z tym chcemy Was zostawić. Dajcie tej diecie szansę. Naprawdę spróbujcie. Niewiele ryzykujecie. Najwyżej poświęcicie trochę czasu na gotowanie. Który i tak poświęcacie. A nasze diety dla zapracowanych właśnie po to powstały, żeby tego czasu było jak najmniej. Spróbujcie posprzątać swoje… Mikrośrodowiska. Dokładnie. Stworzyć tam taki mikroklimat, w którym będą mogły dojrzewać jak najlepszej jakości komórki. I w którym nowe życie będzie miało dobre warunki. My bardzo mocno trzymamy za Was kciuki. Kciuki. Kciuki! Nasza karta od angielskiego mówi, że tak pokazuje się zaciśnięte kciuki. A my robimy to po polsku. I po międzynarodowemu. Jesteście głęboko w naszych sercach. Ściskamy Was i życzymy Wam dobrego tygodnia, pełnego nowych wyzwań. Artykuł #105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 10 · 39 min

    #104 Jestem w ciąży i co dalej?!

    To miał być najpiękniejszy moment. Dwie kreski. Pozytywna beta. Koniec wieloletnich starań i początek wymarzonej ciąży. A potem okazuje się, że zamiast ulgi pojawia się strach. Taki, którego wcześniej trudno było sobie wyobrazić. W tym odcinku rozmawiamy o czymś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko- o ciąży po niepłodności. O tym, że upragnione dwie kreski nie zawsze leczą traumę i nie kończą lęku. Czy wszystko staje się łatwe po tym jak się uda? Mówimy o emocjach, których wiele kobiet się wstydzi, poczuciu winy, braku radości, ciągłym oczekiwaniu na najgorsze i o tym, dlaczego to wszystko jest znacznie częstsze, niż mogłoby się wydawać. Plan odcinka Dlaczego pozytywny test ciążowy nie zawsze oznacza koniec lęku i początek radości. Jak wygląda ciąża po latach starań i dlaczego wiele kobiet żyje w ciągłym napięciu. Skąd bierze się poczucie winy, gdy zamiast szczęścia pojawia się strach. Dlaczego trauma niepłodności nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek. Jak niepłodność wpływa na relację partnerską i dlaczego ciąża nie zawsze naprawia to, co wcześniej zostało zranione. Dlaczego warto zadbać o związek jeszcze przed narodzinami dziecka i kiedy terapia par może być ogromnym wsparciem. Jak dać sobie prawo do wszystkich emocji i przestać oceniać siebie za to, co czujesz. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Witamy w kolejnym odcinku podcastu. Razem z prawidłowym intro. Chyba można zapomnieć po czterech latach, prawda? Proszę, wybaczcie nam. To chyba kwestia lekkiego stresu związanego z nową przestrzenią. Chociaż prawdopodobnie tego nie usłyszeliście, bo liczymy na to, że chłopaki poradzili sobie z montażem i po prostu go nie ma. Musicie wiedzieć, że weszłyśmy do nowego studia i byłyśmy po prostu oniemiałe. Jest tutaj tak pięknie, tyle kamer… Trochę nas to przytłoczyło i nagle zapomniałyśmy, co mówimy do Was od czterech lat. Mamy nadzieję, że ta nowa przestrzeń podoba Wam się równie mocno jak nam. Dajcie znać, bo być może właśnie stąd będziemy do Was nadawać. A tymczasem przechodzimy do tematu, który przygotowałyśmy na dziś. Znowu usiądziemy sobie wspólnie przy kawie i wodzie i porozmawiamy o czymś, czego – mam wrażenie – przez poprzednie lata trochę bałyśmy się dotykać. Będzie to temat ciąży. Dobrze wiecie, że z ciążą podczas starań jest różnie. Trudno się o niej rozmawia, trudno się na nią patrzy. Widok kobiet z brzuszkiem często jest czymś, czego najchętniej w ogóle byśmy nie oglądały, kiedy same jesteśmy w trakcie starań. Mam wrażenie, że właśnie dlatego, chcąc roztoczyć nad Wami taki ochronny parasol, praktycznie nie komunikowałyśmy tego, że mamy diety dla kobiet w ciąży. A przecież mamy. One po prostu same się sprzedają, same je znajdujecie. Trochę bałyśmy się poruszać tematy okołociążowe. Tym razem jednak to zrobimy, bo dostajemy od Was coraz więcej wiadomości. Piszecie, że o tym w ogóle się nie mówi. Pytacie, dlaczego my o tym nie mówimy. Dlaczego nikt nie powiedział Wam, że pozytywny test, pozytywna beta i moment, w którym wreszcie zachodzicie w ciążę, wcale nie oznaczają końca stresu. Wręcz przeciwnie. Powiedziałabym nawet, że ten stres wychodzi poza skalę. To nie jest taki idylliczny stan, jaki często sobie wyobrażamy. To bardzo zaskakujące, bo każda z nas ma w głowie pewien scenariusz. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał ten dzień, nasze życie i przyszłość. Myślimy: „kiedy to się wydarzy, wtedy wreszcie będę szczęśliwa”. Przynajmniej ja tak miałam. Byłam przekonana, że moment, w którym zobaczę dwie kreski, będzie granicą między dwoma światami. Jeszcze dzień wcześniej będę tkwić w tym niekończącym się smutku i tęsknocie za dzieckiem, a następnego dnia wszystko nagle zniknie. Okazuje się jednak, że bardzo wiele kobiet myśli dokładnie tak samo. A kiedy tak się nie dzieje, pojawia się zaskoczenie i pretensje do samej siebie. „Przecież miałam się cieszyć. Miałam skakać z radości. Co jest ze mną nie tak?” Myślę, że trochę miesza nam tutaj internet, który pokazuje piękne obrazki. Miały być kolorowe skarpeteczki, idealnie zaplanowane przekazanie wiadomości mężowi i wzruszające nagranie. Tymczasem pojawia się paraliżujący strach. I nie ma tej radości, której się spodziewałyśmy. Ja, zanim zaszłam w ciążę, przez wiele miesięcy wyobrażałam sobie moment, w którym przekażę mężowi tę wiadomość. Co jakiś czas zmieniałam plan. Raz miał dostać małe skarpetki, innym razem chciałam ukryć test tak, żeby sam go znalazł i żeby było wielkie zaskoczenie. Miałam nawet kupione maleńkie skarpetki. Leżały schowane w szufladzie. Plan był taki, że włożę do jednej z nich test ciążowy i powiem, że czeka tam na niego niespodzianka. Idealny scenariusz. Wyszło zupełnie inaczej. Emocje wzięły górę. Po prostu wyszłam z łazienki zapłakana, z czerwonymi oczami. Od tego momentu już nic nie szło zgodnie z moim wcześniej ułożonym planem. Bo ja wyobrażałam sobie ten moment jako koniec trosk. Myślałam, że najgorsze już minęło. U mnie było jeszcze o tyle inaczej, że wcześniej w ogóle nie znałam tematu poronień czy ciąż biochemicznych. Nasze starania wyglądały tak, że na każdym teście była tylko jedna kreska. Nigdy wcześniej nie widziałam dwóch. Dlatego samo zobaczenie dwóch kresek kojarzyło mi się wyłącznie z tym, że już się udało. Teraz będą już tylko wizyty u lekarza, pierwsze USG, bicie serduszka, kolejne zdjęcia.Wyobrażałam sobie, że będę robiła zdjęcia w tym samym miejscu, przed tym samym lustrem, w tej samej pozycji i tylko porównywała, jak rośnie brzuch. I taki scenariusz oczywiście może się wydarzyć. Bardzo wielu kobietom właśnie tak przebiega ciąża. Ale trafiamy też na zupełnie inne historie. Przytoczę jedną z nich. Napisała do nas dziewczyna po dziesięciu latach starań. Dziesięciu latach. Życie naprawdę bardzo mocno ją doświadczyło. Napisała, że nie może w to uwierzyć, ale test pokazał dwie kreski. To była krótka wymiana wiadomości. Zapytałyśmy, jak się teraz czuje. To, co odpisała, bardzo utkwiło mi w pamięci. „Wszyscy się cieszą. Mąż skacze z radości, a ja czuję, że jestem w czarnej otchłani.” To cytat, słowo w słowo. Po dziesięciu latach starań nie czuła euforii. Była przerażona tym, co właśnie się dzieje. Dziesięć lat życia podporządkowanego staraniom. Dziesięć lat budowania siebie wokół tego doświadczenia. I nagle… co dalej? To może być bardzo trudne do zrozumienia dla kogoś, kto nigdy się w takim miejscu nie znalazł. Kto wciąż żyje wyobrażeniami o tym, jak będzie wyglądał ten upragniony dzień. I ja naprawdę życzę Wam, żeby te wyobrażenia się spełniły. Żeby były piękne, spokojne i pełne radości. Ale jeśli okaże się, że zamiast euforii poczujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej, że trudno będzie Wam złapać oddech, to chcemy, żebyście wiedziały jedno: To też jest normalne. Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane od samego początku. Nierzadko poprzedza je długie leczenie, procedury i medykalizacja starań. Często wiążą się również z większą liczbą leków i ogromnym napięciem, które wcale nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek. Jeśli czujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej i nie możecie złapać oddechu, to też może się zdarzyć. Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane już od samego początku. Często są poprzedzone długim leczeniem i medykalizacją starań, dlatego wymagają większej obstawy lekowej, częstszych wizyt u lekarzy i nieustannej kontroli. Mam teraz w swoim najbliższym otoczeniu przyjaciółkę, która o pierwsze dziecko starała się bardzo długo. Drugie przyszło szybciej, ale to doświadczenie sprawiło, że cały czas potrzebuje poczucia, że ma nad wszystkim kontrolę. Prowadzi ciążę równolegle u dwóch lekarzy. Dzięki temu ma wizyty praktycznie dwa razy częściej. I kiedy ostatnio zaczęło się coś dziać, nie były to żadne ogromne red flagi, ale pojawiły się skurcze przepowiadające, brzuch zaczął się stawiać i robić twardy – jedna lekarka zbadała ją i zapewniła, że wszystko jest w porządku. To jednak nie wystarczyło. Dopiero kiedy poszła do drugiej lekarki, do której ma większe zaufanie, i usłyszała dokładnie to samo po wykonaniu tych samych badań, odrobinę odetchnęła. Ale po każdym, nawet krótkim epizodzie, kiedy coś się dzieje, poziom stresu znowu szybuje. Czasami dziewczyny kończą starania o dziecko dopiero w momencie porodu. Dwie kreski nie zawsze oznaczają koniec starań. Każda przeżywa to na swój sposób. Jeżeli ktoś ma za sobą wcześniejsze straty, drży praktycznie każdego dnia. Każdy ból, każda wizyta w toalecie, podczas której sprawdza, czy nie pojawiło się krwawienie, potrafią wywołać ogromny lęk. Zdarza się też, że nagle urywa nam się z kimś kontakt. Nie ma wiadomości, zastanawiamy się, co się wydarzyło. Po wielu miesiącach dostajemy odpowiedź: „Nie mogłam wcześniej się odezwać, bo dla mnie niepłodność skończyła się dopiero w momencie porodu. Dopiero kiedy trzymałam dziecko w ramionach, uwierzyłam, że naprawdę się udało.” Bo dopiero wtedy pojawia się poczucie, że dziecko jest już bezpieczne. Że teraz więcej zależy ode mnie niż wtedy, kiedy było jeszcze w brzuchu. W ciąży mogłam chodzić do lekarzy, brać leki, wykonywać badania i wszystko kontrolować, ale nie na wszystko miałam wpływ. Ta głowa cały czas przypomina: „To jest moje największe marzenie. To jest mój najcenniejszy skarb. Muszę zrobić wszystko, żeby go ochronić.” I właśnie dlatego ten stres potrafi całkowicie wymknąć się spod kontroli. Może Was to zaskoczyć. Mogą pojawić się pretensje do samej siebie. „Przecież marzyłam o tym przez dziesięć lat. Dlaczego nie skaczę z radości tak jak mój mąż? Dlaczego nie umiem po prostu cieszyć się ciążą? Co jest ze mną nie tak?” Ta niepłodna głowa naprawdę potrafi namieszać. A najgorsze jest to, że nawet wtedy, kiedy już się uda, potrafimy jeszcze same sobie dokładać. Pamiętam, jak bardzo czekałam na koniec pierwszego trymestru. Nie wiem, czy Ty też tak miałaś, ale cały czas miałam z tyłu głowy, że właśnie wtedy dochodzi do największej liczby poronień. Pamiętam, że wystarczyło, żebym zobaczyła jakąkolwiek wydzielinę, a już biegłam do łazienki z myślą: „To już. Na pewno krwawię.” Ta krew nigdy się nie pojawiła. Nawet najmniejsze różowe zabarwienie. Ale byłam tak przesiąknięta tymi wszystkimi historiami, że nie potrafiłam uwierzyć, że może być dobrze. Pamiętasz, jak wysłałam Ci zdjęcie testu ciążowego? Ja naprawdę byłam przekonana, że to drugi test, który mnie oszukał. Kiedyś zrobiłam test, na którym pojawiła się bardzo cieniutka kreska przy literce T, ale nie wyglądała jak prawdziwy wynik. To był po prostu wadliwy test. A kiedy zrobiłam ten właściwy, z którego później narodziła się Krysia, wysłałam Ci jego zdjęcie wściekła. Napisałam: -Kurczę, oni się na mnie uwzięli. To znowu inna firma, inny test i znowu mnie oszukał. Pamiętasz? -Pamiętam. Właśnie tak działa głowa po niepłodności.Nawet kiedy wydarza się coś dobrego, nie pozwala Ci w to uwierzyć. Ja z kolei mam trochę inne doświadczenie. Po ciąży biochemicznej, kiedy drugi raz zobaczyłam dwie kreski, nie było wielkiej radości. Mam wrażenie, jakby ktoś po prostu zakręcił kranik z emocjami. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że się udało.Po tym, co przeżyłam przy ciąży biochemicznej, nie chciałam znowu przez to przechodzić.To był taki mechanizm obronny. Po tylu latach starań dostajesz na chwilę dwie kreski. Pojawia się nadzieja, a za moment zostaje Ci odebrana.Nie chcesz przeżywać tego drugi raz.Bronisz się. Pamiętam, że kiedy poszłam na USG, nie miałam już nawet siły płakać.A lekarz powiedział wtedy, że ta ciąża jest nierokującaJa nawet wtedy nie popłakałam się po wyjściu z gabinetu.Po prostu zamknęłam emocje na klucz. Koniec. Nie ma ich. Nie niosę tego drugi raz. Funkcjonowałam. Chodziłam do lekarzy, robiłam kolejne badania, ale wszystko było jak za szybą. Wyparcie.Dowiemy się na kolejnym USG. Nie myśl o tym. Nie ciesz się. Nie rozmawiajmy o tym. Akurat mieliśmy z mężem zaplanowany krótki wyjazd. Pomyślałam: wyjedziemy, wrócimy i wtedy zobaczymy, co dalej.Ale jeszcze przed wylotem poszłam do drugiej lekarki. Chciałam po prostu wiedzieć. Ona nie znała naszej historii. Zrobiła USG i powiedziała tylko: -Jest malutki pęcherzyk. I tyle. Pamiętam, że nie płakałam. Szłam do lekarza, badałam się, wychodziłam. Szłam do drugiego lekarza, badałam się, wychodziłam. Brałam progesteron. Szłam na betę.Umawiałam kolejne USG. Tak wyglądało moje funkcjonowanie. Nie było skakania z radości. Nie było euforii. Nie było wręczania testu w tych maleńkich bucikach, które sama, bardzo koślawo, wydziergałam i które cały czas czekały schowane. Bo cały czas z tyłu głowy siedziała myśl: „Zaraz coś pójdzie nie tak.” Po prostu. To szczęście wydawało się tak irracjonalne. Tyle razy wcześniej coś się nie udało, że trudno było uwierzyć, iż tym razem będzie inaczej. Przecież kiedy jesteśmy nastolatkami, wydaje nam się, że ciąża czyha za rogiem. Wystarczy jeden nieuważny stosunek i już. Dlatego trzeba się zabezpieczać, najlepiej dwiema metodami antykoncepcji. A później przychodzi moment, kiedy bardzo chcesz zajść w ciążę i nagle okazuje się, że ten magiczny przełącznik, który kiedyś był ustawiony na „ON”, jest na „OFF” I nie da się go po prostu z powrotem włączyć. Myślę, że właśnie stąd bierze się ten syndrom ciągłego oczekiwania, że zaraz wydarzy się coś złego. Albo z przekonania, że będzie mniej bolało, jeśli nie pozwolisz sobie cieszyć. Nie dopuszczasz do siebie myśli, że jest dobrze. Bo dlaczego miałoby być dobrze?Przez tyle lat było źle. Jak nagle po dziesięciu latach wszystko miałoby się zmienić? W przypadku tej dziewczyny, o której wcześniej opowiadałyśmy, całe ostatnie dziesięć lat było pasmem rozczarowań. Pod gruzami były marzenia. Byłyśmy my same. Musiałyśmy nauczyć się żyć z niepłodnością. Z kolejnymi nadziejami. Bo niepłodność to sinusoida. Miesiączka. Nadzieja. Rozczarowanie. Kolejna wizyta, wyniki. Parametry się pogorszyły. Parametry się poprawiły. Nowy lekarz, droga. I nagle… Nagle jesteś w ciąży. I pojawia się myśl: „Ja nie wiem, co mam teraz zrobić. Nie znam siebie w tym miejscu.” To jest po prostu nieprawdopodobne.Zwłaszcza z perspektywy osoby, która nadal marzy o tych dwóch kreskach. Bo wtedy trudno zrozumieć, jak można się nie cieszyć. Jak można powiedzieć: „Widzę dwie kreski i jestem przerażona.” No właśnie. Może zrozumiesz to dopiero wtedy, kiedy sama je zobaczysz. Chociaż bardzo bym Ci tego nie życzyła. Bo to oznaczałoby, że boisz się tak samo bardzo, jak ja się bałam. Dużo piękniej byłoby, gdyby to doświadczenie Cię ominęło. Ale jeśli przyjdzie, nie bądź zdziwiona. Bardzo wiele z nas przeżywa to właśnie w ten sposób. – A ja, kiedy zaczęłyśmy o tym rozmawiać, przypomniałam sobie jedną osobę. – Wiesz kogo? – Wiem. – Nie, chyba myślisz o kimś innym. Ja pomyślałam o Agatce, którą przygotowywałyśmy do projektu PCOS. Wyobraźcie sobie dziewczynę, która przyszła na pierwsze spotkanie naszego programu. To był projekt, w którym wspólnie z uczestniczkami wprowadzałyśmy dietę i aktywność fizyczną, obserwowałyśmy zmiany masy ciała i pokazywałyśmy, jak konkretne zmiany stylu życia wpływają na organizm kobiet z PCOS. Chciałyśmy pokazać, że to nie są tylko wyniki amerykańskich badań. Że to nie jest teoria. Że kiedy mówimy, iż większa ilość błonnika czy odpowiednio skomponowane posiłki mogą poprawiać owulację, to naprawdę może wydarzyć się także tutaj. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie w Radomiu. Dziewczyny wchodziły, przedstawiały się, mówiły: „Ale fajnie Was poznać. Istniejecie naprawdę!” A Agatka usiadła przed nami i pierwsze zdanie, które powiedziała, brzmiało: „To jest ostatnia rzecz, którą dla siebie robię. Jeśli teraz się nie uda, poddaję się.” To zabrzmiało jak podpisany cyrograf. Potem zaczęła opowiadać swoją historię. Bardzo długo starali się o dziecko, przyszło leczenie, Próbowali także adopcji. Nie przeszli procedury kwalifikacyjnej. Pamiętam, jak powiedziała: „Nawet tam mi zabronili mieć dziecko.” To była dziewczyna z ogromnie poranionym sercem. A później, już jakiś czas po zakończeniu projektu, dostałyśmy od niej wiadomość. Była już w ciąży. Pamiętam, że pisała, iż ręce trzęsą jej się podczas pisania tego maila.Minęła już ta symboliczna granica pierwszego trymestru, po której ryzyko poronienia wyraźnie spada. A mimo to napisała: „Bardzo chciałam Wam o tym powiedzieć… ale jednocześnie bardzo się boję. Boję się… że jak napiszę, to zaraz to stracę. Pamiętasz? Ona bała się nawet napisać do nas maila z informacją, że się udało. Że od kilkunastu tygodni nosi pod sercem Marysię. Bała się, że samo wysłanie tej wiadomości uruchomi jakąś lawinę, która wszystko zniszczy. I pamiętam też, że każda kobieta niesie swoją własną historię. Nie nam ją oceniać. Chcę natomiast powiedzieć jedno. Jeżeli napiszecie do nas wiadomość dokładnie taką, jaka jest w Waszej głowie, zostaniecie zrozumiane. Naprawdę. Nie oceniamy. Uwierzcie, że bardzo dużo jesteśmy w stanie przyjąć. Piszcie do nas. Tam, gdzie Wam najwygodniej. O każdej porze. Jesteśmy dla Was. Bardzo często dziewczyny zaczynają wiadomość od przeprosin. „Przepraszam, że marudzę…” „Przepraszam, że znowu piszę…” A my już wiemy, co będzie dalej. To jest po prostu potrzeba wypuszczenia z siebie tych trudnych emocji. I dobrze. Bo jesteście ludźmi. Przez te wszystkie lata poznałyśmy tak wiele historii i rozmawiałyśmy z tyloma osobami, że wiemy jedno. Człowiek jest po prostu człowiekiem. Nie musicie upiększać tych wiadomości. Jeżeli jest ciężko, możecie napisać, że jest ciężko. Jeżeli nie potraficie się cieszyć, bo przerażenie jest tak ogromne, że aż Was przygniata, też możecie to napisać. Nie musicie między te słowa wciskać pięknych kwiatków i dopisywać na końcu: „Ale oczywiście bardzo się cieszę.” Bo dziewczyny często boją się, że skoro tak się czują, to będą złymi mamami.To nie ma z tym nic wspólnego. To jesteście Wy. To jest emocja, która właśnie się pojawiła. I ona w żaden sposób nie definiuje tego, jaką będziecie mamą ani jakim jesteście człowiekiem. Przypomniała mi się jeszcze jedna historia. Dzieje się właściwie teraz, kiedy nagrywamy ten odcinek. Myślę, że kiedy będziecie go słuchać, ta historia będzie już miała swój szczęśliwy finał. To bardzo bliska nam staraczka. Wieloletnia. Napisała do nas właściwie na samym końcu swojej drogi. Ich historia jest bardzo bolesna. Stracili dwoje dzieci.Pamiętam też, że co roku, 15 października, kiedy obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego, zawsze pisałyśmy do niej wiadomość. Że pamiętamy i że świeczka pali się również dla jej maleństw. I niedawno znowu do nas napisała. Też czekała właściwie do ostatniej chwili. Jest już na końcówce ciąży. Myślę, że w każdej chwili może zacząć rodzić. Czekamy cierpliwie na wiadomość. Bo za nimi naprawdę są lata bardzo trudnych doświadczeń. Miałyśmy ze sobą właściwie stały kontakt. Wysyłałyśmy sobie wiadomości. Czasem przesyłałyśmy jej suplementy, które nam zostały. Byłyśmy takimi… instagramowymi psiapsi. – No tak. I nadal jesteśmy. To cudownie ciepła osoba. Uwielbiam takich ludzi poznanych przez internet. Kiedy masz przy sobie kogoś, kto od początku towarzyszy Ci w staraniach, przed kim nie musisz niczego udawać, kto zna całą Twoją historię… To nie jest koleżanka z pracy, której nie chcesz powiedzieć o ciąży. To są osoby, które idą z Tobą tą drogą. A mimo to boisz się napisać. I to najlepiej pokazuje, jak działa głowa po niepłodności. Jak wielkim demonem potrafi być. Bo ciąża nie zawsze leczy traumę niepłodności. Nie chcę powiedzieć, że nigdy. Każdy człowiek jest inny. Ale bardzo często dwie kreski nie są magicznym plasterkiem. Nie sprawiają nagle, że wszystko staje się dobre. Tak samo jest z relacją. Przypomniała mi się teraz rozmowa z Anną Wietrzykowską – psycholog niepłodności. Mówiłyśmy wtedy o tym, że dwie kreski nie leczą kryzysu niepłodności. To, co przez lata wydarzyło się między dwojgiem ludzi nie znika tylko dlatego, że test w końcu wyszedł pozytywny. To nie jest magiczny plaster, po przyklejeniu którego nagle wszystko wraca do normy. Mam wrażenie, że okres ciąży może być też momentem, żeby zacząć opatrywać tę relację. Naklejać pierwsze plasterki. Bo bardzo często ona naprawdę tego potrzebuje. I to nie wydarzy się samo. Pojawienie się dziecka to przecież kolejny ogromny kryzys dla związku. Jeżeli relacja została wcześniej mocno poturbowana przez niepłodność, to nie można oczekiwać, że wszystko naprawi się automatycznie. A przecież tak łatwo pomyśleć: „Już będzie dobrze.” „Już wrócimy do tego, jacy byliśmy kiedyś.” To niestety nie zawsze działa w ten sposób. Dlatego, dziewczyny, jeśli czujecie, że między Wami nie wszystko gra, chcemy Wam powiedzieć jedno: To naprawdę jest możliwe. Niepłodność jest ogromnym kryzysem. Trzeba przez niego przejść razem. Bo jeśli coś kuleje jeszcze przed pojawieniem się dziecka, to bardzo często nie naprawi się samo po porodzie. Wiem, że ten moment życia z dzieckiem bardzo idealizujemy. Myślimy sobie: „Już wtedy odejdzie tyle zmartwień.” I rzeczywiście, wiele z nich odejdzie. Bardzo często dziewczyny piszą do nas: „Ja nigdy nie będę narzekać na nieprzespane noce.” „Nigdy nie będę narzekać na kolki.” „Ja będę się cieszyć każdą chwilą.” I bardzo chciałybyśmy, żeby tak było. Ale jednocześnie chcemy Wam powiedzieć, że możecie być szczęśliwymi mamami i jednocześnie czasami być zmęczone. Jedno wcale nie wyklucza drugiego. To może być moment rozpoczęcia etapu naklejania tych plasterków, bo czasami relacja potrzebuje ich naprawdę bardzo dużo. I to nie zadzieje się samo. Pojawienie się dziecka to kolejny kryzys, który dochodzi do związku poturbowanego już przez niepłodność. Znamy wiele historii małżeństw, które po latach starań doczekały się dziecka, a mimo to ich związki się rozpadły. Niepłodność udało się zażegnać. Dziecko się urodziło. A potem na jeden kryzys została zrzucona kolejna bomba. Bo często kryzys niepłodności jest pierwszym poważnym kryzysem związku. Oczywiście upraszczamy i mówimy o pewnym schemacie, który nie będzie pasował do wszystkich. Ale zazwyczaj wygląda to tak: poznajemy partnera, bierzemy ślub albo decydujemy, że chcemy razem żyć, a później planujemy dziecko. Kiedy dziecko się pojawia, rozpoczyna się nowy etap. Nowe życie, nowe wyzwania, niewyspanie i poznawanie siebie w zupełnie innych, często bardzo niekomfortowych sytuacjach. To dla wielu par pierwszy duży kryzys. Muszą nauczyć się na nowo budować siebie i swoją relację. Tymczasem w przypadku par po długich staraniach kryzys związany z pojawieniem się dziecka bardzo szybko następuje po kryzysie niepłodności. Jeden kryzys dostaje kopniaka od drugiego. I wtedy naprawdę może być bardzo trudno. Bobasek, którego przez lata postrzegaliśmy jako plasterek na wszystkie rany, okazuje się nie tylko spełnieniem marzenia, ale także kolejnym wielkim wyzwaniem. Jeżeli wcześniej nie uporządkowaliśmy tego, co rozsypało się między nami, to nadal będziemy potykać się o te porozrzucane klocki. Będą nas uwierały w stopy przy każdym kroku. Nie da się udawać, że ich tam nie ma. Prędzej czy później i tak trzeba będzie je pozbierać i schować do pudełka. Jeśli zrobicie to przed wejściem do kolejnego pokoju, będzie Wam po nim łatwiej chodzić. A tam prawdopodobnie i tak będzie na Was czekała niejedna bomba. Dlatego to bardzo dobry moment, żeby powiedzieć o terapii par. Terapia małżeńska lub partnerska może być dobrym pomysłem niezależnie od tego, na jakim etapie jesteście. Nie musicie czekać do ostatniego wdechu, kiedy ledwo utrzymujecie się na powierzchni i próbujecie pływać w gęstym, czarnym oleju. Naprawdę nie trzeba czekać aż będzie tak źle. Terapia może dać Wam konkretne narzędzia, z których będziecie korzystać nawet przy drobnych kryzysach i sprzeczkach o tak zwane pierdoły. Bo bardzo często właśnie od tych pierdół wszystko się zaczyna. Później macie już mechanizmy, których się nauczyliście, i możecie sięgać po nie w kolejnych trudnych momentach. To następna okazja, podobnie jak w wielu naszych wcześniejszych treściach, żeby zachęcić Was do terapii. Podpisuję się pod tym. Chociaż sama wtedy nie słuchałam Akademii Płodności, więc nie skorzystałam. I bardzo tego żałuję. Później pojawiły się kolejne kryzysy, które są przecież nieodłączną częścią życia i relacji. W małżeństwie czy związku partnerskim cały czas pojawiają się nowe wyzwania. Nigdy nie powiem, że na pewno nigdy nie rozstanę się z mężem, bo nie wiem, co wydarzy się w przyszłości. – Tego po prostu nie wiesz. Niedojrzałe byłoby powiedzenie, że na pewno się to nie wydarzy. Ręki sobie za to nie dam uciąć. Wiem jednak, że z kryzysów można wychodzić. Nawet z tych, które w danym momencie wydają się całkowicie beznadziejne. – Ale ja chcę Cię trochę obronić. Powiedziałaś, że wtedy nie było Akademii Płodności. Mam nadzieję, że gdyby była, posłuchałabyś naszych rad. Nie możesz teraz tak łatwo wytrzeć sobie tym buzi i powiedzieć: „Nie było dziewczyn z Akademii, dlatego nie poszłam na terapię.” Ale chcę Cię pochwalić, bo w końcu na tę terapię poszłaś. I właśnie wtedy zaczęłyśmy mówić ludziom, jak bardzo jest ważna. To nie są narzędzia, o których tylko sobie opowiadasz, bo któregoś dnia postanowiłaś o nich mówić tylko narzędzia, z których sama korzystasz w życiu. – I naprawdę pomogły nam wyjść z niejednego zakrętu. Mieliśmy po drodze również taki największy małżeński zakręt. Dzięki terapii udało nam się ze sobą skomunikować i na nowo otworzyć na drugiego człowieka. Bo relacja to jest po prostu praca. Nie trzeba czekać do momentu, w którym idziesz na terapię wyłącznie po to, żeby ktoś dał Ci pozwolenie na rozwód z tym typem. Nie czekajcie do samego końca. To jest chyba jeden z ważniejszych apeli płynących z tego odcinka. – Właśnie próbuję sobie przypomnieć, o czym właściwie miałyśmy rozmawiać. – Jaki był temat? – Ciąża po staraniach. O tym, że miało być idealnie, a później okazuje się, że jest bardzo trudno. A przecież jeszcze tyle rzeczy można byłoby poruszyć. – To dobrze. Trzeba zostawić sobie coś na później. Chyba i tak dałyśmy Wam trochę do myślenia. Dajcie znać, czy zasiałyśmy w Waszym sercu jakieś ziarenko, które będzie teraz powoli wzrastało, czy może bardziej Was tym odcinkiem zdenerwowałyśmy. Artykuł #104 Jestem w ciąży i co dalej?! pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • June 30 · 24 min

    #103 Niepłodność zabrała mi więcej niż dziecko

    To właśnie robi z człowiekiem niepłodność. Sprawia, że zaczynasz podważać nawet rzeczy, których normalnie byłabyś absolutnie pewna. Nagle przestajesz ufać sobie. Swoim decyzjom i temu co do tej pory było dla Ciebie oczywiste. Jedno przypadkowo usłyszane zdanie, jeden komentarz przeczytany w internecie czy jedna nieprzemyślana uwaga potrafią zostać z Tobą na lata. I nie dlatego, że są prawdą. Niepłodność odbiera Ci poczucie własnej wartości i powoli podkopuje zaufanie do samej siebie. Do tego stopnia, że nawet mając przed sobą fakty, wiedzę i doświadczenie, w najtrudniejszych chwilach potrafisz uwierzyć, że jedno zdanie kogoś innego jest ważniejsze niż wszystko, co wiesz o sobie. Zaczynasz zadawać sobie pytania, których wcześniej nigdy byś sobie nie zadała. „A może naprawdę nie jestem wystarczająca?”, „A może to moja wina?”, „A jeśli oni mają rację?”. Znajdziesz na również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania: Witamy w kolejnym odcinku! Dzisiaj w trochę innej formie, bo po raz pierwszy od bardzo dawna widzimy się również na wideo. Kiedyś już były takie próby – może są jeszcze osoby, które to pamiętają – ale minęło od tego naprawdę sporo czasu. Specjalnie dla Was przyjechałyśmy do Lublina, żeby nagrać ten odcinek w nowej przestrzeni i z nową energią. Jesteśmy bardzo ciekawe, czy taka forma przypadnie Wam do gustu. Czy jesteście już tak przyzwyczajeni do słuchania nas w słuchawkach, że zostaniecie przy audio, czy jednak ktoś będzie miał ochotę również nas zobaczyć. Koniecznie dajcie znać, bo od Waszych opinii będzie trochę zależało, czy zostaniemy przy tej formule. Dzisiaj porozmawiamy o tym, co potrafi zabrać niepłodność. A właściwie o tym, co zabrała nam. Bo po pewnym czasie obie doszłyśmy do wniosku, że odebrała nam znacznie więcej niż tylko możliwość posiadania dziecka. Zosia: Myślę, że na początku człowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy, jak wiele niepłodność potrafi zabrać. I mam wrażenie, że gdybym na początku starań usłyszała, że wchodzi ona z buciorami praktycznie w każdą sferę życia, to chyba nie byłabym gotowa tego przyjąć. Byłam tak skupiona na jednym celu – zajściu w ciążę – że wszystko inne schodziło na dalszy plan. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy: „Hej, zobacz, ile rzeczy powoli tracisz”, odpowiedziałabym: „To mnie teraz nie interesuje. Ja chcę po prostu zajść w ciążę”. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, jak wiele wydarzyło się gdzieś obok. Zosia: Czyli tak naprawdę widziałaś tylko jedno – że niepłodność odbiera Ci dziecko, którego tak bardzo pragniesz. Ten cel był tak ogromny, że przesłonił wszystko inne. Ania: Dokładnie. Miałam poczucie, że ona tylko oddala mnie od mojego marzenia. A to, że po drodze zdążyła namieszać praktycznie we wszystkich obszarach mojego życia, dotarło do mnie dopiero później. Zosia: Ja miałam bardzo podobnie. Nie potrafię wskazać jednego momentu, w którym nagle zrozumiałam, że oprócz starań trzeba jeszcze próbować żyć. Ale pamiętam nasze określenie: „spalone zgliszcza niepłodności”. I wtedy przyszła mi taka refleksja. Cofnęłam się pamięcią do życia sprzed starań i uświadomiłam sobie, ile się wtedy działo. Spotkania ze znajomymi, podróże, spontaniczne wyjazdy, mnóstwo śmiechu. Wystarczyło otworzyć galerię w telefonie i jedno spojrzenie na zdjęcia z jednego miesiąca przypominało, jak intensywnie wtedy żyłam. A później patrzyłam na okres starań… Tam też dużo się działo, ale zupełnie inaczej. Były wizyty u lekarzy, kolejne badania, następne leki i suplementy, w których pokładało się nadzieję, że może właśnie ten cykl okaże się przełomowy. Całe życie zaczęło kręcić się wokół jednego celu. Zosia: Jakby ktoś po prostu nacisnął przycisk „pauza”. Ania: Dokładnie. I myślę, że dziewczyna, która dopiero zaczyna starania, może jeszcze tego nie dostrzegać. Ale kiedy jesteś w tym od dawna i czujesz, że dosłownie czołgasz się przez kolejne miesiące, zaczynasz zadawać sobie zupełnie inne pytania. Gdzie podziały się relacje? Kiedy ostatni raz byliśmy z mężem na weekendzie? Kiedy rozmawialiśmy o czymś innym niż wyniki badań albo kolejny cykl? Nagle okazuje się, że małżeństwo zaczyna przypominać zespół realizujący jeden projekt. A przecież obok jest jeszcze drugi człowiek ze swoimi emocjami, lękami i potrzebami. Ania: Ja doszłam do momentu, w którym czułam, że bardziej już się nie da. Byłam całkowicie przesiąknięta staraniami. Każda wolna chwila prowadziła mnie do tego samego miejsca – forów internetowych, artykułów, badań, historii innych kobiet. Cały czas szukałam czegoś, co mogłoby odmienić mój los. Miałam wrażenie, że odpoczywam tylko wtedy, kiedy śpię. A nawet to nie do końca, bo kiedy przebudzałam się w nocy, pierwsza myśl znowu dotyczyła starań. W pewnym momencie człowiek jest po prostu wyczerpany. Nie tylko psychicznie, ale też emocjonalnie. Czujesz, że nie masz już z czego dawać. Że dalej tego wózka po prostu nie uciągniesz. I wtedy zaczynasz szukać dla siebie choć odrobiny oddechu. Jedni dochodzą do tego po roku, inni po dwóch latach. Są też dziewczyny, które piszą do nas, że dopiero po pięciu latach poczuły, że muszą zawalczyć nie tylko o dziecko, ale też o siebie. Zosia: I właśnie tego nie da się wyreżyserować. Wszyscy mówią: „Odpuść”, „Jedź na wakacje”, „Wyluzuj”. Tylko jak? Przecież naprawdę próbujesz. Próbujesz wrócić do życia, złapać oddech, na chwilę wynurzyć się spod tej wody. Ale odpuszczenia nie da się odegrać. Ono przychodzi dopiero wtedy, kiedy człowiek naprawdę dochodzi do swojej granicy. I ja też pamiętam ten moment. Nawet kiedy budziłam się w nocy, moja głowa natychmiast wracała do starań. Zosia: Ja nawet miałam wyrzuty sumienia, kiedy czułam, że na chwilę odpuszczam. Bo od razu pojawiała się myśl: „A może właśnie teraz coś przeoczę? Może czegoś nie dopilnuję?”. To było bardzo męczące. Każdy miesiąc dawał nową nadzieję. A skoro każdy cykl mógł być tym przełomowym, to bałaś się odpuścić choćby na chwilę. Bo co, jeśli właśnie wtedy wydarzy się coś, co mogło zadecydować o wszystkim? Byłam już zmęczona, ale jednocześnie nie potrafiłam przestać. Ciągle z tyłu głowy miałam: „A może to właśnie ten cykl?”. Ania: To przypomniało mi jedną rzecz. Trochę odbiegniemy od tematu tego, co zabiera niepłodność, ale w sumie nadal jesteśmy bardzo blisko. Pamiętam, jak próbowałam oszukać własny organizm, że… odpuściłam. Wiem, że samo słowo „odpuść” jest dla wielu staraczek jak czerwona płachta na byka, ale naprawdę próbowałam. Myślałam sobie, że jeśli uda mi się wejść w taki stan większego spokoju i odpoczynku, to może właśnie wtedy się uda. Pamiętam taki „udawany” cykl przerwy. Wmawiałam sobie, że tym razem nie będzie presji. Że nie będziemy żyli od owulacji do owulacji. Że seks znowu stanie się po prostu seksem, a nie zadaniem do wykonania. Tylko że… nie dało się. Bo nawet jeśli próbujesz zrobić sobie przerwę, to w głowie cały czas masz myśl: „A jeśli właśnie ten jeden cykl okaże się tym właściwym?”. I dlatego uważam, że odpuszczenia nie da się wyreżyserować. Albo naprawdę jesteś już tak zmęczona, że ono przychodzi samo, albo tylko próbujesz je odegrać. Ja wiele razy próbowałam oszukać samą siebie. Mówiłam sobie: „Weź oddech”. Ale nawet kiedy przestałam korzystać z aplikacji do śledzenia cyklu, to i tak wystarczyło spojrzeć w kalendarz i od razu wiedziałam, który jest dzień. Zosia: Ja miałam dokładnie tak samo. Najbardziej chciałam… nie wiedzieć. Naprawdę marzyłam o tym, żeby obudzić się któregoś dnia i zastanawiać się: „Kurczę, kiedy ja właściwie mam dostać okres? A owulacja już była czy dopiero będzie?”. Ale to było niemożliwe. Ja znałam swój cykl praktycznie co do godziny. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że zaczynam zapominać, jak wygląda życie bez ciągłego liczenia dni. Bez myślenia, że zaraz będzie miesiączka. Że jesteśmy w połowie cyklu. Że za chwilę trzeba szykować się do owulacji. Ania: I jeszcze zadbać o to, żeby atmosfera w domu była odpowiednia. Bo przecież seks miał być przyjemny. A tak naprawdę najważniejsze było to… żeby w ogóle do niego doszło. Wystarczyło pokłócić się z mężem w okolicy owulacji i od razu pojawiało się poczucie: „Przegrałam ten cykl”. Więc chodziłaś na paluszkach. Robiłaś wszystko, żeby było miło. Nie zwracałaś uwagi na rzeczy, które normalnie by Cię zdenerwowały. Udawałaś, że wszystko jest w porządku, tylko po to, żeby nie wywołać kłótni. Zosia: Dokładnie. Ja czasami wręcz udawałam przed samą sobą. Coś mnie w środku strasznie irytowało, ale myślałam: „Nie teraz. Teraz nie mogę zrobić awantury”. Więc odstawiałam taki teatr. Przed mężem. Ale chyba jeszcze bardziej przed samą sobą. Ania: Czyli możemy powiedzieć, że niepłodność odbiera też relację między partnerami. Zosia: Zdecydowanie. Ale ja chyba poszłabym nawet o krok dalej. Bo mam wrażenie, że niepłodność zabrała kawałek mnie. Tę spontaniczną, prawdziwą Zosię. Kiedy jesteś w samym środku tego wszystkiego, nie zauważasz tego. Wydaje Ci się, że to tylko chwilowe. Że jeszcze moment, jeszcze jeden cykl, jeszcze trochę wytrzymasz. Zagryzasz zęby, wstrzymujesz oddech i mówisz sobie, że zaraz będzie po wszystkim. Dopiero z perspektywy czasu widzisz, ile to kosztowało. Ja akurat jestem wdzięczna za jedną rzecz. Niepłodność zweryfikowała część moich relacji. I dziś nie uważam tego za coś złego. Ale jednocześnie to ja sama zaczęłam zamykać się na ludzi. Przestałam mieć ochotę spotykać się ze znajomymi. Kiedy zastanawiałam się nad tym odcinkiem, doszłam do wniosku, że właśnie to było dla mnie największą stratą. Ten czas jest dla mnie jak czarna dziura. Naprawdę niewiele z niego pamiętam. Potrafię powiedzieć, że byłam we Wrocławiu. Ale nie dlatego, że pojechałam tam odpocząć. Pojechałam, bo przyjmowała tam lekarka, z którą chciałam się skonsultować. Tak wyglądały moje wyjazdy. Do lekarzy, na badania, leczenie. Nie na wakacje. W mojej głowie po prostu nie było już na to miejsca. A jeśli chodzi o relację z mężem… Nawet nie wiem, jak to nazwać. Powiedzieć, że ledwo się czołgała, to za mało. Ona była już tak przygnieciona tym wszystkim, że naprawdę trudno było nam się w tym odnaleźć. I co najważniejsze… Ja zobaczyłam to dopiero z perspektywy czasu. Ania: Ja pamiętam Was bardzo dobrze z tamtego okresu. Dla osób, które są z nami od niedawna — Akademię Płodności założyłyśmy wtedy, kiedy Zosia jeszcze starała się o dziecko, a ja byłam już po swojej wygranej walce z niepłodnością. I pamiętam, że kiedy się poznawałyśmy, mówiłaś, że właściwie jesteście już na etapie ratowania małżeństwa. Ja z boku naprawdę widziałam, jak dużo trudnych emocji było między Wami. Momentami czułam się wręcz niezręcznie podczas naszych spotkań. Nigdy nie jestem osobą, która wtrąca się w czyjeś życie albo je ocenia. Ale pamiętam, że wracałam po jednym z takich spotkań do domu i powiedziałam mężowi: „Tam jest naprawdę bardzo dużo mroku między nimi.” Ania: Pamiętam, że wracałam do domu i mówiłam mojemu mężowi: „Tam jest między nimi bardzo dużo mroku”. I to było coś, czego nie dało się nie zauważyć. Wy praktycznie nic do siebie nie mówiliście. Nie było żadnych kłótni ani wybuchów emocji. To po prostu wisiało w powietrzu. Wchodziło się do Waszego domu i czuło tę atmosferę. Była bardzo gęsta. Pamiętam, że było mi po prostu ogromnie przykro. Widziałam, jak bardzo oboje jesteście uwikłani w tę niepłodność. Z jednej strony prowadzisz Akademię, wspierasz dziewczyny, które starają się o dziecko, a z drugiej sama jesteś w samym środku tego wszystkiego. Naprawdę Wam wtedy współczułam. Zosia: I wiesz co? Warto powiedzieć jedną rzecz. W momencie, kiedy zaprosiłam Cię do swojego domu i poznałaś mojego męża, my byliśmy już naprawdę po ogromnym kryzysie. To był etap, kiedy zaczynaliśmy powoli wychodzić na prostą. A wcześniej… Był moment, kiedy mieszkaliśmy w dwóch różnych miastach. Kiedy decyzja o rozwodzie była dosłownie o krok. Poszłam wtedy na terapię właściwie po to, żeby usłyszeć od terapeutki: „Tak. Możesz odejść.” Więc jeśli Ty czułaś taki ciężar już wtedy, kiedy przyszłaś do nas do domu, to nawet nie potrafię opisać, jak wyglądało to wcześniej. Ania: Wiem. I pamiętam, jak mówiłaś, że jesteście już po terapii. Pamiętam też ten garnek rosołu stojący w Twojej kuchni. Dla kogoś z zewnątrz to był po prostu rosół. A dla mnie był symbolem tego, jak bardzo próbowałaś posklejać Waszą codzienność. To nie było romantyczne: „Kochanie, ugotowałam nam rosół”, tylko mozolne wychodzenie z kryzysu. Takie codzienne wybieranie siebie na nowo. I myślę teraz o wszystkich dziewczynach, które nas słuchają i czują, że ich małżeństwo też jest na włosku. Może właśnie siedzi teraz po drugiej stronie ktoś, kto myśli: „To jest dokładnie o mnie.” Może masz wrażenie, że już nic nie czujesz do tego człowieka. Że wszystko się wypaliło. Ale po tych wszystkich latach rozmów z kobietami i obserwowania ich historii wiem jedno.Z takich kryzysów naprawdę można wyjść. Patrzę na Was i wiem, że jest w tym nadzieja. To nie wygląda tak, że nagle wraca wielka miłość i fajerwerki tylko raczej powolne odradzanie się czegoś na zgliszczach. Krok po kroku. Zosia: I właśnie to jest kolejna rzecz, którą niepłodność mi zabrała. Coś znacznie większego niż samo dziecko. Pamiętam, że patrzyłam na mojego Dudka i myślałam: „To jest naprawdę świetny facet. Tylko ja chyba już go nie kocham.” Dopiero później, na terapii, zrozumiałam, że to wcale nie była prawda. To był sposób, w jaki próbowałam ochronić samą siebie. Najbardziej bałam się tego, że kiedyś zostawi mnie dla kobiety, która bez problemu urodzi mu dziecko.To był mój największy lęk. Więc podświadomie chciałam go uprzedzić. To ja chciałam odejść pierwsza.Żeby to była moja decyzja.A nie moment, w którym on kiedyś powie: „Odchodzę.” Pamiętam też, że myślałam wtedy: „On jest takim fajnym facetem.Jeszcze zdąży sobie ułożyć życie. Znajdzie kogoś, kto da mu to, czego ja nie potrafię.” A dzisiaj patrzę na tamtą Zosię i mam ochotę ją przytulić. Powiedzieć jej: „Dziewczyno… Ty też jesteś wartościowa.”Bo wtedy kompletnie w to nie wierzyłam. Czułam się malutka. Niewystarczająca. Jakby brakowało mi jakiegoś elementu, który sprawia, że jestem pełnowartościowym człowiekiem. Ania: I właśnie to robi niepłodność. Ona odbiera poczucie własnej wartości. Zosia: Totalnie. Poczucie kobiecości. Poczucie własnej wartości. Takie zwykłe przekonanie, że jesteś dla kogokolwiek wystarczająca. Masz wrażenie, że zawodzisz na każdej możliwej płaszczyźnie.Jako kobieta, żona, synowa. Myślisz sobie: „Moja teściowa mogła mieć inną synową. Może już dawno miałaby wnuki.” Czujesz, jakbyś zawodziła wszystkich. A przecież jesteś tylko jednym człowiekiem. I kiedy jeszcze pojawiają się komentarze z zewnątrz… One nie spływają po Tobie, tylko utwierdzają Cię w tym, co i tak już o sobie myślisz. Że jesteś niewystarczająca i zawalasz. I to boli potwornie. Ania: Pamiętam wpis jednej z dziewczyn na naszej społeczności. Napisała: „Jak Zosia może prowadzić Akademię Płodności, skoro sama nie potrafi zajść w ciążę? Co to za dietetyczka od płodności?” Zosia: Pamiętam, że próbowałaś mnie wtedy przed tym ochronić. W tamtym momencie pojawiła się tylko jedna myśl: „A jeśli ona ma rację?” Mimo że wcześniej widziałam już dziewczyny, którym odpowiednia dieta naprawdę pomogła zajść w ciążę. To wszystko przestało mieć znaczenie. Bo kiedy sama walczysz z niepłodnością, takie słowa trafiają milion razy mocniej, wtedy naprawdę czujesz się kompletnie rozwalona. I właśnie tak działają takie słowa. Na początku wydaje Ci się, że po Tobie spłynęły. Myślisz: „Dobra, nieważne”. Mijają godziny. Kładziesz się wieczorem do łóżka i nagle okazuje się, że ten komentarz cały czas siedzi Ci w głowie. Walczysz z płaczem. I to nie jest taki płacz, po którym robi się lżej. Wręcz przeciwnie. To zdanie wraca do Ciebie raz za razem. Wiecie, od tamtego wpisu minęło tyle lat. Dzisiaj jestem mamą trójki dzieci. Na co dzień układam diety oparte na badaniach naukowych. Widzę efekty pracy z kobietami, które zachodzą w ciążę. Mam przed oczami setki historii i dowodów na to, że to, co robimy, ma sens. A mimo to… W tych najgorszych momentach starań nadal potrafiłam wrócić myślami do tamtego komentarza i zadać sobie pytanie: „A jeśli ona miała rację?” „Może wszyscy dookoła mnie tylko mnie lubią. Może nie mają odwagi powiedzieć mi prawdy.” To właśnie robi z człowiekiem niepłodność. Sprawia, że zaczynasz podważać nawet rzeczy, których normalnie byłabyś absolutnie pewna. Zosia: Jesteśmy bardzo ciekawe, czy Wy też jesteście już w takim momencie swojej drogi, że potraficie zobaczyć, co niepłodność zabrała Wam poza samym dzieckiem. Może nadal jesteście w tym miejscu, w którym próbujecie po prostu dotrzeć do dna, żeby w końcu móc się od niego odbić i zaczerpnąć powietrza. Jeśli macie w sobie gotowość, zostawcie komentarz. Albo napiszcie do nas prywatną wiadomość. Po każdym podcaście dostajemy ich naprawdę bardzo dużo i każdą czytamy z ogromną uwagą. To właśnie dzięki nim wiemy, że te nasze rozmowy mają sens. Że nie są tylko rozmowami między nami. Że naprawdę trafiają do Was i czasami pomagają spojrzeć na własną historię z trochę innej perspektywy. Dziękujemy Wam, że byliście z nami do samego końca. Ania : Dziękujemy. Artykuł #103 Niepłodność zabrała mi więcej niż dziecko pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • June 19 · 29 min

    #102 Seks podczas starań. Psycholog seksuolog Anna Wietrzykowska

    Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Seks podczas starań o dziecko Ania: Dzień dobry, dzień dobry! Witamy w kolejnym podcaście. Dzisiaj gościmy Annę Wietrzykowską, znaną w internecie jako Psycholog Niepłodności. Aniu, żeby nic nam nie umknęło, poprosimy Cię, abyś przedstawiła się naszym słuchaczom i słuchaczkom. Anna: Dziękuję Wam bardzo za zaproszenie. Rzeczywiście tematyką niepłodności zajmuję się już od wielu lat. Można mnie spotkać w mediach społecznościowych, ale również w księgarniach, ponieważ jestem autorką książki Niewidzialni Rodzice. Tak jak Wy, od dłuższego czasu zajmuję się wspieraniem osób mierzących się z niepłodnością i nie ukrywam, że bardzo czekałam na tę rozmowę. Ania: Ania jest psycholożką, a także seksuolożką, dlatego również o tym aspekcie będziemy dziś rozmawiać. Tematem naszego odcinka jest seks podczas starań o dziecko. Zosia: Tak, to jest taki roboczy tytuł naszego odcinka. Przywitam się również, bo ja też tutaj jestem. Zazwyczaj chowam się gdzieś za mikrofonem, ale dziś odzywam się także do Was. Zastanawiałyśmy się wiele razy, jak podejść do tego tematu. Trochę opowiedziałyśmy Wam już o naszych własnych doświadczeniach, bo tym możemy się z Wami podzielić i jesteśmy gotowe mówić o tym otwarcie. Natomiast to wciąż są tylko historie Ani i Zosi. Z wiadomości, które od Was dostajemy, i z całej dekady zbierania doświadczeń związanych z niepłodnością wiemy, jak bardzo jest to bolesny temat w życiu wielu par. Wiemy też, że w bardzo wielu domach dzieje się dokładnie to samo i że wiele osób przeżywa podobne trudności. Dlatego bardzo się cieszymy, że jest dziś z nami specjalistka. Liczymy na to, że pomoże nam lepiej zrozumieć, skąd biorą się te emocje i mechanizmy. Mam więc pierwsze pytanie. Dlaczego seks podczas starań o dziecko tak często przestaje być czymś spontanicznym, przyjemnym i po prostu… fajnym? Anna: Zacznijmy od tego, że seksualność człowieka ma kilka wymiarów. Najczęściej mówi się o trzech. Pierwszy to wymiar prokreacyjny – ten, którym najczęściej zajmujemy się wtedy, kiedy myślimy o dziecku. Drugi to wymiar popędowy, czyli związany z realizacją potrzeb seksualnych. Trzeci natomiast to wymiar więziotwórczy – zaspokajanie potrzeby bliskości, czułości, poczucia bycia ważnym, kochanym i akceptowanym. Co ciekawe, ten wymiar prokreacyjny jest z nami najkrócej. Pojawia się tylko w określonym momencie życia – wtedy, kiedy chcemy zostać rodzicami. I właśnie w chwili, kiedy zaczynamy starania o dziecko, uaktywnia się cała gama skojarzeń związanych z zachodzeniem w ciążę. Pojawiają się historie zasłyszane w rodzinie, doświadczenia znajomych, przekonania wyniesione z domu czy ze szkoły. Nagle okazuje się, że seks nie jest już taki jak wcześniej. Pojawiają się nowe scenariusze i nowe oczekiwania dotyczące tego, jak powinno wyglądać poczęcie. Czy zajście w ciążę jest łatwe? Czy jest dostępne dla każdego? Czy wystarczy po prostu przestać się zabezpieczać? Moim zdaniem nasze pokolenie ma ogromne braki w edukacji seksualnej. Przez lata wielu z nas żyło w przekonaniu, że wystarczy odstawić antykoncepcję i ciąża pojawi się właściwie od razu. Tymczasem okazuje się, że niepłodność, poronienia czy różne problemy zdrowotne wpływające na płodność były obecne od zawsze, a dziś – w dobie chorób cywilizacyjnych – występują nawet częściej. Dlatego wiele osób przeżywa ogromne zaskoczenie. Uprawiają seks, a ciąży nadal nie ma. I właśnie wtedy, kiedy ten wymiar prokreacyjny zaczyna dominować, para konfrontuje się z własnymi przekonaniami dotyczącymi płodności. Zderza się z faktem, że zajście w ciążę nie zawsze jest proste, szybkie i oczywiste. Ania: To jest niesamowite, co mówisz. Ja naprawdę miałam takie poczucie, że istnieje po prostu jakiś „włącznik płodności”. Wcześniej całe życie słyszałam, że trzeba się zabezpieczać, bo można zajść w ciążę praktycznie od razu. W mojej głowie wystarczył jeden stosunek i właściwie było niemal pewne, że ciąża się pojawi. Anna: To jest właśnie dokładnie to przekonanie, o którym mówiłaś. Wiele osób wierzy, że wystarczy jeden stosunek – właściwie w dowolnym momencie cyklu – i ciąża jest niemal gwarantowana. Dlatego dla wielu par ogromnym zaskoczeniem jest sytuacja, kiedy owulacja występuje prawidłowo, parametry nasienia są dobre, a mimo to ciąży przez wiele miesięcy nie udaje się uzyskać. Ania: Nasunęło mi się teraz jeszcze jedno pytanie. Jeżeli mamy parę, która stara się o dziecko i jest już w tym trybie, o którym mówiłaś – kiedy seks staje się przede wszystkim prokreacyjny – to czy taki seks nadal może być przyjemny? Bo wiele par, które do nas piszą, i również nasze własne doświadczenia pokazują, że z czasem coś między partnerami zaczyna się zmieniać. Ten seks staje się coraz bardziej mechaniczny. Na początku jest jeszcze ta ekscytacja, że może właśnie za chwilę pojawi się ciąża. Jest bliskość, radość, nadzieja. To wszystko jest jeszcze przyjemne. Ale kiedy starania trwają miesiącami albo latami, seks bardzo często staje się czymś trudnym. Momentami wręcz bolesnym emocjonalnie. Anna: Myślę, że już samo określenie „seks podczas starań” brzmi bardzo zadaniowo. Jest w nim wpisany ten wymiar prokreacyjny – uprawiamy seks po coś, w konkretnym celu. Chcemy, żeby pojawiło się dziecko. Jednak seksualność składa się z trzech wymiarów. Jeżeli zadbamy również o dwa pozostałe – ten związany z bliskością i ten związany z przyjemnością – mamy szansę zrównoważyć konsekwencje seksu, który przez dłuższy czas pełni wyłącznie funkcję prokreacyjną. Tak często wygląda praca z parami w gabinecie seksuologicznym. Staramy się zmniejszyć skutki tego, że przez wiele miesięcy czy lat w sypialni dominuje wyłącznie seks „na dziecko”, a dwa pozostałe wymiary zostały zaniedbane. Chodzi o to, żeby znowu było w nim miejsce na przyjemność i bliskość. Zosia: Przypomniał mi się cytat, który kiedyś bardzo mocno ze mną zarezonował. „Kupowałam seksowną bieliznę i udawałam, że naszła mnie ochota na seks.” Dopiero teraz, kiedy opowiedziałaś o tych trzech wymiarach seksualności, rozumiem, dlaczego tak bardzo do mnie trafił. Patrzę na to z perspektywy czasu i widzę, że kompletnie zaniedbałam dwa pozostałe wymiary. Prokreacja stała się absolutnym centrum wszystkiego. Tylko z drugiej strony… zastanawiam się, czy ja w ogóle byłam wtedy w stanie to zrównoważyć. Oczywiście mogłam kupić seksowną bieliznę, mogłam próbować stworzyć odpowiedni nastrój, ale miałam poczucie, że trochę odgrywam rolę przed partnerem. A ja nie chciałam grać. Chciałam naprawdę to poczuć. Podczas niepłodności ona tak bardzo dominuje życie, że człowiek ma wrażenie, jakby całkowicie tracił sprawczość. Anna: I właśnie tutaj ogromną rolę odgrywa edukacja seksualna w dorosłym życiu. Warto wiedzieć, jak działają reakcje seksualne oraz jakie procesy zachodzą w nas zarówno fizjologicznie, jak i psychologicznie. Często wyobrażamy sobie pożądanie tak, jak pokazują je filmy – ktoś kogoś zobaczy, spojrzenia się spotykają i nagle obie osoby rzucają się sobie w ramiona. To jest tzw. pożądanie spontaniczne. Problem polega na tym, że ono najczęściej występuje na początku relacji. Później, w długoletnich związkach, pożądanie wygląda zupełnie inaczej. Najczęściej ma charakter responsywny, czyli pojawia się w odpowiedzi na bodźce. Nie czekamy, aż ochota pojawi się sama. My ją stopniowo budujemy. To może być właśnie założenie ładnej bielizny, zaplanowanie wspólnego wieczoru czy stworzenie przestrzeni tylko dla siebie. Można umawiać się na seks i to wcale nie odbiera mu wartości. Wręcz przeciwnie – dla wielu par to działa bardzo dobrze. Istnieje świetna książka Ona ma siłę, która właśnie o tym opowiada. Pokazuje, czym jest pożądanie responsywne i jak można je świadomie budować. Oczywiście w niepłodności jest to wyjątkowo trudne. Seks bardzo często zaczyna kojarzyć się z cierpieniem, rozpaczą, leczeniem i chorobą. Ale trudne nie znaczy niemożliwe. Dlatego wiele spotkań w gabinecie opiera się przede wszystkim na psychoedukacji. Wyjaśniamy parom te mechanizmy i bardzo często samo ich zrozumienie wystarcza, żeby coś zaczęło się zmieniać. Nie zawsze potrzebna jest wieloletnia terapia. Kiedy para rozumie, co się z nią dzieje, może świadomie zadbać o to, żeby czasem seks był rzeczywiście prokreacyjny, ale czasem po prostu służył bliskości. Już samo wprowadzenie tej różnorodności robi ogromną różnicę. Ania: No właśnie… Dziwnie się składało, że ochota na seks zawsze pojawiała się wtedy, kiedy były dni płodne. Zosia: Ja pamiętam moment, kiedy właściwie myślałam już tylko o seksie prokreacyjnym. Szkoda mi było każdej owulacji, która mogłaby się „zmarnować”. Jeżeli lekarz mówił, żeby współżyć dwa dni wcześniej albo po inseminacji, to wszystko podporządkowywaliśmy temu planowi. Szczerze mówiąc, w mojej głowie w ogóle nie było już miejsca na seks dla bliskości. Przy nieregularnych cyklach każde zbliżenie wydawało się potencjalnie „tym właściwym”. Może owulacja będzie za dwa dni. A może jutro. A może właśnie dziś. Nie potrafiłam odpuścić żadnej okazji. Każdy stosunek był „po coś”. Przed owulacją. Po owulacji. „Może jeszcze zwiększymy szansę”. „Może jeszcze więcej plemników zdąży dotrzeć do komórki jajowej”. Naprawdę trudno było wtedy myśleć o przyjemności. Pamiętam też, że tego nie dało się ukryć. Już od rana budowałam odpowiednią atmosferę. Myślałam: „Dobrze, nie pokłóćmy się dzisiaj. Nie powiem nic, co mogłoby go zdenerwować”. I nagle uświadamiam sobie, że seks prokreacyjny nie zaczynał się w sypialni. On zaczynał się wiele godzin wcześniej. Układałam cały dzień tak, żeby partner miał dobry nastrój. Żeby nie był zmęczony. Żeby miał ochotę. Żeby przypadkiem nie powiedział: „Nie dam dziś rady”. Wysyłałam miłe wiadomości, byłam wyjątkowo czuła… ale dziś wiem, że nie robiłam tego dlatego, że spontanicznie miałam na to ochotę. W mojej głowie trwał już plan. I to było niesamowicie obciążające. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, chciałabym wierzyć, że mogło być choć trochę lżej. Ale gdy przypominam sobie siebie z tamtego czasu, wiem, że wtedy nie uwierzyłabym, że da się przeżywać to inaczej. Miałam poczucie, że to po prostu misja. Anna: To, co opowiadasz, przypomina chodzenie po bardzo kruchym lodzie. Każdy krok trzeba stawiać ostrożnie. Zastanawiać się: „Czy mogę to powiedzieć? Czy poruszyć ten temat? Czy rozmawiać o rachunkach? Czy lepiej nie psuć atmosfery?”. Myślę, że bardzo trudno jest przez wiele miesięcy czy lat funkcjonować w relacji, w której cały czas ma być tylko romantycznie i miło. Przecież życie każdego z nas niesie różne wyzwania i trudności. Słuchając Ciebie, mam jednak poczucie, że w pewnym momencie zabrakło rozmowy. Seks podczas starań o dziecko wciąż jest ogromnym tematem tabu. Specjaliści często o niego nie pytają, pacjenci sami o nim nie wspominają. Po obu stronach zapada cisza. Wielu moich pacjentów nigdy nie usłyszało informacji, że mogą o tym rozmawiać. Ale też sami nie wpadli na to, żeby zapytać, czy to, czego doświadczają, jest normalne. Często pojawia się przekonanie: „Może tak po prostu musi być”. Tymczasem to, co opisujesz, bardzo często jest konsekwencją choroby. Tak samo jak w chorobie onkologicznej zmienia się życie seksualne. Tak samo jak po traumie czy w przypadku niepełnosprawności. Niepłodność również jest chorobą i ma prawo wpływać na seksualność. Dlatego pacjenci mają pełne prawo szukać pomocy, mówić o tym i szukać rozwiązań. Wyobrażam sobie też, że kiedy Ty przez to przechodziłaś, takich treści w internecie było znacznie mniej. Zosia: W ogóle była cisza. Ania: Ja sobie teraz myślę, że wtedy sama psychoterapia dopiero przestawała być tematem tabu. Coraz więcej osób zaczynało mówić o tym otwarcie. Natomiast pójście do seksuologa? To było coś, o czym praktycznie się nie rozmawiało. I mam wrażenie, że dla wielu osób nadal tak jest. Przecież nawet badanie nasienia dla części mężczyzn jest ogromnym wyzwaniem. A co dopiero powiedzieć partnerowi: „Może pójdziemy do seksuologa?”. Przecież człowiek myśli: „Po co? Za chwilę i tak będziemy w ciąży”. Anna: I to jest właśnie jedna z pułapek niepłodności. To ciągłe odkładanie momentu, w którym prosimy o pomoc. Jeszcze jeden miesiąc, cykl, transfer. Pacjenci bardzo często trafiają do specjalistów dopiero wtedy, kiedy konsekwencje choroby są już mocno nasilone. Psychiczne, fizyczne i seksualne. A przecież – podobnie jak w medycynie – im wcześniej zauważymy problem, tym krótsza i łatwiejsza jest droga do jego rozwiązania. Zosia: Kiedy opowiadałaś o tym wszystkim, bardzo wiele rzeczy we mnie rezonowało. Ja też byłam świetnym strategiem. Ale przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Jest ta jedna Ania, która reżyseruje całe swoje życie. Dba o to największe marzenie, które być może spełni się już za chwilę. Bo może właśnie ten cykl okaże się tym szczęśliwym. Myśli sobie: „Jeszcze trochę. Potem już nie będę musiała udawać. Wszystko będzie dobrze”. Przecież każda z nas miała takie przekonanie, że kiedy pojawi się dziecko, wszystko stanie się idealne. Że już nigdy nie będzie narzekania, zostanie tylko szczęście.I wtedy pomyślałam sobie. Ty dbasz o spełnienie swojego marzenia.Dbasz o komfort męża, żeby miał dobry nastrój, żeby nie był zdenerwowany, żeby miał ochotę na seks, żeby nie powiedział: „Nie dam rady”. Ale… Kto w tym wszystkim dba o Anię? Mam poczucie, że taka kobieta płynie cały czas pod wodą. Wstrzymuje oddech. Liczy, że już za chwilę wynurzy się na powierzchnię i wreszcie będzie mogła zaczerpnąć powietrza. Tylko to „za chwilę” może nie nadejść. Ona cały czas wytrzymuje. Jeszcze trochę, jeden cykl. Jeszcze trochę tlenu jej wystarczy. Ale jest już na granicy swoich możliwości. I mam poczucie, że o tę Anię nikt się nie troszczy. Ona sama zaciska zęby i robi wszystko, żeby wszystkim wokół było dobrze. Dlatego chciałabym Cię zapytać… Co dzieje się z kobietą, która przez tak długi czas funkcjonuje w trybie ciągłej walki? Ale też z jej partnerem? Jakie mogą być konsekwencje życia w takim nieustannym napięciu? Anna: Tych konsekwencji może być naprawdę wiele. U jednej osoby mogą pojawić się epizody depresyjne, u innej zaburzenia lękowe, a u części pacjentów również zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Nie jest to zaskakujące. Osoby starające się o dziecko naprawdę mają o czym myśleć i bardzo wiele rzeczy próbują kontrolować. Z czasem jednak część z nich zaczyna tracić poczucie kontroli i właśnie wtedy mogą pojawić się objawy zaburzeń. Najczęściej obserwujemy jednak epizody depresyjne. To o tyle trudne, że bardzo łatwo je przeoczyć. Pacjent zaczyna wycofywać się z życia. Wycofuje się z relacji. Wycofuje się z różnych ról, które wcześniej pełnił. Coraz bardziej zamyka się w sobie. A kiedy to się dzieje, pojawiają się kolejne konsekwencje – także dla związku. Bo depresja nigdy nie dotyczy wyłącznie jednej osoby… Anna: Epizod depresyjny wpływa nie tylko na relację partnerską, ale również na stan zdrowia, pracę zawodową i wiele innych obszarów życia. Te konsekwencje zaczynają się stopniowo nawarstwiać. Im dłużej ktoś pozostaje w takim stanie, tym trudniej jest później z niego wyjść. Czasami otoczenie jest tak zaabsorbowane własnymi problemami, że tego po prostu nie zauważa. Nawet dwie osoby mieszkające pod jednym dachem mogą przestać się naprawdę widzieć. Kiedy pracuję z parami starającymi się o dziecko, bardzo często obserwuję, że on przeżywa wszystko po swojemu, a ona po swojemu. Z czasem te dwa światy zaczynają się od siebie oddalać. Dlatego tak ważne jest, aby trudności pojawiające się na etapie starań o dziecko zaopiekować właśnie wtedy, kiedy się pojawiają. Każde wyjście z niepłodności oznacza zmianę, a każda zmiana wymaga adaptacji i niesie kolejne wyzwania. Jeżeli para zachodzi w ciążę, pojawiają się nowe doświadczenia. Często sama ciąża jest mocno zmedykalizowana i również bywa źródłem stresu. Potem przychodzi rodzicielstwo, które także stawia przed parą nowe wyzwania. Są również pary, które wybierają inne drogi – adopcję, rodzicielstwo z wykorzystaniem dawstwa gamet, adopcję zarodka czy adopcję społeczną dziecka. Każda z tych dróg również wiąże się z własnymi wyzwaniami. Są też osoby, które podejmują decyzję o zamierzonej bezdzietności. Dlatego niezależnie od tego, jaki scenariusz przyniesie życie, odkładanie rozwiązania trudności na później może okazać się bardzo zgubne. Najczęściej obserwuję taki schemat: para doczekuje się dziecka, ale problemy, które pojawiły się wcześniej, nie znikają. W czasie ciąży często rezygnują ze współżycia. Później rodzi się dziecko, które naturalnie absorbuje ogromną część uwagi i energii. Mijają miesiące, czasem lata, a kiedy para chciałaby wrócić do życia seksualnego, okazuje się, że nie bardzo wie, jak to zrobić. Dlatego wszystkie trudności seksualne i relacyjne warto zaopiekować już na etapie starań o dziecko. Ania: Myślę, że niepłodność bardzo zawiesza człowieka. Ja sama byłam przekonana, że kiedy zajdę w ciążę, wszystkie moje problemy po prostu znikną. Że tam, po drugiej stronie, czeka już tylko moje dziecko i szczęśliwe życie.Nie myślałam o tym, żeby zadbać o siebie tu i teraz. Myślałam o sobie jako o osobie, która jeszcze trochę wytrzyma. Zagryzie zęby. A potem wszystko samo się ułoży. Nie zastanawiałam się nad tym, jakie mogą być konsekwencje nierozwiązanych problemów w przyszłości. Człowiek w trybie przetrwania nie myśli o tym, co będzie dalej. Myśli tylko o tym, żeby przestać cierpieć. Zosia: To prawda. Ale z drugiej strony myślę też, że wtedy do Twoich uszu nie mógł jeszcze dotrzeć taki podcast jak ten. Nie chcę też za bardzo upraszczać tego tematu ani udzielać uniwersalnych rad, bo po drugiej stronie są bardzo różne osoby. Każda z nich jest na innym etapie, z inną historią i innym zakończeniem tej drogi. Chciałabym jednak spróbować zostawić naszym słuchaczom coś praktycznego. Oprócz tego, że wszystkie trzy bardzo zachęcamy do tego, żeby nie zwlekać z wizytą u specjalisty. Bo – jak powiedziałaś – czasami nie potrzeba wieloletniej terapii. Czasem wystarczy kilka spotkań i zrozumienie mechanizmów, które właśnie się dzieją. Już sama świadomość pozwala inaczej sobie z tym radzić. Dlatego chciałabym Cię zapytać… Czy jest coś, co osoby słuchające tego podcastu mogłyby wdrożyć już dziś? Anna: Jak najbardziej. Oczywiście z zastrzeżeniem, że nie istnieje jeden uniwersalny przepis dla wszystkich. Każda historia jest inna. Ale myślę, że warto zapamiętać jedną bardzo ważną rzecz. Niepłodność jest chorobą. A każda choroba somatyczna wpływa na wiele obszarów naszego funkcjonowania. Wpływa na seksualność, relacje, zdrowie psychiczne. To nie jest oznaka słabości ani porażki, tylko naturalna konsekwencja choroby. I właśnie dlatego warto szukać sposobów, żeby ten wpływ możliwie jak najbardziej ograniczać. Anna: Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto pamiętać. Nasz mózg bardzo lubi nowość i poczucie nowego początku. Czasami samo wprowadzenie czegoś nowego do życia seksualnego sprawia, że przestaje ono kojarzyć się wyłącznie z niepłodnością i leczeniem. Możemy próbować nowych rzeczy. Nowych pozycji, nowych sposobów okazywania bliskości czy nowych gadżetów. To wszystko może pomóc odbudować ten wymiar przyjemności, który podczas starań często schodzi na dalszy plan. Warto też pamiętać, że spadek libido bardzo często ma podłoże biologiczne. Wiele pacjentek przyjmuje leki hormonalne albo choruje na schorzenia, które wpływają na gospodarkę hormonalną. To wszystko może zmieniać reakcje seksualne. Dlatego nie warto obwiniać siebie. Nie myślmy: „Robię coś źle”, „Za mało się staram”. Spróbujmy być dla siebie bardziej wyrozumiali. Zamiast mówić sobie: „Zawaliłam”, warto pomyśleć: „To było wszystko, na co było mnie dziś stać”. Albo: „Dzisiaj się nie udało, ale jutro też jest dzień”. Bardzo często nasze myśli są pełne zniekształceń poznawczych. „Jestem do niczego.” „Nic się nie uda.” Jeżeli zaczynamy je zauważać, warto od razu próbować zastępować je bardziej życzliwymi i realistycznymi myślami. To naprawdę pomaga. Rozmawiajmy też z partnerem. Nazywajmy to, co się dzieje. To zupełnie normalne, że na pewnym etapie starań może po prostu nie być ochoty na seks. Pamiętajmy jednak, że w długoletnich relacjach znacznie częściej niż spontaniczne pożądanie pojawia się pożądanie responsywne. Nie musimy czekać, aż ochota pojawi się sama. Możemy stworzyć przestrzeń, w której będzie miała szansę się pojawić. Bardzo polecam obserwować The Gottman Institute. Publikują mnóstwo krótkich wskazówek opartych na badaniach naukowych. Jedną z nich jest tzw. sześciusekundowy pocałunek. Okazuje się, że pocałunek trwający dłużej niż sześć sekund może zwiększać poczucie bliskości i pomagać rozbudzać pożądanie. To bardzo prosty eksperyment. Spróbujcie dziś pocałować się przez sześć sekund i zobaczcie, co się wydarzy. To właśnie z takich drobnych gestów często zaczynają się większe zmiany. Zosia: Słuchając Ciebie, miałam momentami wrażenie, że odezwało się we mnie jeszcze trochę nieprzepracowanych emocji z tamtego czasu. Ale bardzo chciałabym, żeby ten odcinek trafił do osób, które właśnie teraz przechodzą przez podobne doświadczenia. Mam nadzieję, że zasieje w nich choć małe ziarenko. Takie, które pomoże zaopiekować się sobą, swoją relacją i partnerem. Po prostu… żeby żyło im się trochę lżej. Ania: Aniu, bardzo dziękujemy Ci za to spotkanie. Nie ukrywamy, że liczymy na kolejne rozmowy. Anna: Z ogromną przyjemnością. Zosia: W takim razie mamy nadzieję, że jeszcze nie raz usłyszymy się wspólnie w naszym podcaście. Dziękujemy Wam za dzisiejszy odsłuch. Ania: Dziękujemy, Aniu. Anna: Dziękuję za zaproszenie. Ania i Zosia: A Wam życzymy dobrego tygodnia. Do usłyszenia! Artykuł #102 Seks podczas starań. Psycholog seksuolog Anna Wietrzykowska pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • May 26 · 25 min

    #101 Dzień Mamy- dlaczego może być taki trudny

    Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Naszą gościnią w dzisiejszej rozmowie jest Anna Wietrzykowska, psycholog niepłodności. Zosia: Z Anią mieliście okazję usłyszeć się już wcześniej w naszych podcastach. Mamy nagrany też jeszcze jeden materiał, który opublikujemy prawdopodobnie po Dni Mamy. Super Aniu gościć Cię tutaj dzisiaj. Dlatego że jesteśmy w takim dniu, który wiele z nas, staraczek, obrało sobie jako taki dzień, który jest pełen bólu, który jest bardzo ciężki, o którym marzą, żeby już móc go obchodzić ze swoimi dziećmi, na które tak bardzo czekają. I w sumie to może na początek powinnyśmy Cię zapytać, dlaczego tak to jest, że ten dzień jest taki trudny? Anna Wietrzykowska: Myślę sobie o tym, że ten dzień mamy, to jest taki dzień, którym cały świat przypomina właśnie o tym doświadczeniu. I dla pacjentek, dla pacjentów, którzy są w trakcie leczenia niepłodności, którzy właśnie idą w kierunku swojego dziecka, ale jeszcze po drodze nie mają tego swojego dziecka, to ta celebracja tego macierzyństwa, rodzicielstwa jest bardzo trudna, bo to jest trochę takie cały czas przypominanie, gdzie ja jestem, a gdzie są inni. Niepłodność to jest ogólnie taka choroba, która bardzo odgradza od innych, od znajomych, od rodziny, która wprowadza pewną różnicę. I myślę sobie, że właśnie w takich sytuacjach świątecznych, tych szczególnych dni, to jest jeszcze bardziej takie oddalające od bliskich. Więc tu na wielu poziomach dochodzi do takich trudności. I tych relacji z najbliższymi, i też takich relacji tego, co się dzieje w nas, jak jesteśmy w trakcie leczenia, a jeszcze tego dziecka nie ma i nie wiadomo, czy ono będzie. Ania: Dlaczego ten dzień mamy jest takim trochę deadline’em? Wyobrażamy sobie, to jest jeden z takich wielu deadline’ów podczas starań, gdzie na tej osi starań jest właśnie bardzo ważnym momentem, który pojawia się. I dlaczego tak jest? Zosia: Ja jeszcze tutaj dodam tylko od siebie, że drugim chyba, który może stawać w konkury, bo nie wiem, czy jesteśmy w stanie to zestawić na równi, ale drugim takim bardzo ciężkim momentem to są święta, kiedy te starania są o wiele bardziej odczuwalne. No i wyobrażamy sobie bardzo często też, że dajemy ten wymarzony prezent na przykład z okazji urodzin męża i tam w tym pudełeczku będzie czekał ten test ciążowy w końcu z dwoma kreskami. I ten dzień mamy też jest taki deadline w naszych głowach. Anna Wietrzykowska: To zależy, jak bardzo my się też identyfikujemy z tymi wyobrażeniami, jak mocno w nim wchodzimy, czy my trochę uciekamy w ten świat fantazji i w nim zostajemy, czy my jakoś natarczywie, kompulsywnie na przykład wyobrażamy sobie, że to nas jakoś pominie, że będziemy tylko cierpieć. Właśnie jest bardzo ważne przeanalizować treść tych wizualizacji, ale też kontekst, kiedy one się pojawiają, jaką one rolę spełniają. Natomiast jeżeli to są takie wyobrażenia takie bardzo swobodne, po prostu występują przy okazji, na przykład zobaczymy w sklepie jakiś mały bucik i gdzieś tam nasze myśli podążą w tym kierunku, czyli spontanicznie w odpowiedzi na bodziec. Myślę, że to jest łagodne i takie bardzo ludzkie, bo przecież w tą stronę idziemy, w kierunku własnego dziecka. Ania: Dobrze, Aniu, a powiedz nam proszę, czy te wizualizacje jest to coś, co może nam pomóc podczas starań, czy raczej staramy się unikać wyobrażania sobie siebie? Anna Wietrzykowska: Ja może dodam, że w medycynie z wizualizacji się korzysta u pacjentów np. onkologicznych, pacjentów przed zabiegami. Wizualizacja jest bardzo dobrym narzędziem, ale np. w psychoonkologii pracuje się z pacjentami w ten sposób, że np. niekoniecznie się bazuje na tym, żeby pacjent wyobrażał sobie, że wyzdrowiał, albo wyobrażał sobie, że to nie idzie w dobrym kierunku. Odrywa się od końca, czyli np. wizualizacja u pacjenta wtedy polega na tym, aby wyobraził sobie, jak gdzieś jest, w jakimś miejscu, jest ta stereotypowa plaża, albo jest w górach, albo znowu jest w jakimś takim miejscu ze swojej przyszłości, które jest dla niego ważne, ulubiony fotel, może jakiś las. Dlaczego to jest ważne? Wówczas układ nerwowy trochę przechodzi z tego trybu walcz lub uciekaj, który często się uruchamia w chorobie i tak samo się uruchamia, gdy my myślimy uporczywie, czy ja będę tą mamą, czy nie, bo to też jest stresogenne na zasadzie tak albo nie. U nas wtedy przechodzi z reakcji walcz lub uciekaj na takie bardzo neutralne funkcjonowanie, takie bezpieczne funkcjonowanie. I on się skupia na bodźcach, bo w tych wizualizacjach bardzo ważne jest wyobrażenie sobie bodźców. Co pacjent widzi, co pacjent słyszy, jaki zapach się unosi, czy np. zapach sosen, jak idzie przez tę ścieżkę leśną. I takie wizualizacje, które pomagają układowi nerwowemu odpocząć, one są medycznie bardzo wspomagające proces leczenia, więc zakładam, że takie wizualizacje, tak jak ty powiedziałaś może o tych stokrotkach, o kwiatach, które się kojarzą z majem i takie wejście trochę sensorycznie w ten obraz może być jakoś na plus. Zosia: Ja jak słucham tak o tych wizualizacjach, to muszę wam powiedzieć, że jest mi, i zawsze było, z nimi tak trochę nie po drodze. Próbowałam je oswoić na pewnym etapie swojego życia, wiedząc, że mogą być jakimś tam narzędziem, które mnie zagrzeje do walki, zmobilizuje, da mi po prostu jakąś inną optykę taką, z której będę mogła skorzystać i wyciągnąć coś dla siebie. Ale tak serio, to albo po prostu nie wiedziałam, jak z nich korzystać i nie robiłam tego właściwie, albo one mi się wydawały takie trochę od czapy, oderwane od rzeczywistości trochę, bo w ogóle sam temat wizualizacji jako czegoś takiego, z czego można korzystać i postarać się przekuć na swoją, jakby wiecie, tę szalę na swoją stronę, pojawił się w moim życiu dawno, bardzo temu, naprawdę bardzo dawno temu, myślę, że to mogło być około 20 lat, może nawet. Jak spotykałam się, pamiętam, z takim chłopakiem, który miał bardzo fajną mamę i ja z tą jego mamą spędzałam naprawdę dużo czasu i rozmawiałyśmy sobie otwarcie na bardzo wiele różnych tematów i podczas jednej z takich dyskusji temat zszedł na to, że ona pokonała swój ogromny lęk przed jeżdżeniem samochodem, jeżdżeniem do Warszawy, więc do takiego, wiecie, ruchliwego, dużego miasta, skomplikowanego dość do poruszania się samochodem, szczególnie dla osoby, która ma jakieś opory w tym temacie. I pamiętam, jak ona powiedziała mi wtedy, że tak bardzo zależało jej na tym, żeby jeździć do tej pracy, bo dostała taką naprawdę spoko posadę. Prawie równie bardzo jej zależało na tej pracy, co równie bardzo się bała dojeżdżać do niej samochodem i że wtedy skądś dowiedziała się o takiej metodzie na wizualizację i że bardzo pomogło jej wyobrażanie sobie siebie w jakimś zarąbistym, wypasionym, czerwonym cabrio, w którym właśnie podjeżdża do tej pracy i trochę tak jakby dzięki tej pracy go ma i że, wiecie, że to była taka wizja, która jak się bała, to sobie siebie wyobrażała w tej furze i jakoś tak bardziej się mobilizowała do tego, żeby próbować jej zaciskać zęby i kolejny raz mimo swoich lęków to przezwyciężać. I to wtedy zabrzmiało sensownie, chociaż pamiętam, że jak ja próbowałam jakkolwiek z tego skorzystać, to było mi ciężko. I powiem wam, bo chcę wam powiedzieć tę anegdotę w takim kontekście, jeśli nie czujecie się z tym bardzo po drodze, to to chyba też jest okej. Zaraz, Aniu, mam nadzieję, że nam więcej powiesz trochę o tych narzędziach do wizualizacji i może o tym, jak z tego korzystać. Ale chcę wam powiedzieć o tym, że jedyną taką myślą, która naprawdę zagrzywała mnie do walki, to była właśnie podczas starań. Dlatego że ja nie wiem, dlaczego mi się to tak utarło w głowie, natomiast bardzo, ale to bardzo marzyłam o tym, żeby kiedyś to moje jeszcze nieistniejące dziecko przyniosło mi w swoich łapkach taki niedbale zerwany bukiet stokrotek. Taki wiecie, jak to wyobrażałam sobie, że małe dzieci zrywają, czyli jedna to sama główka stokrotki i druga to jakaś łodyga ze źdźbłem trawy, może jakiś kawałek mlecza czy koniczyny i po prostu te łapki, które niosą taki niedbały bukiet stokrotek, wydawały mi się takim moim prywatnym po prostu szczytem Mount Everestu, na który wciąż się wspinałam i wiedziałam, że jeśli tam na górze, na szczycie czeka ta nagroda, to po prostu warto mimo wszelkich przeciwności, które będą gdzieś, jak te kłody pod nogami narzeć i dzielę się z wami tym przemyśleniem, tą anegdotą, dlatego że nie zawsze łatwo w te wizualizacje, tak mi się wydaje, że to nie musi być takie easy game, żeby z tego korzystać. Ania: Ja się postawię trochę, stanę się tą Anią, którą byłam powiedzmy w okolicy połowy starań, kiedy musiałabym dojrzeć do tego, co tutaj zostało powiedziane i ja w ogóle nie szukałam żadnych metod pomocy sobie, wręcz przeciwnie, czułam całą sobą, że ja ten stres łyknę, łyknę tą gonitwę, przecież zaraz będę w ciąży, zaraz to minie. Trochę mi się to wydaje takie nieprawdopodobne, nie dla mnie, wręcz czuję taką złość na to, na to, co słyszę, na to, że mam sobie coś wyobrażać. Wiecie, nie wierzę, tamta Ania w to nie wierzy. Anna Wietrzykowska: Ono cały czas zostawia ciebie w stresie, bo zobaczcie, czy to dziecko będzie, czy nie będzie, pacjent idzie dalej w kierunku, jednak będzie wyzwanie, bo nawet jeśli ciąża się pojawi po leczeniu płodności, to to jest ciąża zmedykalizowana, monitorowana, ciąża na polu minowym, więc ta wizualizacja też momentu zajścia w ciążę, bycia w ciąży dla wielu pacjentów nie jest końcem stresu, tylko po prostu przejściem na inny temat. Ania: Ja tak bardzo mam gdzieś ten układ nerwowy, tak bardzo nie zdaję sobie sprawy, że to może mi w czymś pomóc, ja jestem tylko skupiona na tym, że jaka relaksacja?! Ja po prostu w to nie wierzę, ja nie chcę, ja chcę być, ja chcę zakończyć ten etap, ja chcę dojść do tej mety, mimo, że plączą mi się nogi i słyszę właśnie takie wizualizacje, wydaje mi się to takie dość frywolne może, tak, myślę, że tak. Anna Wietrzykowska: Myślę, że to jest naturalne, że jednak te myśli się pojawiają, bo jesteśmy tylko ludźmi i jednak w sytuacji niepłodności to jest co miesiąc trochę takie stawianie drugiej osoby na ostrzu noża, bo albo będzie, albo nie będzie i niepłodność jest taka kategoryczna, albo będzie miesiączka, albo będzie ciąża, zazwyczaj w tym kierunku. Więc to jest naturalne, że te myśli będą, kwestia jest taka ile ich jest i co my z nimi robimy. I to jest też naturalne nie bombardować ich cały czas, tak, bo to też nie jest możliwe, żebyśmy cały czas byli w takiej wizualizacji, cały czas byli takim zen i cały czas byli w takim rodzaju takiego calm down. No nie da się. Ale wtedy, kiedy możemy, to możemy sięgać po takie metody, na przykład profilaktycznie, raz dziennie, dwa razy dziennie. Czasami z pacjentami pracuję w ten sposób, że przed rozpoczęciem pracy albo robią przerwę w pracy, na trzy minuty sobie właśnie puszczają jakiś ulubiony utwór z YouTube’a, siadają głęboko w fotelu, oddychają i sobie wizualizują tak zwane bezpieczne miejsca. To jest takie ćwiczenie z terapii traumy, ale można je też zapożyczyć na użytek różnych innych sytuacji i tematów z życia ludzkiego. I takie trzy minuty w tym bezpiecznym miejscu też robią dobrą robotę dla układu nerwowego, bo pomagają mu troszeczkę właśnie wyjść z tej reakcji stresowej i poczuć się bezpiecznie. Myślę, że wizualizacja, relaksacja to są te jedne z metod, ale nie jedyne. Tych metod jest kilka. Myślę, że znajdzie się i można dobrać do siebie, do swojej osobowości, do swojego temperamentu i takiego napędu życiowego. Natomiast wyobrażam też sobie, że niepłodność jest tak długoletnią chorobą u większości pacjentów, że są momenty takie jak mówisz, Ania. Są momenty: ja mam totalnie to gdzieś. Ja to rozumiem z perspektywy psychologicznej, bo są takie momenty i mają prawo być up and down. Więc są momenty, gdzie to może być niedostępne dla danej osoby z różnych przyczyn. Bo np. otrzymała właśnie taki wynik, że zmiótł ją, bo długo np. dana osoba próbowała coś naprawić w swoim zdrowiu, a okazuje się, że dalej te wyniki badań wskazują na to samo. Więc są takie momenty dużego zniechęcenia, takiej małej mobilizacji i takie, gdzie jesteśmy na nie. Są też momenty inne i owa te momenty są ważne. Ale każdy wymaga innych interwencji, innego zadbania o siebie. Czasami trzeba poprzyjmować te emocje, pobyć z nimi, poprzetrawiać je, aby móc iść dalej. Zosia: Kurczę, no bo wiecie nad czym się zastanawiam. Zastanawiam się nad tym, że ten podcast, z tym podcastem w ten Dzień Mamy akurat dzisiejszy jesteśmy w stanie trafić w bardzo różny moment w waszych życiach. I może to być ten moment, w którym właśnie jesteście u szczytu mobilizacji i wiecie, że następny Dzień Mamy będzie wasz, albo właśnie potrafiłyście oswoić wizualizację i jesteście jakoś tak okej z nimi, albo trafiamy na ten moment, kiedy totalnie w to wątpicie, kiedy macie kryzys w związku, kiedy macie pierwszy dzień okresu, kiedy nie wyszło kolejne podejście do in vitro, kiedy nie wiem, nie idzie wam po drodze z procedurami adopcyjnymi. To może być mnóstwo różnych punktów na drodze i różnych momentów w życiu. I nie wiem jak w sumie, mam Cię o to zapytać Aniu, ale chciałabym, żebyśmy jakoś wspólnie postarały się poszukać jakiegoś uniwersalnego narzędzia. Czy jesteśmy w stanie udzielić jakiejś uniwersalnej rady, która: dobijając do brzegu pomoże nam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteśmy w stanie zrobić cokolwiek w ten Dzień Mamy, żeby nie cierpieć tak bardzo? Anna Wietrzykowska: Duże pytanie i zastanawiam się nad odpowiedzią. Zachęcam do tego, żeby samemu sobie wewnętrznie też zadać na siebie pytanie. Jak w tym roku, w tym momencie chciałabym, chciałabym w tym dniu funkcjonować? Co chciałabym robić? Co chciałabym robić? Czy mam możliwość iść do pracy? Czy chcę iść do pracy? Czy mam możliwość nie iść do pracy? Czy mam jeszcze jakąś inną możliwość? I w zależności od tego, co się pojawi, tak zareagować na tę rzeczywistość, aby też sobie ułatwić to funkcjonowanie. Może jest tak, że na przykład tego dnia w biurze jest takie bardzo huczne wydarzenie. Dużo tych mam jest teraz zemocjonowanych, bo wiadomo, to są ważne dni dla nich? Są wydarzenia w szkołach, gdzie te mamy się cieszą, ale z drugiej strony są też osoby, pacjenci, którzy czekają na swoje dzieci i pewnie u nich emocji też jest dużo. I w zależności od tego, jak my potrzebujemy w tym dniu być w relacjach, też można to jakoś uwzględnić,, bo mamy też różne poziomy bycia w relacjach. Z niektórymi jestem bliżej, z niektórymi jestem dalej. Jednym mamy większą otwartość powiedzieć o swoich potrzebach, innym nie, ale jeśli my nie zadbamy o swoje granice i swoje relacje, to jest mała szansa, że ktoś zrobi to za nas. Zachęcałabym do tego, aby nazwać te potrzeby, zobaczyć, czego do tego dnia potrzebujemy i w jaki sposób na to uwzględnić. Ania: Ja się zastanawiam, dlaczego Dzień Mamy jest jednym z takich dni, kiedy obserwujemy staraczki, kobiety, które z nami się kontaktują. Nawet często pada w wiadomościach, że może to będzie ten Dzień Mamy, że może w tym roku ten maj będzie naszym majem. Dlaczego akurat ten dzień, ten jeden dzień w roku boli tak bardzo? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego on jest taki, że wręcz kobiety, które starają się dziecko wyczekują, one wiedzą, że on się zbliża, one wiedzą, że zaraz to się stanie. Dlaczego tak się dzieje? Anna Wietrzykowska: Bo tutaj mamy do czynienia ze stratami w liczbie mnogiej. To nie jest strata tylko dziecka, bo tego dziecka nie ma w tym momencie, w którym jesteśmy na to gotowi. To jest strata też kawałka tożsamości, bo na przykład identyfikujemy się już z mamą, z taką rolą mamy, a jeszcze nią nie jesteśmy. To jest strata też właśnie w relacjach społecznych, strata wejścia spokojnie w przyszłość, bo do tej pory być może życie było dla nas bardziej przewidywalne. Kończyliśmy studia, wychodziliśmy za mąż, budowaliśmy domy i nagle pojawia się temat, w którym nasze wpływy są ograniczone, gdzie my nie wiemy z tego punktu, gdzie jesteśmy, jak to się zakończy. Więc to wchodzenie w niepewną przyszłość też jest stratą, stratą czegoś bardzo podstawowego, poczucia bezpieczeństwa w życiu, bo nie wiemy, jak to życie będzie wyglądało, co się w nim wydarzy. Tu mamy trochę takie doświadczenie strat na wielu poziomach, w związku z tym to jest trudne. Tu nie chodzi tylko o dziecko i nie chodzi tylko o mamę. Tu chodzi o coś więcej. Trochę taka metafora grypy. W grypie też się różnie czujemy. Czasem mamy siłę i możliwość pójścia do pracy i funkcjonowania, a czasem nie mamy. I warto uwzględnić to nasze funkcjonowanie psychiczne też bardzo poważnie, tak jak uwzględniamy fizyczne. Bo mam wrażenie, że kiedy fizycznie mamy dolegliwości, to się robi takie poważne, idziemy do lekarza, w jakiś sposób dbamy o tą rzeczywistość, no bo nie możemy, bo kicham, bo mam rozwolnienie, bo pojawia się objaw z ciała. Natomiast objawy z tej sfery psychogennej, one też są ważne i one też mogą i często wpływają na nasze funkcjonowanie. I w zależności od tego, jak w tym danym momencie, w tym danym roku czujemy się, jeżeli chodzi o dzień mamy, tak warto to uwzględnić, że w tym roku mam siłę na to. Nie nakładać na siebie takich oczekiwań, że jak w zeszłym roku byłem w pracy, czy zrobiłem to i tamto, to w tym roku też musi tak być. W chorobie nic nie musi, bo w chorobie człowiek jest bardzo ruchomy, jeżeli chodzi o swoją kondycję psychiczną. Więc trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ok, to będzie wtorek w tym roku, jakie w związku z tym będę funkcjonować? Na co mam siłę i możliwości, a na co nie mam siły? Jak mogę o siebie zadbać na ten dzień? I tak jak dbamy o siebie w chorobie, Spowolniamy, chowamy się pod kocyk, opiekujemy się sobą na różne sposoby, tak zaopiekujmy się sobą, jeśli chodzi o tę sferę właśnie psychogenną. Zosia: Myślę, że to będzie tylko spoko pomysłem dla części z nas, ale skoro u jednej z Was w wiadomościach się to pojawiło, to może znajdzie jakąś bliźniaczą duszę i będzie mogła się odbić jak w lustereczku w niej i znaleźć jakieś ukojenie. Więc powiem Wam o tym, co napisała Wam nam w sumie, ale teraz się z Wami tym podzielę. Jedna z Was, bo na Instagramie dostałyśmy kiedyś taką wiadomość w okolicy Dnia Mamy albo w sam Dzień Mamy, kiedy właśnie dzieliłyśmy się tym takim trudnym raczej przeżywaniem i pozwalałyśmy Wam na to, żeby ten dzień po prostu pozwolić sobie na przeżywanie trudnych emocji, które są ciężkie. Jedna z Was napisała taką wiadomość, że ona rzeczywiście była w takim miejscu, w którym ten Dzień Mamy powodował w niej wiele bólu i takiego jakby rozdrapywania ran, które przypominały o tym, że ciągle tą mamą nie jest i że to jest kolejny Dzień Mamy, w którym ona tylko marzy o tym, żeby tą mamą zostać. A potem uświadomiła sobie i przypomniała sobie, że ona ma na świecie swojego człowieka, tego, który właśnie sprowadził ją na ten świat, czyli swoją własną mamę. I to był chyba drugi ich Dzień Mamy taki wspólny, który celebrowały bardzo razem i dała nam taką perspektywę swoją, którą może warto poszerzyć, że jeśli macie na świecie wokół siebie swoje mamy, to może w ten dzień przelać po prostu tą swoją uwagę, może nie całą, ale chociaż część z niej na mamy Wasze i z nimi zrobić coś fajnego, spędzić czas. To tak dzielę się, żeby może gdzieś ta myśl z Wami została i wykiełkowała w tych serduszkach, w których będzie miała grunt do tego, żeby wykiełkować. Anna Wietrzykowska: Jeśli w danej sytuacji uwzględniamy, że jest to dla nas w tym momencie potrzebne i ważne i mamy taką możliwość, jak najbardziej tak. Ja też nawiążę np. do sytuacji pacjentek po stratach. Mając straty na różnym etapie ciąży, mają też pytanie, co zrobić w tym dniu porodu, który gdzieś został w kalendarzu. Bo mają go w swoim sercu i też przed oczami. I często właśnie ten dzień porodu też planujemy np. w terapii. Jako się zachować tego dnia, co zrobić, czego nie robić, na co jest gotowość, bo to też jest taki dzień podobny jak Dzień Mamy wyjątkowy, taki inny niż reszta dni. Więc może na bazie tego doświadczenia, takiego planowania, właśnie jak robię z pacjentkami po stracie, które oczekują właśnie na ten dzień porodu, ale już wiedzą, że są po stracie i tego dnia porodu nie będzie, to można tak samo zareagować właśnie na ten Dzień Mamy. Jakoś go zaplanować, zobaczyć, sprawdzić, czy byłoby możliwe, co nie. Może np. można wziąć pracę zdalną, jeśli jest taka możliwość w danym momencie. Albo może jest taki dzień, w który chcemy wyjść, chcemy uczestniczyć, bo mamy takie doświadczenie, że do tej pory zawsze braliśmy wolne albo akurat wypadało w weekend i nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji w pracy. Może być różnie i myślę, że każdy może mieć inaczej w tym roku, tego dnia. Zosia: Aniu, dziękujemy ci bardzo za to, że zechciałaś przyjąć zaproszenie do naszego podcastu i dziękujemy, że padło tutaj tyle wartościowych słów, które mamy nadzieję, że ukoją ten niewątpliwie trudny dzień nadchodzący. Bądź może odsłuchujecie ten podcast w Dniu Matki. Wiemy, że on może być dla was trudny. Anna Wietrzykowska: W zeszłym roku też w Skandynawii, chyba w Norwegii, była premiera takiego filmu Mam in Me i to był film o niezamierzonej bezdzietności, w którym bohaterkami były kobiety, które właśnie zakończyły proces starania dziecko i nie są mamami dziś. I akurat ten film miał premierę w Dzień Mamy, tylko ten taki ogólnoświatowy Dzień Mamy, czyli maj, ale nie pamiętam, który dzień, chyba 11. I ta premiera właśnie specjalnie była wyznaczona też w ten dzień dla kobiet, dla osób, których temat niepłodności dotyczy, ale już po tej drugiej stronie niezamierzonej bezdzietności. I to też może być jakoś ważne, żeby pamiętać, że obecnie jest dużo takich społeczności, które odpowiadają na potrzeby. I osób, które dzisiaj wiedzą, że tymi mamami nie będą. I osób, które jeszcze są w takim korytarzu trochę do tego macierzyństwa, nie wiedzą, z którą stronę je zaprowadzi. I osób, które tymi mamami już są. Zosia: To chciałam powiedzieć, że wiemy i staramy się bardzo przelać od nas to takie wsparcie i tę taką miłość. I wiemy, że to jest jeden z trudniejszych dni w roku dla Was. I poczujcie to, że jesteśmy z Wami. Życzymy wam bardzo tego, żeby kiedyś te małe rączki wam poderwały taki bukiet stokrotek i wierzymy w to, że to będzie już następny Dzień Mamy. Dzisiaj szczególnie dbajcie o siebie, ale pamiętajcie o tym, żeby dbać o siebie zawsze. ___________________________________________________ Podczas nagrania tego podcastu napotkałyśmy wiele problemów technicznych, z którymi dzielnie starałyśmy się uporać. Jeśli podczas odsłuchiwania je zauważycie to wybaczcie nam je prosimy. Przyświecał nam cel, by opublikować tę rozmowę terminowo w Dzień Mamy, w który wiele z Was będzie potrzebować otuchy i chociaż takiego wirtualnego utulenia. Mamy nadzieję, że niedogodności techniczne nam tego nie popsują. Ściskamy Was najmocniej, szczególnie dziś. Artykuł #101 Dzień Mamy- dlaczego może być taki trudny pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Sep 24, 2025 · 1 hr 15 min

    #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny

    Podążanie za marzeniami czasem brutalnie kładzie na kolana. W mozolnym trudzie podnoszenia się z nich, w obawie przed kolejnym upadkiem szukacie filarów, o które możecie oprzeć swoje nadzieje. W poszukiwaniu drogi do macierzyństwa chcecie zbudować most do źródła, w którym płynie rozpoczęta już wcześniej historia. Historia, która także szuka oparcia dla swoich nadziei na przyszłość. Jak połączyć dwa światy, które tak bardzo potrzebują siebie wzajemnie? Czy można ugasić pragnienie macierzyństwa i rodzicielstwa, pijąc ze źródła adopcji? Czy podążanie za swoimi marzeniami może być samolubne, szlachetne i altruistyczne jednocześnie? Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Nasza droga do płodnej nadziei Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe? Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan? Zosia.: Hejka. Dzisiaj wyjątkowo słyszycie tylko mój głos, bo Aniusia zaniemogła i jest troszkę chora, a umówiłyśmy się dzisiaj na nagrywki z wyjątkową osobą, dlatego bardzo nie chciałyśmy ich przekładać. Przed chwilą skończyłam nagrywać podcast z Pauliną… teraz, jak to mówię, to się uśmiecham:) (możecie to usłyszeć), ale przed chwilą byłam nieźle spłakana i chciałabym Was na to przygotować, że ten podcast, który nagrałyśmy jest tak bardzo prawdziwy, jest tak bardzo ludzki. Paulina jest mamą adopcyjną i o tym właściwie była ta rozmowa, ale jak zdecydujecie się jej zaraz przesłuchać, to usłyszycie, że była również o wielu innych bardzo pobocznych tematach. Nagrywam ten wstęp, bo cała nasza rozmowa… w tej całej naszej rozmowie byłam tylko tłem i bardzo nie chciałam się wcinać Paulinie w jej historię, bo Ona po prostu płynęłam z tym tematem. Ona sama była reżyserką tego podcastu – właściwie można tak powiedzieć. I, mimo że wcześniej z Anią przygotowałyśmy bardzo wiele pytań, zostawiłyśmy Wam nawet na Instagramie okienko do ich zdania, to Paulina większość z nich zamknęła w swoim (można powiedzieć) monologu. Więc zrobiła to w swoim tempie, na swoich zasadach, dokładnie tak, jak chciała, do tego stopnia, że muszę Wam dograć ten wstęp, bo po prostu, jak się połączyłyśmy to, zaczęło się flow i zaczęła płynąć i nie miałam nawet serca, żeby jej przerywać. I po to ten wstęp, żeby zaprosić Was do niesamowitej rozmowy i do wspaniałego świata rodziców adopcyjnych, którego głosem dzisiaj – takim frontmanem – była właśnie Paulina, która jest mamą w tym całym zgranym teamie (zespole). Bardzo, bardzo serdecznie zapraszam Was do świata Tej Rodziny i tej drogi do rodzicielstwa, do macierzyństwa, a Paulinie… Paulinko Tobie, (co mówiłam już przed chwilą) jestem Ci szalenie wdzięczna i tak bardzo z Ciebie dumna, za to, że dałaś radę i zechciałaś, i przelałaś tyle Waszej historii do świata Internetu, i do tego, żeby stał się teraz takim publicznym głosem. Wierzę w to, że zbierze to przeogromne plony. Zapraszam Was bardzo do rozmowy z Pauliną. Cześć. Tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Nasza droga do płodnej nadziei Zosia: No dobrze. To zaczynamy Misiaku dobra? Paulina: Dobra. Więc zaczęłam sobie takim pięknym cytatem, że “piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc… Wow! Szybko się zaczyna… Z.: Spokojnie, na luziku… P.: W sensie… to będzie emocjonujące, bo… to może inaczej…. Każdy ma plan na swoje życie. Prawda? Więc jak (my) bardzo szybko wzięliśmy ślub, bardzo… W sensie, byliśmy młodziakami i wszyscy wtedy zakładali, że jestem w ciąży, bo kto bierze ślub w wieku 23 lat. Nie byłam w niej (w ciąży)… Nie byłam w niej tak naprawdę nigdy. Plan zakładał bliźniaki i od początku twierdziliśmy, że na pewno kiedyś adoptujemy dziecko. Więc w sumie, w planie początkowym ta adopcja była właściwie naturalna i oczywista. Ten plan legł w gruzach po, tak naprawdę myślę, że takich bitych ośmiu latach takiej walki. Takiego odbijania się od lekarzy. Takiego szukania pomocy właściwie wszędzie. No i tak trafiłam na Akademię Płodności. Więc Akademia Płodności również była jedną z części naszej walki, bo chyba mogę nazwać to walką. Ale Akademia Płodności pomogła mi (na pewno) w wyregulowaniu moich wyników. Po tak dużej ilości badań, zabiegów i w ogóle. Badań drożności jajowodów, zabiegów u mojego męża, gdzie wykonaliśmy absolutnie wszystko, o co nas lekarze prosili. Akademia Płodności i Wasza dieta pomogła mi na pewno uregulować moje wyniki. Więc tutaj w ogóle było ,,chapeau bas (kapelusze z głów), brawo, super, że Pani tak zrobiła”. Więc zadbałam o swoje zdrowie dzięki Wam – to na pewno. I tak sobie kiedyś marzyłam, że będę tym jednym, takim puzzelkiem, takim kafeleczkiem na Instastory, że ,,nam też się udało”. A oto proszę… nagrywam podcast, mam swój własny post u Was, na Waszym profilu. Więc to jest ukłon w Waszą stronę, że tak naprawdę działacie po to, żeby wszystkie te pary, które tak marzą o dziecku, mogły spełnić swoje marzenie. A my jesteśmy trochę inną historią, a mimo wszystko pamiętacie też o takich osobach. I Instagram łączy ludzi. Czego przykładem jesteśmy teraz, i Instagram łączy ludzi, bo przez przypadek trafiłam na konto jednej z dziewczyn… kobiet. Nie chciałabym podawać nicku (jej danych), bo nawet nie zapytałam, czy mogłabym to zrobić. Więc zostawię ją – jeśli będzie tego słuchała, będzie wiedziała, że to o Niej mówię i wszyscy bliscy moi będą wiedzieli, że to o Niej mówię. Bo dzięki Niej, ta adopcja i to wszystko, co się wokół niej kręciło, cały proces – ciężki proces tak naprawdę, i to co teraz też się dzieje, że wiem, że nie jestem sama, że nie zwariowałam, że to wszystko, co czuję jest oczywiste, że wszyscy ludzie, którzy adoptowali dzieci mogą mieć takie odczucia. Nie jestem dziwnym człowiekiem, jeśli to wszystko czuję i cały ten proces adopcji, też dzięki Niej, był (dla mnie), był taki lżejszy trochę chyba. Mogłam się podzielić, że ja mogłam się zapytać. Ona jest mamą dwóch chłopców. Już takich dużych chłopców. Jeden, to jest nastolatek, a drugi to taki pierwszak albo drugoklasista, ale nie pamiętam już teraz. W każdym razie chłopcy już są starsi, więc Ona jest już bardziej doświadczoną mamą adopcyjną niż ja, bo u nas historia dopiero zatacza swoje dwuletnie koło, więc to dość świeże. Tak naprawdę, wracając do tego wszystkiego, co nas spotkało, no to może… nie to, że się poddaliśmy. Daliśmy sobie chyba spokój. Nie mieliśmy już zasobów chyba też takich zdrowotnych – psychicznie. Trochę nie mieliśmy już też zasobów finansowych, żeby pomyśleć w ogóle… chociaż, może tak powiem. Lekarze odradzali nam in vitro i inseminację, tzn. “in vitro może byście się zastanowili, ale inseminacja to w waszym przypadku jest kompletnie bez sensu”. No dobra, no to w takim razie na początku było, że na in vitro nie mamy kasy, a później myśleliśmy: da się tę kasę zorganizować, tylko czy my chcemy? Czy my jeszcze damy radę, czy jakby jeszcze to dźwignę? Bo jak to się nie uda, to ja się już kompletnie załamię i poddam. No i daliśmy sobie spokój w ogóle z tym pomysłem. Więc naturalną koleją rzeczy… (przepraszam, użyję chusteczki…), było to, że idziemy w adopcję. Zaczęliśmy szukać ośrodka. Jeden nas tak, może trochę zbył. Trochę rozczarował. A drugi ośrodek był takim strzałem w dziesiątkę. No i w tym ośrodku poznaliśmy pięć cudownych par. I uwaga, cała ekipa już jest w komplecie. Cała! Mamy 5 swoich wspólnych takich dzieciaczków, łącznie oczywiście z naszym synem i spotkaliśmy się całkiem niedawno, bo na początku czerwca. Wszyscy się poznaliśmy. Więc to było takie turbo wzruszające, że jakby możemy się tym podzielić ze sobą. Bo jednak to łączy. Nikt Cię nie zrozumie lepiej niż osoba, która wie, co czujesz i przeżywa bardzo podobne kwestie. Więc my przeżyliśmy mnóstwo ciąż dzieciaków w rodzinie, u znajomych. Z takich bardzo bliskich znajomych jesteśmy jedyni, którzy taką drogę przeszli. Jedna koleżanka również. Słuchałam wczoraj Waszego podcastu „Jak poinformować o ciąży”, i miałam dosłownie przed oczami to, jak z jedną z nas byłyśmy na tym samym etapie: my wykupowałyśmy Wasze diety wspólnie i jej się udało… A nam nie… I chyba to była dla mnie jedna z takich cięższych informacji, że przecież robimy dokładnie to samo. I absolutnie… Moja najbliższa przyjaciółka, która też się zmaga w ogóle też z zupełnie innymi chorobami i jej też się udało. I tutaj miałam takie: Boże, jak to cudownie (że się udało), bo Ona po prostu też musi tyle pokonać, też jakby poświęca swoje zdrowie, żeby mieć tego Maluszka. I jej córeczka jest piękną czterolatką. I tu było mi dużo łatwiej. A chyba idąc równoległą walką i jedni idą do góry, udaje im się, a ja zostaję w tym punkcie – i jest takie: O! Oł. Jakby… Co ja mogę więcej?! Robiłam dokładnie to samo co Ona i dlaczego ja nie (jestem w ciąży)? Ale wiem, że jej też było trudno nas o tym poinformować i wczoraj ten podcast Wasz, tak sobie odsłuchiwałam, bo tak sobie odsłuchiwałam Wasze podcasty… trochę odświeżałam. Było to takie, kurcze… jej też było trudno. Jakby wiem, że wszystkim, którzy byli koło nas (i są nadal), to też nie musiało być tak łatwo być z nami w tym, nie do końca wiedząc co czujemy, a jednak nas wspierać. I cały proces adopcyjny to trochę zweryfikował ludzi blisko i chyba dobrze. Ja się chyba z tego cieszę, bo tak naprawdę Ci, co mają zostać, tak zostali. I są. Także, tutaj… Boże, jak zacznę płynąć to Ci nie dam dojść do słowa. Z.: To jest Twój podcast i to jest moment dla Ciebie. Ja jestem tu tylko po to, żeby nadawać jakieś tło, ale to Ty jesteś główną bohaterką, więc bardzo się cieszę. Nie zrobiłyśmy nawet wstępu, ale ja go dogram w ogóle na luzie. Ja nie naszykowałam sobie chusteczek, a już dwa razy byłam na skraju (łez), więc powinnam się w nie też tutaj szybciutko zaopatrzyć. Jeśli chcesz… bo ja oczywiście… my przygotowałyśmy sobie ramowy plan z Anią, mamy pytania, ale Ty tak pięknie o tym opowiadasz, że ja chyba nie chciałabym tego upierać w moje sztywne ramki i po prostu chciałabym dać Ci płynąć. Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe? P.: Ok… Ok. Ok, no to płynę dalej. Więc jak już się zdecydowaliśmy na ośrodek, to tam zadałyście mi takie pytanie: co było najtrudniejsze? Więc chyba najtrudniejsze dla nas były te historie na szkoleniach. Te szkolenia trwały… w ogóle ja wspominam, na zasadzie, wracamy po prostu po nocach. Bo my wracaliśmy po 22 drugiej. Wychodziliśmy stamtąd naprawdę bardzo późno. Te szkolenia trwały kilka godzin i nie było ich dużo stricte “zajęć”, ale naprawdę rzeczywiście trwały bardzo długo. I były takie męczące psychicznie. Ja to wspominam, że my stamtąd wychodzimy, przegadujemy sobie w aucie wszystko co było. Na świeżo. Jakby: co o tym myślisz, jak to odebrałeś? I tak dalej, itd. Po czym brałam telefon, zahaczyliśmy o Maczka, bo byliśmy turbo głodni, więc jakiś tam Maczek, jakieś mcflurry, fryteczki i te sprawy. I były dwa telefony. Albo dzwoniłam do mojej mamy, albo dzwoniłam właśnie do mojej przyjaciółki, bo chyba potrzebowałam zdać takich relacji osobie… może nie niezaangażowanej, bo One były zaangażowane i cały czas są, ale takiej na chłodno, że jakby “co Ty o tym myślisz? Bo słuchaj… słuchaliśmy tego, tego. Jest dużo ciężkiej historii. Kiedyś stwierdziłam, że oni chyba chcą nas zniechęcić. Wiesz, jakby tyle nam takich smutnych i ciężkich rzeczy opowiadają, że oni chyba chcą nas zniechęcić. I dziewczyny nam kiedyś właśnie wytłumaczyły, że słuchajcie, my Wam musimy przedstawić wszystko, co jest ciężkie, żeby nie było takiego: O! Oł, one o tym nie powiedziały, a to jest turbo trudne do przejścia, i trzeba to dźwignąć. I trzeba to wziąć na swoje barki. No bo jednak bierzesz na swoje barki historię małego człowieka. Nie zawsze łatwą. Nie zawsze taką, że tak naprawdę to tylko był taki jeden przeskok i jesteś już u nas i masz superszczęśliwe życie. Bo te dzieciaki niosą ze sobą swoje traumy i tak naprawdę te traumy najcięższe jest to dla nich, ale my jako rodzic… każdy rodzic chce zabrać swojemu dziecku wszystkie smutki i chciałaby, żeby Ono miało tylko i wyłącznie szczęśliwe dzieciństwo. Więc One musiały nam to przedstawić i chyba te historie były dla mnie takie najtrudniejsze. Takie smutne. Takie przytłaczające, że czasami stamtąd wychodziłam i myślałam: Boże, czy ja podołam? Czy ja serio tak dam radę? Czy ja mam w sobie jeszcze tyle zapasu sił? No bo jednak dużo z nich poszło na samą walkę. Ale tak jak zapytałyście tutaj, czy ja pamiętam pierwsze spotkanie… to trochę jest tak, jak (tak sobie wczoraj o tym pomyślałam), że ten telefon, ten magiczny telefon, że człowiek czeka po prostu i czeka, i czeka, i czasami już było tak, że ja po prostu sprawdzam: a może ja nie usłyszałam, a one do mnie dzwoniły? I zadzwoniły serio w takim momencie, w którym się absolutnie tego nie spodziewałam i byłam w takim ogromnym szoku, że one w ogóle do mnie dzwonią, że nie zapytałam o nic. Ja nie zapytałam o płeć dziecka, ja nie zapytałam o wiek, o imię. O nic nie zapytałam i tylko powiedziałam, że: tak chcemy usłyszeć tę historię. No i po drugiej stronie Pani Dyrektor mówi do mnie: ale to w ogóle interesuje cię to, co to jest za dziecko, cokolwiek? Odpowiedziałam: no wiesz co, możesz mi coś tam powiedzieć, cokolwiek co wiesz. No to usłyszałam, że Mały Człowiek ma trzy lata, że jest chłopcem, i że zaprasza nas, żebyśmy przeczytali Jego dotychczasową historię. Bo sam fakt tego, że ma trzy latka to już oznacza, że już coś tam za sobą niesie. Więc to było trochę tak, jak te dwie kreski na teście. To są te moje dwie kreski na teście. To jest to, że ja to już widzę i się dzieje ej. Coś tu już jest. Coś tu już kiełkuje. Teraz tylko trzeba jechać i… to dźwignąć. W sensie przeczytać. Bo wiadomo, to, że one dzwonią wcale nie oznacza, że my mówimy TAK. To, że one dzwonią, to znaczy, że my czytamy tę historię i my wtedy mówimy… znaczy nawet już nie musimy mówić tego, tego samego dnia, bo mamy jakąś tam dobę, żeby przegadać, przemyśleć i powiedzieć, czy jesteśmy w stanie psychicznie jechać i dźwignąć historię człowieka, i się z nim po prostu poznać. Więc dla mnie to były moje dwie kreski. Taki przyjazd tam i karteczkę tego, co go spotkało. Na szczęście… myślę sobie, że nie miał łatwego początku, aczkolwiek patrząc na zarys historii, które dziewczyny nam pokazywały na szkoleniach, było super. Bo On jednak miał kogoś – mniej bądź bardziej – ale miał kogoś na kim mógł się oprzeć. Miał człowieka, dzięki któremu myślę też jest trochę taki, jaki jest. Z którym na pewno zawiązał jakąś fajną relację i myślę, że za którym czasami też tęskni. Bo On dopiero teraz o tym mówi. Więc pamięta Tego człowieka i Ten człowiek też dał mu bardzo dużo z siebie. Za co mu dziękuję, bo On potrzebował kogoś takiego, musiał mieć bezpieczną przystań. No to, to było moje zdjęcie USG, czyli historia naszego syna i jego oczywiście takie fizyczne zdjęcie, bo również mogliśmy je zobaczyć. To było nasze takie zdjęcie USG, no i takie nasze spotkanie pierwsze to dla mnie było, jak taki poród, kiedy się pierwszy raz widzisz. Ja pamiętam dokładnie w co był ubrany, pamiętam każdy jego uśmiech. Pamiętam, jak do nas wybiegł. Wiedziałam, że kocha dinozaury, więc pojechaliśmy z dinozaurem oczywiście – z balonem z dinozaurem, ze wszystkim po prostu, co mogłam znaleźć takiego na już i książką. Z resztą i miś, i książka towarzyszą nam do dziś. Nie wiem, czy kojarzą mu się z tym pierwszym spotkaniem, bo On czasami ma teraz takie przebłyski typu na przykład nie wiem… mięso w Lidlu mu się kojarzy z tamtym domem na przykład albo jakieś słowo gdzieś coś usłyszy i nagle ma takie: – O! A ja tam miałem pieska. Więc gdzieś po prostu takie historie, gdzie On je przeżywał wydaje mi się, że je wymazał z pamięci na czas takiego początku u nas, chyba tak dla bezpieczeństwa głowy (tak mi się przynajmniej wydaje), a teraz wracają. Czasami wracają na takim luzie, że po prostu okej odpowiadam na pytania, na które znam odpowiedź, a czasami walą w serce – tak po prostu do samego dna i powodują morze łez. Takie poczucie niesprawiedliwości, że jakby, dlaczego nie mogłam od początku Cię ochronić przed tym, co czujesz teraz, ale jak na swój wiek (ja wiem, że każdy uważa, że jego dziecko jest najcudowniejsze na świecie, ale uważam, że jak na swój wiek), jest mega mądrym człowiekiem. Naprawdę. Myślę, że historia jego też ukształtowała tę mądrość, ale on tak dużo wie, tak dużo rozumie, tak dużo przyjmuje i tak dużo przeżywa. Jest mega wrażliwy. Mega. Jego wzrusza albo załamuje w bajkach to, że na przykład Smerfetka została sama i ona jest teraz taka samotna, no i w ogóle, jak ona może być sama(?), więc ostatnio, było 20 minut płaczu i uspokajania, że na pewno ktoś ją znajdzie i na pewno ją uratuje. Więc naprawdę ma bardzo delikatne serduszko. Ale dla wszystkich mam, które się zastanawiają nad tym momentem, to chcę tylko powiedzieć, że zapominasz, że w pewnym momencie siadam i zastanawiam się jak długo z nami mieszka, że jakby ja: aha no tak, przecież on jest z nami od początku, jakby od samego początku swojego życia to go tutaj nie było. Czasami się pyta nas, gdy ogląda sobie na przykład stare zdjęcia i pyta: byłem tu z wami już czy jeszcze nie? No nie, a bo ja na przykład nie pamiętam, jak ciocia… (nie, też nie będę używać imion) miała swoją córeczkę w brzuszku, ale pamiętam, jak druga ciocia miała swojego synka. Bo synek mojej przyjaciółki drugiej ma dopiero roczek, więc On jakby tutaj to pamięta. Pamięta cały ten proces i chyba to, że moja przyjaciółka była w tym momencie w ciąży, w którym On już z nami był, było też dla nas takim momentem, kiedy On zaczął się otwierać, kiedy zaczął się pytać: a ty mnie nie miałaś brzuszku? A dlaczego ciocia jego ma? A dlaczego tamta ciocia miała swoją córeczkę? A dlaczego ta druga ciocia też miała swoją córeczkę? I jakby na przykład widzi zdjęcia pod telewizorem (u mojej przyjaciółki stoi zdjęcie w ciąży, kiedy była ze swoją córeczką w ciąży) i też czasami pytał: bo ciocia miała ją w brzuszku, a ty mnie nie miałaś, a dlaczego mnie nie miałaś? A czy twój brzuszek będzie tak zdrowy, że będziesz mogła mieć innego dzidziusia, żebym mógł mieć brata albo siostrę? Więc wiecie, że te tematy krążą i krążą, i myślę że gdyby był ciut młodszy, może nie ciut… dużo młodszy w momencie adopcji, to na pewno pytałby inaczej i myślę, że mniej by pamiętał i inne pytania, by nam zadawał. A tutaj, jednak… no tutaj, jednak Go interesuje jego historia i bardzo dobrze, i też to, co nam mówiły dziewczyny na szkoleniach, co jest bardzo ważne, żeby nie ukrywać tej historii, żeby nie wymyślać bajek, bo później z tych bajek nie wyjdziesz, bo się w nich pogubisz. Bo zapomnisz, co mówiłaś, bo zapomnisz, co wymyślałaś. A tak naprawdę wydaje mi się, że każdy ma prawo takiego, do znania swojej historii, no my go wzięliśmy… wzięliśmy… jak to brzmi. Zdecydowaliśmy się na ten krok, wiedząc, że jak kiedyś powie: chcę ich poznać, chcę sobie przypomnieć, chciałbym wiedzieć – no to będę miała takie: Ok, to pamiętasz, że mówiłam Ci to, to, to i to, a teraz pojedziemy do pewnych pań, dzięki którym z nami mieszkasz i poprosimy o kartkę, którą ja kiedyś przeczytałam z tatusiem i będziesz mógł dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebujesz się dowiedzieć. Bo tak naprawdę zmieniliśmy tylko nazwisko. Jest pełnoprawnym naszym synkiem, aczkolwiek był zbyt duży, żeby zmieniać mu imię, to już jest jego tożsamość, to nieważne, czy to imię było moim wymarzonym, czy nie. Drugie imię jest moim wymarzonym. Mogłam mu przy akcie nadać drugie wymarzone imię, więc drugie jest moim imieniem wymarzonym, aczkolwiek to pierwsze nie, bo to jest jego imię i On się z tym imieniem, jakby utożsamia. Także trochę kręcę, trochę zawijam, ale tak jakby to, co mi przychodzi do głowy po prostu mówię. Więc to są takie momenty, które absolutnie pamiętasz, nie zapomina się tych chwil i czasami mam wrażenie, że zapomniałam, jak było przed, ale są chwile, kiedy mi się to “przed” przypomina, i to już jest inna historia. Tak, jak na początku próbowałam to powiedzieć, ale się rozpłakałam, to tak kiedyś usłyszałam, taki dość ładny cytat, że piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc napisz go tak, jakbyś chciała go kiedyś przeczytać. Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami No więc staramy się bardzo pisać ten rozdział tak, żebyśmy z dumą i z radością kiedyś usiedli i powspominali ale było fajnie i żeby On mógł też przejść kiedyś się powiedzieć: ej fajne miałem z wami życie dzięki. Chociaż czasami teraz to mówi, ale spokojnie, to nie jest tylko tak roztkliwijająco, bo awantury też nam strzela, jak każdy normalny dzieciak, więc żeby nie było, że my tylko tak się wzruszamy i w tej miłości się tak zatracamy, bo się zatracamy owszem ale mamy tak kompletnie, absolutnie normalne życie. Takie – nie ani usłane różami, ani bardzo ciężkie, bo to są momenty. Czasami siadamy i nam się po prostu chce wyć z bezsilności, czasami słuchamy tych pytań i chyba, nie umiejąc na nie odpowiedzieć mamy taki ból w środku, że ja nie umiem, ja nie wiem, co mam Ci w tym momencie powiedzieć. Bywało tak, że zaciskałam pięści i zagryzałam zęby i odpowiadałam, a później szłam i wyłam gdzieś żeby, nie widział. Ostatnio zadał mi takie ciężkie pytanie, a propos swojej mamy biologicznej, a ja niewiele o niej wiem i prowadziłam auto, i nie mogłam zacisnąć pięści, i udawać, że jest okej, tylko się po prostu rozpłakałam przed kierownicą. Prowadząc to auto, tu z Nim rozmawiam, tu te łzy po prostu mimo woli mi płynęły, i chyba nawet nie z żalu tylko z takiego przypomnienia, że ona zawsze będzie częścią naszej historii, że ja nie byłam ta pierwsza. On się mnie zapytał, czy może za nią tęsknić, że on jej nie pamięta, lecz mógłby za nią tęsknić, więc mówię no oczywiście, że byś mógł. I było takie: dziękuję, to troszkę tęsknię. I rozwaliło mnie to na kawałki, i zapytał się: a dlaczego ty płaczesz? A ja mówię: – Wiesz co Misiu, płaczę, bo jest mi troszkę przykro, że tęsknisz za tą panią, a ja nie umiem Ci nic o niej powiedzieć i jest mi troszkę przykro, że nadal to nie ja mogłam Cię mieć w tym brzuszku. Więc to było takie trochę rozwalające, ale takie też budujące, że no właśnie, później płynnie do tego przejdziemy, bo my o tym rozmawiamy. Ja po prostu potem Mu tylko przypomnę tę rozmowę: słuchaj byłeś zainteresowany tym, pamiętałeś to, co chciałbyś jeszcze wiedzieć, bo może teraz będę umiała odpowiedzieć Ci na więcej pytań? No to to są te takie chwile ciężkie rozwalające, są po prostu kapiące miłością, samym szczęściem, nie tylko i wyłącznie łzami wzruszenia. Ale jest życie. Jest takie życie jak masz Ty i każda inna biologiczna mama i czasami tak siadam, i mówię do mojej przyjaciółki: Boże ja oszaleję, po prostu zwariuję. Co On robi – kolejną awanturę o nic, (dla mnie o nic, dla niego pewnie o koniec świata) i słyszę po drugiej stronie: – Ale ja mam to samo chodź na kawę. Bo jestem normalną mamą, jestem mamą, która jest zmęczona. Jestem mamą, która… ja się nie mierzę z takim uczuciem: o Boże, nie ja nie mogę mu czegoś tam powiedzieć, nie mogę na niego nakrzyczeć, nie mogę dać mu kary, nie mogę po prostu nie wiem powiedzieć – ej koniec cisza stop, bo jest dzieckiem, które ma swoją historię. Nie On jest moim synem, jak mnie zdenerwuje to mnie denerwuje, jak odwala to odwala, jak powinien się uspokoić, to to się uspokaja, także tutaj, jesteśmy normalne drogie mamy. Drogie mamy, które się zastanawiacie nad tym, jak będzie wyglądało Wasze życie. Będzie dopełnione, będzie piękne, będzie ociekające miłością, ale będzie też trudne i takie normalne, więc jak Wasze przyjaciółki mają dzieci z brzuszka, a nie z serduszka to będziecie mieć takie same problemy. W pewnym momencie będziecie mieli bunt pięciolatka, awanturę, że nie taką bluzkę mi naszykowałaś do przedszkola i ja w ogóle nigdzie nie idę cześć pa. Tak dokładnie (Zosiu) – tak kiwasz głową, tak znasz to. Także to wszystko jest normalnym życiem, częścią życia normalną. I chyba najbardziej, co mnie wzrusza w tym wszystkim, to jest relacją, jaką nawiązał z Jackiem, moim mężem. Jakby tutaj, to jest po prostu kosmos, bo On w ogóle od początku wolał facetów, On chyba bardziej im ufa i chyba jest taki bardziej do nich otwarty, przywiązany. Jasne są ukochane babcie, ale też jest dziadziuś, jest mój brat, który jest po prostu guru wszystkiego. Absolutnie, jakby – jak już On powie to jest świętość i w ogóle On pozwala mu na wszystko, na wdrapywanie się na drzewa też. Są też dwie ciocie, które dały mu przestrzeń, które były ze mną od początku do końca, właściwie od początku walki do momentu póki nasz syn nie pojawił się w domu i One dały mu przestrzeń. On wszedł do tej ekipy, do tej rodziny i One pozwoliły mu wejść na jego zasadach, czyli to On zdecydował, kiedy przybije im piątkę, kiedy będzie gotowy się przytulić, kiedy będzie gotowy usiąść na kolanach, i po prostu to były takie dobre ciocie z tyłu i czekały. I są ulubionymi ciociami, bo On poczuł, że może wejść taki, jaki jest, że nie musi nic robić na siłę, że nie musi zabiegać o jakiekolwiek względy, bo był traktowany tak, jakby był traktowany, jakby wszedł jako bobas. Więc One zrobiły mu takie piękne wejście, i myślę, że też jest Im za to wdzięczny, i bardzo często o nich mówi. Lubi spędzać z nimi czas, więc wydaje mi się, że tutaj to też było dla nas ważne, żeby bo wiesz… to tak jak się zapytałyście jak społeczeństwo (zareagowało) i nasza najbliższa ekipa. Nie wszyscy weszli z takim… może nie pozytywnym nastawieniem, ale takim zrozumieniem i każdy ma prawo tego nie rozumieć, bo to jest nasza decyzja i nasza droga, a nie każdy musi robić wokół tego „wielkie hura, ja super, super”. Nie. Nie rozumiesz tego, nie do końca… to może nie chcę powiedzieć akceptujesz, bo nie poczułam, że to nie było zaakceptowane, ale takie: Czy wy jesteście pewni? Ale tak na 100%? Wiecie, bo to jest jednak, to jest jednak nie wasze dziecko! To było chyba takie przykre, ale później powiedziałam: słuchaj, to nie uczestnicz w tym. Nie musisz w tym być. To ty mi pokażesz, jak jesteś dorosła, jak dużo sama dźwigniesz. No po czasie okazało się, że świetnie sobie z tym poradziła ta osoba, ale miała dużo wątpliwości. Chyba dużo więcej niż my i chyba… i chyba to rozumiem. Znaczy „nie chyba”. Rozumiem to, bo ja nie miałam wątpliwości. To jest tak, jak my przeczytaliśmy całą jego historię i no dziewczyny wyszły, żebyśmy mogli dosłownie na gorąco coś tam przegadać no i one wyszły. My zostaliśmy z tym zdjęciem z tą kartką popatrzyliśmy się na siebie i było takie: TAK. To było takie, tak oczywiste, tak ja chcę, więc zapytałam: ale Ty jesteś taki pewien, czy to mówisz dlatego, że ja chcę to usłyszeć, czy rzeczywiście? – Tak, ja to czuję. Ja to chcę, ja chcę jak najbardziej. Więc One weszły. No to co do jutra się zdzwaniamy mówimy: – Nie. My chcemy już iść. My wiemy dziś. Pamiętam która była godzina, pamiętam jaki był dzień tygodnia, po prostu pamiętam datę. Wszystko pamiętam i powiedzieliśmy, że my byśmy bardzo chcieli, tylko jak najszybciej się da. No to chyba umówiliśmy się dosłownie za 3 dni później i mieliśmy blisko, więc mogliśmy jeździć do niego właściwie codziennie, bądź co drugi dzień. Wszystko to, co było najtrudniejsze w tym czasie to było to, że musieliśmy Go odwozić i zostawiać, bo i tak my wracamy w pandemii. My jedziemy razem do tego domu, On tam zostaje i nie zostaje sam fizycznie, ale zostaje sam – zostaje bez nas. Bardzo szybko się przywiązał. Bardzo szybko i chyba najbardziej pękały serca, jak ze łzami w oczach musieliśmy Go po prostu zostawiać. Na szczęście nie trwało to długo, bo historie naszych znajomych właśnie z ośrodka, no były dużo cięższe i tak naprawdę emocjonalnie, i chyba tak też czasowo, a u nas poszło bardzo szybko. Trochę też z uwagi na osoby, które do tej pory sprawowały nad nim opiekę, ale może tak miało być. I właśnie dzięki temu to było takie pstryk, więc jak ja poszłam po tych wakacjach do pracy na 3 tygodnie. Pani dyrektor (w pracy) usłyszała, że: to cześć widzimy się za rok, bo ja znikam. One… no wiedziały, że my się staramy, ale to już trwało ze dwa lata. Więc jakby nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy ten telefon zadzwoni, Ona wiedziała, że my skończyliśmy kurs, że czekamy na ten telefon, ale przecież nikt mi nie powie, kiedy to będzie. A należał nam się normalnie pełny roczny macierzyński. Więc zniknęłam na rok. Wróciłam już do pracy. To też była nowa rzeczywistość i szczerze mówiąc, to na pewno jest zupełnie inny rok niż z takim bobaskiem. Słodziutkim. Ale to był taki rok właśnie zawiązywania więzi, poznawania się, bycia 24 na dobę i takiego turbo zmęczenia psychicznego. Takiego, że ja po prostu ja wiem, że ja sobie dużo nakładłam do głowy, i to chyba złota rada, nie nakładajcie sobie do głowy nadmiaru, ale tego się nie da nie zrobić. Po prostu no nie da się. I wiem, że wy jako mamy takie biologiczne też sobie za dużo nakładacie… tak, prawda? No dokładnie, no jakby nie ma opcji, żeby nie wymagać od siebie za dużo. I dopiero po tych dwóch latach uczę się tego, że przecież jakby: halo nie jesteś żadną heroską – jesteś człowiekiem. Masz prawo się zmęczyć. Masz prawo powiedzieć: – Ej mam dość, muszę usiąść w ciszy. Masz prawo wyjść na spacer i po prostu nie mieć wyrzutów sumienia, że przecież zostawiasz tego rozdyganego małego człowieka, bo się na coś zdenerwował, nie potrafi się uspokoić, przecież zostawiam go z tatą. Nie zostawiam go samego. Halo! Ja też potrzebuję złapać wentyl jakiś. Więc no pod tym względem jesteśmy absolutnie normalnymi ludźmi. I po tym roku takiego piękna mieszającego się z trudem, wróciłam do pracy, i to było chyba też takie najlepsze dla nas, że każdy znalazł swoją taką cząsteczkę w rzeczywistości, czyli On ma swoje przedszkole, ulubionych kolegów, ciocie, ja wróciłam do pracy i poczułam, że znowu, jakby mam sprawczość zawodową i lubię to bardzo. No i mój mąż, który cały czas był w pracy, ale odkryliśmy w międzyczasie, że On ma takie prawo do kilku dobrych tygodni takiego właśnie bycia z nami. Więc cały magiczny pierwszy grudzień był z nami. Bo ten grudzień jest taki magiczny. Czeka się bardziej na dwie kreski, w tym grudniu czeka się bardziej na tego bobasa i te magiczne życzenia dotykają bardziej i dobrze wiemy, bo niejeden podcast o tym już nagrałyście, że to jest po prostu najcięższy czas w roku. On wreszcie mógł być najpiękniejszy. Mogliśmy być we trójkę. I tak 24 godziny na dobę. Więc ten pierwszy grudzień był taki nasz kompletnie od pierwszego do ostatniego dnia grudnia. Więc tutaj była taka magia. Taka magia, na którą czekaliśmy 8 lat. Więc zadziała się ta magia: pierwsze pieczenie pierniczków, ubieranie choinki – same wzrusze. Tutaj to było piękne. I pierwsza wigilia. To chyba były też pierwsze święta, na które czekali też moi rodzice. I dziadkowie, którzy jeszcze mają okazję Go poznać. Mają prawnuczka. To też było takie, że ja miałam radość w sobie, że ja mogłam Im to dać. Oprócz tego, że oczywiście to jest nasza historia. Nasza część życia, to ja mogłam dać to Im. Ja widziałam, że Oni tak bardzo na to czekają. Wiadomo – nikt nie wie, kiedy Ci rodzice odejdą z tego świata i oby odchodzili jak najpóźniej, przecież nie masz tej pewności, że zdążysz, że Oni poznają Twoje dziecko. Na szczęście są. Na szczęście cieszą się tym po prostu niesamowicie, ale bywały dni, kiedy z tyłu miałam głowy: – Boże, a jak ja nie zdążę, przecież Oni czekają tak bardzo, jak ja. Co jeśli nie zdążę? Co jeśli kogoś takiego turbo bliskiego mi zabraknie, a nie zdążę podzielić ze mną tego szczęścia? Więc to były pierwsze takie święta, kiedy ja miałam takie: ZDĄŻYLI! I moja babcia i mój dziadek i Oni jeszcze są i Oni się nim jeszcze cieszą, więc to jest takie: Łoooooł, udało się. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Więc jeśli któraś para gdzieś w środku czuje, że to jest…, to może być ich droga, to przede wszystkim musicie być tego w 100% pewni. Oboje. Tu nikt nie może nikogo namawiać. Tu nikt nie może nikogo przekonywać. Tu nikt nie może powiedzieć: słuchaj, bo może to jednak nie jest dobry pomysł, bo to nie wyjdzie. To nie wypali. Tutaj musi być takie 100%. Moje 100%. Twoje 100%. Bo nas też zaskakuje wiele rzeczy, to, że my byliśmy narażeni na najgorsze historie na zajęciach, to że my tak dużo rzeczy słyszeliśmy, to wcale nie oznaczało, że my teraz na lajcie (lekko) podchodzimy do tych naszych historii, bo jest ciężko. Nie. To trzeba wiedzieć, że trzeba się mierzyć z różnymi ciężkimi rzeczami i różnymi ciężkimi tekstami. Jak każdy rodzic w takiej furii dziecka usłyszy: – Ej nie lubię cię, nie kocham cię, nie jest fajnie, że jesteś moją mamą. To nas to boli troszeczkę inaczej. No bo… halo… Jak kiedyś będziesz nastolatkiem i mi wykrzyczysz w buncie nastoletnim: nie jesteś moją mamą. To może dotknie mnie to troszkę bardziej niż taką mamę, która rzeczywiście fizycznie urodziła swoje dziecko. Więc z tym wszystkim trzeba się mierzyć i myślę, że trzeba być takim naprawdę w 100% pewnym. Nie miałam wątpliwości, ja naprawdę nie miałam wątpliwości. I w takich momentach jego krzyku, nie miałam takiego czegoś: Boże, po co ja to zrobiłam. Tylko miałam bardziej takie: Boże, to będzie jednak takie naprawdę ciężkie. Wiedziałaś to, ale jednak czujesz, że to jest ciężkie. Więc wydaje mi się, że namawianie męża, albo namawianie żony, bo to nie zawsze musi być tylko sugestia ze strony kobiety, na to, żeby iść tą drogą – nie ma sensu, jeśli ta druga osoba tego nie czuje. Tak samo jak wiesz – nie wszyscy chcą mieć dzieci. No umówmy się – nie wszyscy muszą mieć dzieci. Przecież nikt nikogo nie zmusi do tego, żeby założył rodzinę w której są dzieci. Są osoby, które marzą o tym całe życie i zrobią wszystko, żeby te dzieci mieć. Ale są osoby, które nie czują tego. I myślę sobie, że lepiej, żeby ich nie mieli, jeśli są świadomi tego, że nie będą na to gotowi, niż mieli je na siłę, bo świat albo społeczeństwo od nich tego oczekuje. Myślę sobie, że takie “100% chcę to zrobić”. Z takim założeniem, że OK, mogę mieć chwilę zwątpienia, no ale czy biologiczni rodzice czasami też nie mają takiego: – Boże, co tu się w ogóle wydarzyło w tym naszym życiu. Kiedy było mi źle, w tych książkach, czytaniu w spokoju i piciu ciepłej kawy? Wydaje mi się, bo mam przyjaciółki, które też mają dzieci zdrowe, normalne, dokazujące, więc wiem, że to, że ja tak czasami odczuwam, nie świadczy o tym, że jestem jakimś złym człowiekiem albo mamą, która nie powinna nią być. Absolutnie. To też mi dużo dało, te moje przyjaciółki, które tak stawały i mówiły: – Halo, ja też się tak czuję, ogarnij się, to jest normalne! Czasami ten kopniak w przysłowiowe cztery literki był potrzebny, do tego, żeby się otrząsnąć i sama moja przyjaciółka wie, że te kilometrowe wiadomości, albo te godziny wykrzyczane i wypłakane przez telefon były na wagę złota. I myślę, że Ona jest świadoma tego, że dzięki jej wsparciu tak naprawdę (dałam radę), i największemu wsparciu mojej mamy, i chylę jej czoła. To jest taki mój dobry anioł, który stoi dosłownie tutaj z tyłu za plecami i za każdym razem wiem, że jak po prostu jest jakiś taki moment dramy, to jest pierwszy telefon mama albo ta moja przyjaciółka. Więc swoją drogą – nasze dzieciaki są w bardzo podobnym wieku i się bardzo uwielbiają. Mimo różnicy płci się naprawdę uwielbiają. Druga przyjaciółka urodziła synka, więc tu jest takie wielkie zaskoczenie, bo jest taki malutki, taki słodziutki, ma roczek – już zaraz będzie tu biegał, ale nadal mój syn jest taki zachwycony nim strasznie. Ma też kuzynów, którzy są w bardzo podobnym wieku, więc On się, tak jakby wstrzelił idealnie wiekowo, datowo – no tak miało być. Gdyby był bobasem, to byłby dużo młodszy od wszystkich tutaj naszych ekipowych dzieciaków. A On jest właściwie w identycznym wieku, no ich różni, czasem pół roku, czasami rok. Także jest to idealny wiek. Ja sobie kiedyś powiedziałam, że ja do trzydziestki, po prostu do trzydziestki muszę zajść w ciążę. To musi być ten magiczny rok 2020 i ja po prostu tu muszę być w tej ciąży, bo to jest jakby taki koniec. Trzydziestka i koniec. Zresztą Ty wiesz, 30-tka mi się kojarzą te Twoje baloniki i 30-tka jest to taka meta. I ups. I 2020 rok się skończył. No i ups. I skończył się 2021 i ups… I było takie: ej, nie zdążyłaś. Koniec. To marzenia wtedy tak prysły i myślałam, że to koniec. I co się okazało… MOJE DZIECKO, URODZIŁO SIĘ W 2020 ROKU. Pamiętam, że robiliśmy swoją wspólną 30-tkę, tak jakby pomiędzy moją a Jacka. On kwiecień, ja październik – więc tutaj był taki moment, że my w wakacje sobie zrobiliśmy. A nasze dziecko urodziło się 25 sierpnia. A w sierpniu robiliśmy 30-tkę. I dmucham te świeczki, i myślę: masz jeszcze kilka miesięcy – zdążysz. Na 2020 zdążysz. I On się urodził właściwie w momencie, gdy my świętowaliśmy i dmuchaliśmy świeczki “masz zdążyć”. Więc powiedz mi, że wszechświat nie ma swojego fantastycznego planu, który jest inny niż Twój – no ma. Ja się tego trzymam. Ja wierzę, że ktoś na górze gdzieś już sobie ten plan zapisał dużo wcześniej, niż ja sobie go wymyśliłam. Tak pewnie siedział sobie tam – i myślał, i stukał się w głowę, i mówi: dobra weź Paulina, ja wiem, co robię. Ja wiem po prostu, ty tylko ogarnij, ty tylko zaufaj. Daj tutaj swoją przestrzeń, żebym ja mógł podziałać. Bo ciągle mi wchodzisz w drogę. To też był taki sprawdzian wiary mojej, jak już tak jestem przy tym temacie, to to był sprawdzian mojej wiary, bo obydwoje z mężem, no tacy jesteśmy wydaje mi się wierzący. Z praktyką bywa różnie, ale dzięki kuzynce mojego męża trafiłam na świetnego księdza. Po prostu takiego wiesz – najpierw człowieka, a później człowieka, który jakby ma swoją konkretną posługę. On udzielał też chrztu naszemu dziecku. Jest taką częścią też naszej historii, bo to On powiedział… pamiętam, jak postawił przed nami taką… nawet nie chusteczki, tylko postawił przede mną rolkę ręcznika papierowego, jak mówiłam, że: – Wiesz, że będę wyć. odpowiadał: – Wiem, smarkaj. I po prostu wylałam wszystko, co mogłam, to była taka terapia dla mnie, tylko wiesz, nie u psychologa, tylko u księdza. Ja tam krzyczałam: – Co ten Bóg sobie wymyślił, ileż można Go prosić, ileż można się modlić. Halo, On nie słucha. I w ogóle nara i nie będę chodzić do kościoła, bo po co mi to jest – nie słuchasz mnie to cześć. Więc się obraziłam, tupnęłam nóżką, odwróciłam się plecami i powiedziałam, że w ogóle – no to sie masz. No i teraz za to “sie masz” mogę dziękować, bo On jakby miał magiczny plan na to wszystko, więc dobrze, że tak zrobił. Myślę, że z czasem się widzi takie rzeczy, w konkretnym kulminacyjnym punkcie masz bunt na wszystko i na wszystkich. Na przykład nigdy nie miałam takiego momentu, że irytowały mnie osoby, które są wokół mnie w ciąży, ale strasznie mnie bolało. Ja pamiętam absolutnie każdą informację o ciąży, czy to było 9 lat temu, czy 4. Chyba najłatwiej przyjęłam informację o tej ostatniej ciąży, mojej przyjaciółki, gdzie ten mały człowiek ma już roczek. I to Ona też mi powiedziała: – Wiesz, jak ja się cieszę, że ja jestem w ciąży wtedy, kiedy jest już Twój syn z Wami, bo ja się tak bałam o tym powiedzieć, a teraz mówię tak z taką radością, z taką ulgą. Bo jesteś już po tej stronie macierzyństwa i fajnie, że w tym momencie jestem ja (w ciąży). Chociaż pytała też, czy nie boli mnie fakt rosnącego jej brzuszka. W ogóle nie. Ja chyba tę jedną, jedyną ostatnią ciążę przeżywałam już z takim… nie chcę powiedzieć, że tamtych nie przeżywałam z radością, bo je się cieszyłam z dziewczynami. Ja wiedziałam, że każdy czeka i wszyscy, którzy chcą, to mają… Mam takie marzenie, że jeśli chcesz, żeby Twoje marzenie się spełniło, no to niech ono się spełnia. Super, że się spełnia. Ja trzymałam kciuki, żeby te dzieciaki były zdrowe, żeby wszystko było ok. Ale to bolało. I wiesz doskonale, co czuję, bo to tak bolało. Każde zdjęcie USG, ja pamiętam, co robiłam w konkretnym momencie, konkretnej informacji. To było takie, że nie czułam tam buntu, ale czułam tam taki żal, że w ogóle fajnie, że Ci się udało, trzymam za Ciebie bardzo mocno kciuki, niech wszystko było ok. Tylko dlaczego znowu nie ja. Halo! I wiesz, to były takie ciąże, gdzie nikt nie musiał walczyć: a idę zrobić sobie dziecko. I bach. Dzień dobry, następny cykl – ja jestem w ciąży. Tutaj będziesz ciocią. Jak to się dzieje w ogóle. To jest takie niesprawiedliwe. Ja wtedy miałam takie myśli – świat jest niesprawiedliwy i Boże widzisz to? Widzisz znowu. Ona nie chciała… znaczy chciała, ale nie musiała postarać. Jakby po prostu jej to przyszło. No nie jej wina, że mi nie przyszło, ale jednak ból gdzieś towarzyszył. Więc bunt też był oczywiście ogromny. A teraz jest już po prostu Żyćko. I myślę, że to żyćko już jest takie… wydawało mi się, że będzie mi się łatwiej podzielić tym, bo to jednak dwa lata już minęły. A to jednak tylko dwa lata. I chyba takie wracanie do początków nie boli mnie już tak. Na przykład mówię o tych ciążach i mam przed oczami takie obrazy, że dobra tu było tak, tu było tak. Od niej dowiedziałam się w taki sposób, a od innej tak. Od jednej przyjaciółki dowiedziałam się listownie – po prostu. Wręczyła mi kopertę, bo nie umiała mi tego powiedzieć prosto w twarz i to była ta, która się z Wami podzieliła swoim testem ciążowym – była na jednej Instastorce? Ona mi wtedy tego nie powiedziała i absolutnie na tym zdjęciu, nie mogłam się w ogóle domyślić, że to mogła być Ona. Ale miałam takie: o ja, to chyba jest Ona? I przepikiwałam sobię cały czas tę Waszą storkę… i mówię: to jest chyba Ona. No ale przecież mi o tym nie powiedziała, przecież by mi powiedziała. Halo. Jakby staramy się razem. No i nie umiała. Dała mi list. Więc wszystkie te momenty pamiętam. I zastanawiam się, który był najtrudniejszy i chyba ten był jednym z takich, który mocno mi się wyryły w pamięci, bo to była taka równa walka. Szliśmy razem. Te dwie pary. I nam się nie udało, a im się udało. Więc to pamiętam doskonale. Jej córa jest zdrową sześciolatką, równie szaloną jak jej mam i z zakręconymi włosami. Aczkolwiek wszystkie momenty pamiętam i wszystkie się wyryły, ale jak teraz o tym mówię, to myślałam, że gdzieś jeszcze mnie to w środku dotyka, ale chyba już nie. Chyba to jest takie czyste wspomnienia, że to było, że to jest też część naszej historii i super, że te dzieciaki są. I super, że te mamy mogą się cieszyć z bycia mamą. I super, że noszą te same problemy, co ja i słuchają tych buntów. Fajnie, że mogłam wejść wreszcie w ich historię. Fajnie, że mogłam być taką częścią… wiesz, fajnie jest być “ciocią na medal”. Super jest być ciocią i w ogóle fajnie jest rozpieszczać te dzieciaki, spędzać z nimi czas. W tych wózeczkach, te spacery, to jest super. I cieszyłam się tym całą sobą, w każdym momencie w którym rzeczywiście, gdy byłam na spacerach i spędzałam z nimi czas. Ale zamykają się ich drzwi, wsiadasz do auta i jest takie: kuźwa, ja też tak chcę. Dlaczego jestem tylko ciocią. To teraz mam. Co prawda, gdzieś w środku mam takie… znaczy ja się nabyłam w tych wózeczkach, w tych kółeczkach, w towarzyszeniu im jako ciocia. Jak to moja przyjaciółka mówi: – Wiesz, ominęła Cię ta orka, tego wszystkiego, wiesz tych ząbków, tego płaczu, tych kupek, tego wszystkiego… I niby fajnie, że mnie ominęła, że mnie ta orka ominęła, jakby tutaj – nie jestem tym zmęczona. Wiem, że moja orka (w cudzysłowie oczywiście) jest trochę na innym pułapie i poziomie, ale czasami tak sobie siadam i mam takie: jacie, ja nie widziałam, jak Ci rosną pierwsze zęby. Kurdę, ja Ci nie przewijałam pampersów. Ja nie nosiłam takiego bobaska. On teraz czasami chce, żeby Go nosić. Ale już jest ciężki, to nie da się już tak, jak bobasa położyć. Więc nosimy – i nie ma, że nie noś, bo przyzwyczaisz. Po prostu nosimy, bo On tego potrzebuje, ale wiesz tak – ponoszę, ponoszę i muszę usiąść. No to Cię po przytulam na siedząco, chodź tutaj. Jest czasami takie kłucie w sercu – ten Twój pierwszy krzyk, te Twoje płacze w nocy… Ja wiem, że każdy rodzic, no może nie wspomina tego jakoś rewelacyjnie, bo to jest pewnie turbo zmęczenie, ale jest takie trochę uczucie, że zostało mi to odebrane, a właściwie nie…, nie było mi to dane. Nie było mi to dane, że pierwszych kroczków nie widziałam, no nie wiem… wiesz, wszystko takie, co Wy możecie sobie wspomnieć, a ja tego nigdy tego nie wspomnę. Nie opowiem Mu o tym. No i najgorsze jest chyba też to, że On nie ma… żyjemy w XXI wieku, wszyscy mają filmiki, zdjęcia, a my tego nie mamy. I On często o to wypytuje: zobacz, ciocia ma takie malutkie zdjęcia swojej córeczki, a ty masz moje jakieś stare? Więc tak naprawdę jakieś pierwsze filmiki, nagrania to są z takich pierwszych dni i czasu kiedy u nas był. Pierwsze nasze spotkanie, my oczywiście wszystko to fotografowaliśmy i nagrywaliśmy, bo chciałam, żeby to było taką podstawą do części jego historii, i czymś, na czym się będę mogła podeprzeć, żeby mógł sobie to zobaczyć. Jest kilka filmików, które Go turbo śmieszą, bo był jeszcze takim…:to nie, to nie, daj – nie, noś… wszystko takie, co jest typowo dziecięce. I On się z tego śmieje. On się cieszy, że może to obejrzeć. Czasami sam prosi: pokaż mi jak byłem mały. Ale czasami pyta, czy mam takie zdjęcia jak był małym bobaskiem. A ja nie mam skąd Go mieć. Więc tego po prostu pokazać mu nie mogę, więc to też jest takie czasami przygnębiające. Szkoda, że nie mogę Ci tego pokazać. Nie mogę tego opowiedzieć, nie mogę tego wspomnieć, ale no mówię bardziej w swoim imieniu, ale wydaje mi się, że mój mąż ma bardzo podobne do tego podejście. Czasami o tym po prostu siadamy oboje i przegadujemy. Więc ciężko mi o tym powiedzieć z perspektywy faceta ale uwierzcie kobiety, że facet przeżywa to równie mocno. Myślę, że tak samo jak walkę o dziecko. No nie? Doskonale o tym wiecie, że Wasi mężowie byli z Wami mocno, i wydaje mi się, że też warto o nich mówić, i o nich pamiętać. To jest ten filar, przynajmniej ja mam taki filar w postaci mojego męża. Ja mu tak wielokrotnie powiedziałam, że… wiesz, gdyby nie Ty, to ja bym się tak rozsypała, że po prostu koniec. To jest taka tarcza, nawet teraz: – Eej, On Ci nie da tego nagrać, wezmę go na rower. Jakby to jest tak oczywiste, że On jest w tym wszystkim, że On towarzyszy, że spędza z nami czas, że to nie jest, że Mu bardzo dziękuję – bo On jest pełnoprawnym rodzicem. Ale jest takim filarem i taką, jak ja Go nazywam – oazą spokoju i moja mama mówi: – Proszę bardzo. Twoje dziecko, jest kopią Ciebie z dzieciństwa. A masz! Bo ty się wiecznie darłaś, że byłaś taka, że ciebie wszędzie było pełno. Wiesz kiedy przestawałaś mówić? Jak spałaś. I On jest identyczny. Musiał się z Tobą przywitać, po prostu pomachać, powiedzieć cześć. W ogóle nie odpuściłby. No i mama się zawsze śmieje, że jak Ona Go widzi, to Ona ma mnie przed oczami sprzed 30 lat, że to jest po prostu kopiuj-wklej. Kopiuj-wklej masz po prostu swój taki mini charakterek biegający. Więc najczęściej my się trzemy. Wiesz – ja mam swoją siłę – Ty masz swoją. Z samą sobą walczę czasami. A On jest taką naszą oazą spokoju. On jest taki racjonalny, On jest taki: – Dobra weź, już odpuść. Już sobie usiądź. Dobra, ja w ogóle ja się w to nie wczuwam, daj mu niech sobie pokrzyczy. Ja się czasami zastanawiam, jak On ze mną wytrzymuje, serio. Do tego wszystkiego mamy psa, o dziwo śpi (obym nie zapeszyła), bo ona ma charakter mój i mojego syn, więc po prostu wiesz – turbo rozdarta i wszędzie jest jej pełno. I On. Jeden. Z całej czwórki domowników jest taki spokojny. Chociaż On też się potrafi wkurzyć (żeby nie było, że On jest takim aniołem chodzącym – bez przesady:)), ale myślę, że gdyby też nie On, to dużo z tych rzeczy też się nie miałoby prawa wydarzyć. Bo jednak… super jest mieć wsparcie w mamie, w rodzicach, w rodzeństwie. Świetnie jest mieć najlepsze przyjaciółki świata, które Cię zawsze wspierają, ale jednak, ta historia zamyka się w czterech ścianach domu i tak naprawdę ona tam się toczy najbardziej. I wydaje mi się, że jeśli nie masz takiego poczucia, że masz kogoś, kto jest 100% za tobą, to czasami jest ciężko. Myślę, że nie tylko w tej kwestii, bo w kwestii każdej życiowej. W kwestii walki. W kwestii leczenia. W kwestii wszystkich lekarzy, badań – wszystkiego. Bo jak nie masz filaru – to leżysz po prostu i czasami ciężko Ci się podnieść. Mnie też ciężko było się podnieść, ale miał jakby kto z tej podłogi podnosić, z tej rozpaczy. Teraz też jest świetną opcją wsparcia w tym życiu, życiu po adopcji. I czy się zmieniło (życie)? Zmieniło się. Jest pełne. Jest pełne łez wzruszenia i chaosu też, ale jest pełne. Więc na ten chaos też człowiek czekał, więc jakby w ogóle – o co ci chodzi, przecież Ty tego chciałaś. Ten chaos jest wpisany w Żyćko. No więc tak, zmieniło się. Zmieniło się, ale czy tak diametralnie? Ja naprawdę czasem mam wrażenie, że ja nie pamiętam czasu przed. To są naprawdę tylko dwa lata, a ja po prostu, sięgając pamięcią… ok, przecież ja wiem, co się działo w naszym życiu, ale czasami tak się pytam: – Ej, też masz tak, że Ty się czasami zastanawiasz, ile On z nami mieszka, że zapominasz absolutnie, że On nie jest z nami od początku. – Tak, bardzo często. I to nie jest tak, że my siadamy i codziennie pamiętamy – tak, dzień dobry nasz adoptowany synku, jakby witamy Cię po raz kolejny w naszym… Nie. Absolutnie. Zbudzisz się, Boże jest wpół do siódmej, idź do siebie jeszcze na 5 minut. Chociaż teraz to wpół do siódmej jest rewelacyjnie, kiedyś to była 5:30, albo 6:00 i jakby, idź spać synu, masz jeszcze 4 lata, 5 za chwilę – ogarnij spanko. Ale jak śpi do 8:15 to sprawdzam, czy oddycha, bo to jest nienaturalne. Więc mówię, mam absolutnie normalne życie. Więc drodzy ludzie, którzy czujecie, że wyczerpaliście swoją drogę w staraniu się o dzidziusia w sposób naturalny, bądź w sposób, który medycyna oferuje, albo po prostu medycyna i wszystko inne mówi: przepraszam, ale tu nic się nie da więcej zrobić i macie z tyłu głowy lampeczkę – może by jednak pomyśleć o adopcji? To usiądźcie przy dobrej ciepłej kawce. Przy ciachu, legalnym, żeby nie było – z przepisów Akademii;). I sobie przegadajcie. Nie wiem, może rozpiszcie wszystkie za i przeciw. To na ile jesteście gotowi. Pomyślcie też o tym, kto fajnie by było, żeby Was wsparł. Taki ktoś, kto po prostu będzie z tyłu. Do kogo będziecie mogli wyjść, zadzwonić, pogadać. Naprawdę, to wsparcie jest nieocenione. Ja sobie myślę, że Ci wszyscy ludzie, którzy są za nami, czasami sobie nie zdają sprawy, jak bardzo cenni są. Bo naprawdę, to, że My jesteśmy dla siebie turbowsparciem, to, myślę, że my też czasami potrzebujemy tego wyjścia na zewnątrz, i tego pogadania o tych domowych takich problemach. Bo my nie jesteśmy ludźmi bezproblemowymi, my nie mamy takiej bańki miłości. Mimo tego, że jesteśmy dla siebie takim turbowsparciem i kochamy się nad życie. Ja sobie nie wyobrażam żyć bez mojego męża. Absolutnie! (Mam nadzieję, że On beze mnie też nie). Ale potrzebujesz tego wentylu wyjścia z czterech ścian, z tej chałupki, gdzie toczy się normalne życie i są normalne problemy. Wszyscy mamy je podobne bądź zbliżone. I ci ludzie, to jest taka po prostu Twoja baza, taka – ej, wychodzę, mam Ciebie, mogę zadzwonić. Przecież moja przyjaciółka już tam przebiera nóżkami i czeka, aż jej napiszę, że już skończyłyśmy nagrywać. Ona się tak jarała, że wczoraj już: – Ej, stresujesz się, czy się jarasz, bo ja się tak jaram i będę mogła dziś posłuchać. Więc to jest takie fajne. Oprócz tego, że towarzyszysz mi w tych takich ciężkich momentach, to jarasz się ze mną tym. Bo ja się teraz już w ogóle opowiadam, tu sobie trochę popłaczę. Widzę Ciebie (Zosiu), widzę Twoje reakcję, Twój uśmiech i to kiwanie głową – tak, też, jestem mamą, to teraz już czuję taki luz. Ale jak się zgodziłam, to miałam takie: ej, co ty w ogóle robisz, skręt żołądka będzie nie z tej ziemi ze stresu, a wczoraj już miałam takie mrowienie i mówię: ale będzie fajnie, ja cię kręce, będę w internetach. I to jest takie zataczanie kółeczka o tych magicznych koniczynkach, które zrywałyście i które wysłałyście, i przysięgam Ci, że ja byłam turbo-wzruszona, że ja dostałam ten liścik. Ja go później gdzieś tak wcisnęłam, że nie miałam pojęcia, gdzie on jest. Do swoich przydasi pewnie. Wszyscy mają przydasie i wszystko się przyda, ale nie wyrzucajmy tego – i on gdzieś sobie leżał i ja tak sobie pomyślałam: no tak, te czterolistne koniczynki, to wszystko przecież jest super, że ty tak jakby masz ciągle takie marzenie, ale…no pewnie komuś się spełniło. Ale no nam… znowu nie. Super, że dziewczyny mnie to wysłały, ale jest, kiedyś sobie o tym wspomnę… i serio ja to znalazłam w momencie, kiedy ogarnialiśmy tutaj pokój. Tak jak Wam napisałam, po prostu usiadłam, otworzyłam tę kopertę, mówię, co tu jest? Co to jest za koperta, jakiś dokument? Otwieram. Mówię: – Ej koniczynko, spełniłaś swoje zadanie. Dzień dobry bardzo. Fajnie, że jesteś. I to była pierwsza myśl, że ja muszę do Was napisać. Te koniczynki serio – to jest magia w najczystszej postaci. Teraz wiem gdzie jest ten list. Ma swoje magiczne miejsce. Ja czasami sobie do niego tak zaglądam i jak odezwałyście sobie storkę (rolkę na Instagramie) wtedy też, właśnie o tych koniczynkach, że ja do Was napisałam i później zobaczyłam ten post, i się tak zalewałam łzami, że w ogóle: – Ej, hi (cześć), wiesz ile lat temu marzyłaś o tym, żeby móc mieć jedną storeczkę, że ci się udało, a ty jesteś… ty masz post, pokazują to, że naprawdę – to nie jedno ma imię. To imię “adopcja”, też jest macierzyństwem, rodzicielstwem. Rodzicielstwem przede wszystkim. Też możesz mieć swoją historię i wcale nie musisz zakończyć jej Akademiowo-dietowo idealnie, że możesz pokazać też, że jest inna opcja, że ta opcja jest super. Nie wiem, czy jest dla wszystkich – myślę sobie, że nie. Ja ostatnio usłyszałam taki głos od osoby jednej z rodziny, że: – Wiesz, ja bym się nie zdecydowała, ja bym nie dała rady. Jakby podziwiam Was, ale ja bym nie dała rady. Ja sobie wtedy myślę, co tu podziwiać. Ja po prostu spełniam swoje marzenia. To nie jest nic do podziwiania. Bo my też nie chcemy takich wiesz… ja powiedziałam na początku – ukłon w Naszą stronę, ale nie w stronę nas, konkretnych dwojga ludzi, że trzeba wielce się kłaniać, wynosić nas na piedestał, bo halo, ja spełniam też swoje marzenia. Jestem samolubna, ja chciałam mieć to dziecko. Nie jest tylko tak – o kochany synu, teraz jestem fantastyczna, bo mogłam Ci dać inne życie. Ja wiem, że tak jest oczywiście, ale nie oczekuję oklasków. My chcieliśmy mieć dziecko. My po prostu chcieliśmy być rodzicami, to jest trochę samolubne. Halo, ja chciałam, żeby ktoś mówił do mnie mamo, nie tylko ciociu. Jestem mamą chrzestną, owszem. Dwóch shogunów. W ogóle mam samych facetów. Samych. Jacek ma jednego i za chwilę drugiego chrześniaka, właśnie tego roczniaka. Ja mam dwóch chrześniaków. Mamy syna. W ogóle wszędzie są faceci, a moje przyjaciółki mają córki. Idealnie się to dopełniło. No w każdym razie, to było trochę samolubne. To nie jest na oklaski, ale przyznała (ta osoba), że ona by się nie zdecydowała, bo wie, że to nie jest tak jakby dla niej. Nie dla jej charakteru. I ok. I super to jest. Tak samo jak ja zrezygnowałam z opcji in vitro, tak? A wiele par dzięki temu ma po prostu biegające szczęścia. Więc też super, że się na to zdecydowali. Wydaje mi się, że każdy ma swoją drogę i nikomu tego oceniać, bo rewelacja, że się udało samą dietą… znaczy samą, tutaj robię duży cudzysłów, bo my doskonale wiemy, że to jest kawał roboty dla Was. I tego, że same jesteście pięknymi żywymi przykładami, że się da. Ale nawet jak się okazuje, że nawet jeśli się totalnie poddaliśmy diecie, wszystkim opcjom lekarzy, zrobiliśmy naprawdę wszystko. Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wyprostuję się i powiem, że ja naprawdę zrobiłam wszystko. Słuchaj synu, ja naprawdę zrobiłam wszystko. Ja sobie nic nie zarzucę. Po prostu podjęliśmy świadomą decyzję, że opcja in vitro nie jest dla nas, a inseminacje no kazali nam sobie odpuścić. Tutaj była kolejna z dróg. Dla nas oczywista, ale nie musi być oczywista dla wszystkich. I nawet ci, którzy jak twierdzą, nas podziwiają nas, ale by nie dali rady, no to ok. Tak samo, jak wiesz, nie wszyscy muszą nam mówić, ale super, że to zrobiliście, tylko mogą sobie pomyśleć, czy oni są tego pewni? I też mają do tego prawo. Tylko jedno – ja tego nie muszę słuchać. Nie musisz mi tego mówić. To tak samo jak wiesz, takie dobre rady cioć, wujków i przyjaciół, i nie tylko, właśnie w całym procesie leczenia, że niejedną „dobrą radę” w dużym cudzysłowie słyszałaś i słyszy je mnóstwo kobiet, bo nawet na Waszym profilu jest o tym – wystarczy kliknąć i tego posłuchać, i się załamać. Przeczytać to i powiedzieć: Jezu, żyjemy w takim świecie… serio?! Postukać się w głowie, tak, jak Ty w tym momencie, więc naprawdę to jest. Ja też tego nie muszę słuchać. A stereotypy społeczeństwa o które też tutaj pytałyście – są też jakby. Np. a wiesz jakie to geny? A wiesz, co z tego wyrośnie? Jesteś pewna? Wiesz no bo wychowanie, wychowaniem ale no gena nie oszukasz. To nadal to jest, mimo tego, że o adopcji się już mówi dużo głośniej i Bogu Dzięki. I dzięki też tej dziewczynie, o której ciągle myślę, i mówię bez nicku na Instagramie, ale ona też ma wiele historii. To trochę tak, jak Akademia Płodności, i tak piękne kafelki, że „się udało” i testy, i te małe bobasy to ona tam ma sporo ma tam swoich, jak ona mówi “dzieciaków”, bo dzięki jej wsparciu też wiele osób się naprawdę zdecydowało na to, żeby jednak tą drogą iść. Ona też jest super. Jak na nią mówię “żmija”?. Super, superwsparciem jest, więc naprawdę i myślę, że ona też ma takie właśnie swoje dzieciaki, i dzięki temu, że była wsparciem, to też dużo osób się zdecydowało. No i tak jak powiedziałam na początku nikt Cię nie zrozumie bardziej niż ktoś, kto przeżył. Więc jeśli tylko ktoś chciałby porozmawiać, to ja służę oczywiście pomocą. Nie wiem, czy jestem odpowiednią do tego osobą, aczkolwiek – my też mamy taką swoją mini grupkę wsparcia z tych ludzi z ośrodka. Każdy z nas ma troszkę innego dzieciaczka, z trochę inną historią, i inaczej też wiekowo, chociaż są w podobnym wieku. Dwóch chłopców jest dużo młodszych, ale ogólnie dzieciaczki są w podobnym wieku. Wiesz, pewnie to spotkanie by głównie polegało na morzu łez, ale takich wzruszenia, takich też trochę bólowych, że jednak te nasze dzieciaki musiały tyle przejść, żeby z nami być. I to jest takie super, że możesz o tym z kimś porozmawiać, ten ktoś wie, co w ogóle myślisz, co czujesz, tylko wiesz to jest takie spojrzenie na siebie, i yhmm, I know (ja wiem), też to mam, też to czuję, więc to… poczekaj, bo śmieciara wyrzuca śmieci… Z.: Żyćko. P.: Będzie to słychać. Z.: Żyćko. P.: Niby usiadłam w najcichszym pomieszczeniu, no ale oczywiście Żyćko. Więc wydaje mi się że tutaj chyba takie, to jest takie turbowsparcie, ale takie wsparcie ludzi totalnie z zewnątrz. Totalnie laiczków, którzy… (upewniam się, że się nagrywam… Dobra nagrywa się, bo wiesz godzinka rozmowy minęła…:)) Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan? P.: (Wsparcie) Ludzi takich kompletnie, takich też na chłodno (oceniających), bo ja też potrzebowałam takich, że ja usiadłam, wyryczałam się, opowiedziałam i na przykład słyszałam: – Wiesz co, jakby nie do końca to rozumiem. Też nie do końca wiem, co czujesz. Ja nie umiem ci tego w jakiś inny sposób wytłumaczyć, ale słuchając tego, wszystko jest okej. Wiesz, wszystko jest okej. Ja potrzebowałam tylko takiego “wszystko jest okej” i bywały momenty, kiedy ja siadałam, wyłam w poduszkę i sobie myślę: boże ile jeszcze dźwignę, czy ja naprawdę dam radę. A później sobie myślałam, że każda mama ma swoje momenty, kiedy się zastanawia, czy po prostu da radę. Są mamy…, zresztą Ty też jesteś tego przykładem i a propos historii, że nie zawsze te początki są kolorowe. Nie? Że nawet jeśli masz wymarzony cud i Go rodzisz, to, to nie zawsze jest tak instagramowo. Nie zawsze jest tak pięknie. Nie zawsze jest tak, jakby się chciało, żeby było. I mimo też robisz wszystko absolutnie, żeby było idealnie, żeby te wyniki były świetne, żeby to dzieciątko się urodziło zdrowe to… „Żyćko”. To Żyćko. Więc też nie na wszystko miałam wpływ, ale Żyćko zatoczyło piękne koło i ja się bardzo cieszę, że ono tak wygląda, naprawdę. Ja jestem szczęśliwą mamą z problemem, jak każda normalna mama. Z radościami, jak każda normalna. Ze wzruszkami, jak każda normalna. Wiesz, już pierwsza laureczka gdzieś tam “kocham Cię mamo” napisana najkrzywiej na świecie i podpis, po prostu kaligrafia kompletna, ale pięknie. Najpiękniej i oczywiście włożona w magiczne pudełeczko ze swoją drogą kopertą z koniczynką, i mam swoje magiczne pudełeczko wszystkich pierwszych rysunków. Te stokroteczki w tych rączkach przeniesionych, wyczekane. To jest kolejny symbol oprócz koniczniki, więc to są momenty na które człowiek czeka i ile razy sobie ich nie wyobraża. Boże, to takie historie w głowie pisane, że po prostu kosmos i one się dzieją. Może nie są utkane dosłownie z marzeń, ale są takie, jakie miały być. Dokładnie, po prostu nie mogły być inne. Więc wiesz, On jest kompletnie nasz. Absolutnie. W ogóle nie myślę o tym, że nie. Po prostu On jest nasz od A do Z, z turbo wrażliwym sercem taty i z podłym charakterem mamy;). Ludzie czasami mówią, że te dzieciaczki, które są adoptowane one się upodabniają wizualnie i charakterem. On ma swój charakter. Nie jestem przekonana, że od początku był charakterny mocno i jestem przekonana, że od początku miał, turbo dobre serduszko, i myślę, że teraz po prostu jest moment, w którym On może rozkwitać, i się rozwijać, i cieszę się, że się to dzieje w czterech ścianach naszego domu. Bardzo. I myślę sobie, że rzeczywiście się trochę upodabnia. Bo po prostu jest nasz. Cieszę się, że po tych dwóch latach naprawdę wszedł kompletnie w rodzinę i jedną, i drugą. Jest absolutnie zaakceptowany przez jedną i drugą rodzinę, i naprawdę jest takim… (jak to nasi sąsiedzi się śmieją) jest taką iskiereczką. Wiesz mamy wszystkich sąsiadów, którzy są albo starsi, albo no mają już takie duże dzieci, więc zbiega tak z tego 3 piętra po prostu i hałasuję, i wszyscy cześć, cześć, cześć! Dzień dobry, dzień dobry! Więc On, jakby jest taką iskiereczką tutaj. Serio. I tak jak powiedziałaś, jak go zobaczyłeś, „Boże co za uśmiechnięty człowiek”. Tak. To jest dziecko, które albo się śmieje całym sobą albo się wkurza całym sobą. Więc ze skrajności w skrajność idealnie, ale naprawdę jest pogodny jest naprawdę… czasami sobie myślę… synku ile Ty nosisz w tej swojej główce, a Ty tak potrafisz się z wszystkiego cieszyć. Pamiętam pierwszy tort, bo teraz będzie nasz drugi wspólny. Właściwie przeżyliśmy te jego trzecie urodziny też z nim, ale nie tak, jakbyśmy chcieli to przeżyć. Po prostu byliśmy tego dnia razem. Więc jakby ten pierwszy tort spidermanowy był bardzo istotny dla Niego i On tak skakał z radości, jak mógł zdmuchnąć tę świeczkę, że po prostu… jest takie: ahhh. Każde dziecko, jak ma urodziny, chcesz mu dać wszystko w ten jeden dzień po prostu takie wymarzone. A ten tort był taką radością wiesz takim „wow! To jest mój, jakby kompletnie moja impreza”. Chrzciny też miał, jak miał prawie 4 lata, trzy i trochę więc absolutnie było to dla nas istotne. Bo ta dam, obraziłam się na boga, więc jakby przyjęłam na klatę jego fajny plan, więc ok, już jesteśmy. Już mamy sztamę. Więc oczywiście było to dla nas bardzo istotne, żeby On również miał swojego anioła stróża i on też bardzo dla niego to było istotne, że teraz nawet mówi tata będzie chrzestnym, a moim chrzestnym jest…. i tutaj wypikuje imiona, bo dla niego też to było takie istotne, że to była też jego impreza, i to byli jego goście. Szykujemy się na piąte urodziny, więc tutaj też jest oczywiście konkretna tematyka, i wszystko, i serwetki i wszystko musi być tak, jak trzeba. I cieszę się, że mogę to robić. Bardzo się cieszę, bo ja o tym marzyłam i bardzo się cieszę, że mogę spełniać jego małe marzenia. To jest takie super, że jakby „Ty” (synku) jesteś chodzącym spełnionym moim marzeniem, i teraz jakby naszym zadaniem jest, żeby spełnić wszystkie Twoje małe, i duże marzenia. Jakby “cześć witaj w świecie szczęścia i normalności mały człowieku i żyj tak, żebyś chciał przeczytać później tę historię aby naprawdę… żeby powiedzieć, że się udało…” (Nie wiem, ile z tego [nagrania] Karol poskłada? Będzie musiał moje wzruszki wyciszać. Kawał ciężkiego masz zadania.) Z.: Absolutnie, Karol nie pozwalam. Nawet nie próbuj tutaj nic wycinać. Zabraniam. Ewentualnie moje chlipanie, po drugiej stronie, żeby nie dokładać. P.: Ja się bardzo staram odsuwać od tego mikrofonu, jak sobie wiesz tutaj… wzdycham, ale myślę, że nie zawsze mi się udaje, no wiedziałam że się…, o poczekaj nawet mi słuchaweczka wypadła. Wiedziałam, że się wzruszę, ale no to jest ogrom emocji i rzeczywiście dostałam pytanie, jak się dowiedziała moja przyjaciółka, zresztą nie tylko moja przyjaciółka, bo jeszcze jedna osoba też się dowiedziała, że to nagrywam… mam nagrać. To obydwie zadały pytanie: – Czy jesteś gotowa, żeby opowiedzieć tę historię? Ja mówię: wiesz co? Chyba jestem, znaczy jakby ja ją ciągle przeżywam, ale na pewno będę wyć… i to było oczywiste. Jakby ja wiedziałam, że ja wiesz… ja jestem miękka pupa po prostu. Ja tyle razy czytam wasze historie i o Jezus, ja tak chlipię po drugiej stronie. No w ogóle no ja jestem taki mocno emocjonalny człowiek, więc wiedziałam, że będę wyć, ale z drugiej strony sobie tak pomyślałam, a jeśli jedna osoba to odsłucha i ta jedna osoba usłyszy o tym, że naprawdę jest happy end (szczęśliwe zakończenie) i jest super życie. Normalne, nie odbiegające od rzeczywistości, jest super życie. Da się. No i jeśli mogę być taką małą cegiełką do tego, że ktoś jednak pójdzie do tego ośrodka, i chociaż po prostu zapyta, i nie wiem, i nawet skończę kurs, i pomyśli o tym, a może ktoś jednak zamieszka w kolejnym domu, i będzie miał piękną historię? To czemu nie? To jestem. Z.: Paulinka, ja Ci bardzo dziękuję. Bardzo. Naprawdę, bo Twój głos w ogóle, wiesz Ty jesteś takim naszym akademiowym człowiekiem. My po prostu tyle lat, ile my wymieniamy wiadomości. Mamy niewiele takich dziewczyn jak Ty z którymi przez tyle czasu… P.: Powiedz mi, ile lat jest Akademia, bo próbowałam tak policzyć…? Z.: Akademia jest 7 lat. P.: No to jestem od początku. Z.: Jesteś naszym człowiekiem, który mam wrażenie, że tak towarzyszymy i jestem Ci tak bardzo wdzięczna, że poświęciłaś kawał swojego serducha na to, bo wiesz może tego po drugiej stronie właśnie słucha jakaś inna Paulinka. Może Ona jest te trzy kroki za Tobą i może miała te same pytania, które rodziły się w Twojej głowie. Ja myślę, że zasiałaś bardzo wiele takich małych ziarenek, które sobie zaczną kiełkować w głowach osób, które dla których może adopcja to nie była ta od zawsze oczywista droga, tylko może właśnie życie pisze swoje scenariusze, i zaczynamy o tej gałązce, o tej odnodze myśleć. A ja teraz patrzę na Ciebie cały czas i widzę to Wasze zdjęcia z tyłu. Przyklejone tą Waszą taką pełnią i wzruszam się na maksach i jesteście piękną rodziną, i pięknymi ludźmi, i to, że my jesteśmy w Was zakochane z Anią, od lat, to wiemy, ale teraz możemy to wyznać publicznie. Więc ja sobie pozwalam na ten przywilej, który mam, żeby Ci powiedzieć, Tobie i Twojemu mężowi, i Temu małemu roześmianemu człowiekowi, który tutaj machał jakiejś obcej cioci (którą po prostu widzi) – hej! Jesteście pięknym obrazkiem tego, że macierzyństwo, rodzicielstwo może wyglądać też tak, i być tak totalnie normalne. Dziękuję. P.: Zdecydowanie, teraz mi zabrakło głosu… Z.: Dziękuję. P.: … bo się po wzruszałam, też dziękuję bardzo i bardzo dziękuję za to, że Akademia Płodności zrobiła powiem taki ukłon w stronę naszą. Naszą w sensie mam na myśli wszystkich mam i tatusiów, którzy są tatusiami adopcyjnymi, mamusiami adopcyjnymi. Może to nie jest tak, że my chcemy o tym trąbić na lewo i na prawo, bo wiesz na przykład my mieszkamy w małym społeczeństwie, i no kurcze nagle się pojawił trzylatek, nikt nie pomyślał o tym, że przecież, halo – ona nie była w ciąży. Więc niby się nie mierzę z tym wzrokiem, absolutnie, ale oni wiedzą. To też nie chodzi o to, że mamy strasznie głośno o tym mówić, że konsultacje są jakieś super, i wszyscy muszą adoptować dzieci. Nie. Ale chcemy, żeby wiedzieć, że tak też można i że to jest też super historia, i plan na rodzinę. Więc bardzo dziękuję, że miałam tę możliwość, mam nadzieję, że wychlipanie nie będzie jakoś tak bardzo słyszalne, ale no nie dało się inaczej. Z.: Ty jesteś prawdziwym człowiekiem. Naszym. Z każdym chlipnięciem nosa. Ale też jestem pewna, że nie tylko my dwie chlipiemy, tylko czuję, że będzie innych chlipnięć po drugiej stronie też sporo. Dziękuję Ci. P.: Cieszę się, niech sobie pochlipią i niech mają ten plasterek na serduszko, jeśli rzeczywiście potrzebują tego, to bardzo proszę. Z.: Dzięki. P.: Rozgośćcie się w tej części adopcji. Z.: Miałam bardzo dużo pytań, ale wiesz jak sobie je wyobrażałam, że muszę Cię o coś zapytać to dosłownie trzy zdania później Ty zaczynałaś o tym mówić. Naprawdę… P.: Bo ja jestem Wasza, no. Z.: … I potem nawet przekręcałam oczami i myślę sobie: Boże, naprawdę serio? Właśnie chciałam o to… , chciałam o ludzi zapytać, a Ty zaczynasz mówić o ludziach. Chciałam o TO, Ty zaczynasz O TYM… więc nie mam więcej pytań. Nie mam więcej pytań, dziękuję wyczerpałaś ten temat. Dzięki za nakreślenie Waszej historii i życzę Wam tego, żeby to Żyćko dalej było po prostu normalne. Z wyzwaniami, które na Was czekają ale również z tymi bukietami stokrotek i innymi cudownościami, które na pewno czekają. P.: Tak, z tymi pięknymi „dniami mamy” i tymi wszystkimi cudownymi dniami. Dziękuję bardzo, bardzo, bardzo, bardzo. Z.: My również. P.: Do zobaczenia i do usłyszenia na pewno, bo My się już spisujemy. Z.: Mamy nadzieję, że ten kontakt cały czas będzie. P.: Ależ oczywiście, możecie na to liczyć. Jesteście na mnie skazane. Z.: Dzięki Paulinka, dzięki. A Wam dziękuję Wam bardzo za odsłuchanie naszego podcastu. Artykuł #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Jul 10, 2025 · 27 min

    #099 – Jak powiedzieć o ciąży

    Dotykamy dla Was niełatwego tematu, o tym gdy coś Wam ciąży na wieść o CIĄŻY. Zdarza się, że w życiu Staraczy pojawia się pewnego rodzaju emocjonalny dysonans za sprawą “ciąży” bardziej lub mniej bliskiej Wam osoby. Kiełkująca wówczas radość, wpada na jedną szalę z zazdrością, chwiejąc dobrze wyważoną dotychczas relacją. Odnalezienie równowagi może być trudne, szczególnie gdy o tak ważnym momencie informuje Was świat lub powiększający się obwód w pasie, a nie bliska (jak Wam się wydawało) osoba. Często pytania “jak powiedzieć” i “jak przyjąć” wiadomość o ciąży sprawiają wiele trudności po obu stronach tej niecodziennej barykady. Czy jednak trud ten się opłaca? Czy warto walczyć o relację, gdy ktoś stawia pomiędzy Wami mur? Jak podzielić przestrzeń do wzajemnych emocji i nie zamieniać jej w przepaść nie do przejścia. Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka „Chcę Ci coś powiedzieć…” co czujemy, gdy ktoś mówi o ciąży Czy da się powiedzieć tak, żeby nie bolało? Radość spotyka ból i co wtedy? Gdy szczerość boli mniej niż cisza Dwie historie, dwa zakończenia Relacja czy mur Nikt nie ma jednej recepty… Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI Ania: O jakie masz skarpety w serca. Zosia: Bo ja jestem pełna miłości dla świata. A.: No fajne, fajne – ładne skary. Tu się bardzo dużo dzieje w tym biurze. Z.: I pan za oknem też kosi trawę, więc mamy nadzieję, że tego nie słychać… A.: Buła (piesek) walczy z posłaniem. Z.: Bułę to możemy eksmitować stąd w każdym momencie, ale pana za oknem… A.: Nie bardzo… ale słychać, że wiosna… Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Wartość rozmowy i pokładane w niej nadzieje, gdy ktoś jest “przy nadziei” A.: Dzisiaj poruszymy temat tego, jak powiedzieć komuś o ciąży i o tym porozmawiamy, bo pytań (jest wiele), a to pytanie pojawia się na naszej skrzynce często i uznałyśmy, że fajnie by było mieć możliwość odesłania do naszej rozmowy na ten temat. Pytania, które zadają te osoby dane, są w ciąży na przykład po długich staraniach i zachodzą w ciąże, i boją się powiedzieć osobie, która towarzyszyła im podczas starań, i również stara się o dziecko. Czyli również mierzy się z tematem niepłodności. Często piszą również do nas osoby, które nie mierzyły się z niepłodnością, a które chcą podzielić się informacją o ciąży z osobą właśnie która się mierzy z niepłodnością, natomiast nie wiedzą właśnie, w jaki sposób to zrobić, żeby było jak najlepiej. Z.: No i teraz po takim pięknym wstępie pasowałoby tutaj teraz powiedzieć, że: ale my znamy na to sposób i dzisiaj Wam powiemy, w jaki sposób możecie się tym podzielić, żeby to było lekkie łatwe, i przyjemne. I teraz takie tutututu… Nie ma takiego sposobu. A.: Myślę, że tak. Myślę, że każdy po naszej rozmowie – być może znajdziecie po prostu odpowiedni sposób na to, jak to zrobić w Waszym życiu, natomiast czy jest taki złoty środek? Nie wydaje mi się. Z.: Ja bym w ogóle powiedziała od razu, że go nie ma. Od tego bym zaczęła, bo ten podcast mógłby się spokojnie nazywać: jak nie zrobić tego najgorzej na świecie, ale nie wyobrażajcie sobie please (proszę), chociaż bardzo byśmy chciały być w posiadaniu takiej wiedzy, że my tutaj Was dzisiaj oświecimy – jak powiedzieć o tym osobie starającej się o dziecko, tak żeby jej to nie dotknęło i żeby była zadowolona. Bo sorry (przepraszam), na 99% mogę powiedzieć, że na pewno będzie to dla niej druzgocąca (w pewien sposób) informacja, bo to będzie także ta jej jedna z osobowości, jedna z jej stron będzie się bardzo cieszyć z Wami, a druga będzie bardzo cierpieć, bo to nie ona będzie tą osobą dzielącą się tym szczęściem. To jest wydaje mi się, że zrozumienie tego i nie oczekiwanie od siebie, i od tej drugiej strony tego, że my to zrobimy najlepiej na świecie, a ta druga strona to przyjmie najlepiej na świecie – będzie chyba najbardziej odpowiednim podejściem po prostu. Chcesz coś dodać jeszcze? A.: Tak, bo wyobrażałam sobie taką sytuację i teraz zwizualizowałam sobie w swojej głowie… natomiast ta sytuacja się wydarzyła. Ponieważ jedna (z naszych obserwatorek), bo być może poruszyłyśmy to w mailu bądź w innej formie naszych działań – teraz nie przypomnę sobie, czy – na rolkach na naszym Insta ten temat i tak mi utkwił w pamięci. Jedna osoba, jedna z Was napisała do nas, że informując o ciąży swoją bliską kobietę starającą się o dziecko powiedziała jej (później będziemy jeszcze rozmyślać na dalszym etapie, czy w ogóle niemówienie o tym jest dobre) powiedziała o tym, jednocześnie mówiąc: jeżeli masz ochotę, to płacz teraz razem ze mną, będę przy Tobie. Zrobiła miejsce na wszystko to, co może się kryć za tą informacją. Myślę, że takie zrobienie przestrzeni na emocje tej drugiej osoby i jakby zaakceptowanie tego, że jakby dzielimy te emocje na pół, że to nie będzie samo moje szczęście i nie oczekuje od Ciebie tego, że Ty będziesz skakać ze mną ze szczęścia tylko spotkania się na środku emocji każdej z nas. Może, nawet jeżeli nam na tej osobie bardzo zależy to zrobienie przestrzeni na jej emocje, że tę radość możemy przeżywać, może np. z mężem. Fajnie by było, gdybym mogła cieszyć się wszystkim z tą drugą osobą, ale może tak nie być. Myślę, że jakimś takim właśnie powiedzmy jednym z punktów, które warto przemyśleć przed taką rozmową, było by zrobienie miejsca na emocje tej drugiej osoby. Z.: Dwóch stron, prawda? Przestrzeń do wzajemnych uczuć A.: To by było super, gdyby można było zrobić, ale też żeby nie oczekiwać (za dużo), żeby wziąć sobie właśnie takie pół na pół. Dajmy jej… powiedzmy i poinformujmy daną osobę o tym, i dajmy jej moment na to, żeby właśnie (przestrzeń na towarzyszące emocje). Chociaż nie wiem (w pełni), jak czujesz się z tym, to wiem, że czujesz radość z tego, że może mi się udało i że możesz czuć szczęście, ale w Tobie mogą być emocje, które są okej. Fajnie, że się udało, ale wiem też, że czujesz ogromny smutek dlaczego “nie ja”. Jeżeli masz ochotę płakać, to może lepiej, że żyjemy razem, spotykamy się, czy nasza przyszłość jest taka, że chcemy być w tej przyszłości razem w naszych życiach i może lepiej będzie po prostu być przy sobie nawzajem, i zrobić miejsce na to wszystko, a jeżeli masz ochotę płakać ja wiem że to jest taki etap w twoim życiu więc płacz. I to nie znaczy, że nie jestem dla ciebie ważna ale rozumiem też, że ten płacz może pozwoli nam przejść dalej przez tę trudną sytuację, w której właśnie mówienie, i rozmawianie, i informowanie o ciąży (po prostu) jest. Z.: Fajne Aniusia, jak sobie słucham, to tak sobie myślę, że WOW (super), tak mogłaby się zachować doświadczona Staraczka, która dobrze wie, że to ona w tej loterii jest pierwsza. A.: Ale są dziewczyny, które starają się razem i które właśnie też piszą do nas. Czyli, skoro szukają czegoś, szukają jakiegoś sposobu, czyli One chcą tej osobie zapewnić jakiś komfort, tak? Z.: Nie no ja wiem, bo w ogóle myśl… A.: Myślą o tej osobie…. Z.: … Nagrania tego podcastu się z tego wzięła, ale bardziej mi chodzi o to, że to jest bardzo ambitne co Ty teraz mówisz, że to jest super, ale mam wrażenie, że to jest taka trochę sytuacja o której czytam gdzieś w książkach i ona się zdarza raz na 10 – rozumiesz? Fajne i dążmy do ideałów tylko one są bardzo trudne do spełnienia, bo jak Ciebie słucham, to to jest bardzo ok, i to jest bardzo w porządku, i kochane, że Ty myślisz to tym, żeby zostawić te 50% przestrzeni na to, żeby dać swobodę tej osobie drugiej, po drugiej stronie w ekspresji emocji, które w tym momencie będą w niej dominować, tak albo się przelatać, bo to może być bardzo różne. Ta radość może być przepleciona z rozczarowaniem, ze strachem bardzo dużo emocji może się w nas kotłować wtedy. Ale myślę sobie też, że no kurcze – no, żeby było sprawiedliwie, to fajnie by było też pozwolić się cieszyć tej drugiej osobie, która w tę ciąże zaszła, czy po staraniach – czy nie, ale ona też tak samo jak Ty masz prawo odczuwać swój smutek, tak samo ona ma najświętsze prawo się z tego cieszyć, rozumiesz, więc chyba najfajniej (co też jest turbotrudne, ale najfajniej) by było te emocje po prostu nazywać, rozumiesz. Bo sytuacja, w której przyklejasz do buzi uśmiech 5 i nic więcej nie daje mi tak naprawdę pełnego obrazu tego, co dzieje się w twoim sercu, a jeśli przyklejasz ten uśmiech numer 5 i mówisz mi o tym, że słuchaj uśmiecham się, ale tak naprawdę… no bo bardzo się cieszę z jednej strony, ale z drugiej jest mi bardzo trudno, bo spełnia Ci się właśnie jedno z moich największych marzeń, tak bardzo nie osiągalne dla mnie. To już jest zupełnie inny wymiar przyklejonego uśmiechu numer 5 też, też trudne wydaje mi się. A.: Trudne, bo też ludzie nie rozmawiają o emocjach. Z.: No sami ze sobą nie rozmawiamy. A.: Pary nie rozmawiają ze sobą o emocjach. Dokładnie, my sami przed sobą podczas starań ganimy się za swoje emocje. Z.: To prawda. A.: I stłumiamy to wszystko nie rozumiejąc tego, że tak, jak w jednym z podcastów ostatnich powiedziałaś Ty Zosin, że człowiek może czuć wiele emocji w jednym czasie. To było takie piękne, że jednocześnie możemy życzyć jak najlepiej tej lasce, która jest w ciąży – jednocześnie czując zazdrość smutek i ból w sercu. Dlaczego nie pozwolić sobie na to wszystko? Oczyszczająca moc szczerości Z.: No dlatego, że one się wykluczają i głowa jakby sama to podpowiada. Poza tym wiesz – jakieś z tych odczuć wychodzi jako main (główne) rozumiesz? Main uczucie na przód, ono jest tym wiodącym, prowadzącym, ale fajnie próbować to chociaż nazwać, bo w ogóle samo nazwanie tego przynosi ulgę. A.: Tak. Z.: Chociażby samo wyrzucenie tego z siebie na zasadzie: cieszę się, ale jednocześnie pęka mi serce i tyle. To już też jest stanięcie takie w prawdzie. Wydaje mi się, że to już bardzo punktuje, jeśli chodzi o przyszłość tej relacji między Wami dalej. A.: Chociaż jest niekomfortowe. Z.: No tak. No bo w ogóle chyba powinniśmy wyjść z założenia nagrywając ten podcast, że to będzie jedna z trudniejszych rozmów ever (kiedykolwiek) – wydaje mi się, że tu nie będzie recepty na to, jak to zrobić pluszowo. A.: To nie jest tak. To nie będzie tak, że wyjdziecie i super… Z.: Mówimy o czymś trudnym bardzo i w ogóle ja bym z góry chyba Was na to nastawiła, że po prostu przygotowując się do tej rozmowy załóżcie, że to będzie bardzo trudne – po prostu. Bo prawdopodobnie takie będzie i w ogóle możecie nawet tak zacząć: że wiem, że to będzie bardzo trudna rozmowa, ale bardzo bym chciała żebyś dowiedziała się tego ode mnie. I ja tak sobie myślę, bo mam dla was taką anegdotkę – chyba już ją w ogóle opowiadałam, ale nie wiem czy robiłam to na zasadzie takiego porównania. Bo mam takie dwie pary w swoim otoczeniu no i właśnie jedna jest trochę bliższa, a druga jest trochę dalsza i wydaje mi się, że to też mogło się wziąć trochę z moich oczekiwań, które czy miałam prawo sobie stawiać (?) to też zostawiam na razie bez odpowiedzi. W każdym razie wydawało mi się, że ta para z którą jesteśmy bliżej, z którą jesteśmy spokrewnieni i spędzamy paradoksalnie ze sobą więcej czasu na różnych imprezach, kiedy dobrze wiedzieli, że staramy się o dziecko i im się udało, nie powiedzieli nam o tym. Wiecie i była takie awkward situations (niezręczna sytuacja), kiedy byliśmy na tych samych imprezach rodzinnych, i na przykład inni członkowie rodziny im zaczynali gratulować, a my mieliśmy takie wtf?! (co jest:)). Wiecie, to było takie głupie, bo pamiętam była to komunia jednego z mojego rodzeństwa ciotecznego i było takie – no widzimy co się dzieje tak, ale no nie wiemy, no bo w sumie się od nich nie dowiedzieliśmy tego, czy podejść mimo, że stoimy daleko i widzimy, że tam się coś dzieje czy nie. Potem po czasie już miałam rozmowę z tą wtedy dziewczyną w ciąży i zapytałam się, dlaczego nie mogliśmy się tego od was dowiedzieć po prostu bezpośrednio. Czemu, jakby nie zasłużyliśmy na tę informację tak, jak inni i ona powiedziała wprost, że liczyliśmy, że nas po prostu z tego wyręczy, liczyliśmy na to, że życie was poinformuje. I prawdopodobnie (ja sobie to teraz tak dopowiadam, bo) było to dla nich trudne, po prostu. Bo rozumiem, że podejście do nas w momencie, w którym oni wiedzą, że się staramy i poinformowanie o tym swoim wielkim szczęściu… może ona się bała, że nam sprawi ból – nie wiem, bo to już dalej jakby nie szło. W ogóle ta relacja potoczyła się bardzo później oschle i przez jakiś czas było tak sucho między nami myślę, że właśnie głównie przez to, i chciałabym to zestawić w tych swoich opowieściach, i powrotach do przeszłości wspomnieniami. Z kolei z inną parą, która totalnie nie jest z nami spokrewniona spotykaliśmy się z nimi jakoś tak bardzo z łapanki. Oni też wiedzieli o tym, że staramy się o dziecko, bo w pewnym momencie to było bardzo wiadome everywhere (wszędzie). To byli znajomi Dudka i oni pamiętam, jak tacy dalecy dla mnie ludzie w sumie, potrafili dokładnie ubrać to w taki sposób: bardzo wiemy, że się staracie, ale też nie chcielibyśmy żebyście się dowiedzieli gdzieś z zewnątrz no i właśnie spodziewamy się synka – jestem w ciąży. I to było takie… ja też opowiadałam chyba na jakimś podcaście, że ja wtedy czułam się zaproszona do świata w ogóle tego dzieciątka, że to, że w ogóle mieli w sobie tę odwagę tę siłę, tę taką… no nie wiem nawet jak to nazwać – że mieli w sobie tyle empatii do nas, żeby nas właśnie zaprosić do tego świata w ten sposób otworzyło mi też drogę do tego, żeby po tym pierwszym takim szoku cieszyć się z nimi tym. Tak jakby wiecie, że to dzieciątko było mi paradoksalnie bliższe niż to dzieciątko z mojej rodziny, która po prostu… wiecie, no tak sobie jest, bo jest i może jego rodzice też by chcieli o czymś innym, żeby nas świat poinformował – tak na zasadzie wiecie, że zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że albo to było dla nich za trudne takie naprawdę turbotrudne, albo po prostu my byliśmy na tyle mało istotni dla nich, żeby jednak nie spiąć tego pośladka i nie stanąć na chwilę w takiej niekomfortowej sytuacji, ale właśnie z myślą taką, że jesteś dla mnie na tyle ważna, że muszę teraz zagryźć zęby i po prostu zrobić to, bo wiem, że to zaprocentuje w przyszłości. I z takim przemyśleniem bym Was chciała zostawić, że wydaje mi się, że nawet jeśli w danym momencie to będzie bardzo trudne, bo będzie i nie spodziewajcie się, że będzie inaczej – to dajcie tym emocjom ostygnąć, niech one sobie osiądą na dnie, niech dojdą do głosu inne emocje i zobaczycie, że zawsze szczerość jest po prostu lepsza. Budowanie relacji czy budowanie muru – świadomy wybór A.: I teraz przechodzę do innego punktu – kolejnego, który chciałabym poruszyć. Mianowicie niemówienie o ciąży albo unikanie osoby, która stara się o dziecko, bo jestem w ciąży i doprowadzenie do momentu, w którym na przykład dzielimy się nowiną z tą osobą po czasie, kiedy na przykład jest widoczny brzuch. Ja tak myślę, ale też moje myślenie wynika z obserwacji już wielu lat tych różnych relacji Waszych, moich osobistych również, że nie jest to dobre rozwiązanie, żeby ukrywać ciąże i unikanie spotkań. Wiem, że niektóre dziewczyny robią to ze względu na to, że po prostu nie chcą się dzielić tym faktem do określonego momentu i myślę, że nie mogę tutaj też tak patrzeć zero jedynkowo na wszystko, że tak, zawsze warto się dzielić, gdyż właśnie stoją za tym różne historie czasami tragiczne doświadczenia związane z poprzednimi stratami ciąż. Natomiast jeżeli to wynika właśnie z tego, że wolimy nie mówić i jakoś samo się wyda, to nie jest do końca dobry kierunek moim zdaniem. Jeżeli spotykamy się gdzieś i udajemy, że wcale nie rośnie nam brzuch – takie sytuacje też mają miejsce i też coś takiego na pewno część Słuchaczek to dotyka i znajdzie się taka, która doświadczyła, że udajemy, że ta osoba nie jest w ciąży. Nazwijmy to tak, że ja jako osoba, która jestem (w ciąży) i nie informuję Cię, po prostu traktuje to jako powietrze. Wracając do tej szczerości właśnie, że jeżeli jesteśmy ze sobą blisko, jeżeli się spotykamy, jeżeli jest to siostra albo jest to żona brata, to lepiej jest jednak ze sobą rozmawiać, niż zamiatać wszystko pod dywan, bo to i tak trzeba będzie kiedyś wymieść spod tego dywanu, że tak powiem – no nieładne może porównanie. Natomiast wiem, że mogą przychodzić takie właśnie rozwiązania na informowanie o ciąży, że kiedyś, kiedyś powiem. Z.: Ale “kiedyś”, kiedy? Kiedy już będę miała ten brzuch tak ogromny, że nie będzie się go dało ukryć, czy kiedy już będę trzymała to dzieciątko w rękach i jak wyobrażasz to sobie wtedy? Bo to też jest totalnie jakaś patowa sytuacja, wiesz no wyobrażasz sobie pierwsze spotkanie po czasie unikania się przez 9 miesięcy na przykład spotykasz koleżankę z wózkiem i co mam udać teraz zdziwienie, gdzie tak naprawdę, prawdopodobnie o tym wiedziałam wcześniej czy co mam się dowiedzieć z fejsa, bo wstawisz post? To jest takie… no właśnie… A.: Czym jest ta relacja? Ja sobie myślę od razu, że jeśli nie widzimy się tyle czasu no to jaka ta relacja jest nasza, to też o tym świadczy. To trochę tak rzutuje na to wszystko i może Wam pokazuje, kto jest kim. Kim Wy jesteście dla tej osoby? Ja myślę, że ci tacy ludzie, którzy Was kochają tym którym zależy na Was, jednak dzielą się takimi informacjami z Wami i ja bym to potraktowała nie jako złośliwość, tylko to, że zaproszenie, podzielenie się częścią życia z Wami – jeżeli jesteście ważni dla tych ludzi. Tak sobie myślę oczywiście, pewnie to nie będzie tak dla wszystkich, bo myślę, że w ciąży informujemy nie tylko osoby, na których Wam zależy w sensie nie tylko osoby, którym zależy na Was. Z.: No tak. Ja myślę, że to jest też idealna okazja do tego, żeby wbić szpilę, skoro wiedziałam, że się starałaś teraz jestem tą pierwszą to też mogę o tym poinformować w taki sposób, że wiem, że zaboli Cię to bardziej niż mniej. Więc to też jest to, jest taki bardzo wrażliwy obszar – odsłonięty brzuch, w który łatwo zrobić krzywdę. A.: Tak, ale wierzymy w to, że tego podcastu szukają osoby, które chcą przeprowadzić ten moment jak najbardziej (komfortowo) dla dwóch stron. Z.: Tak i ja bym też chciała waszą optykę trochę przekuć na to. Ja teraz trochę gadam jak taka doświadczona koleżanka, bo już jestem za tym takim bardzo aktywnym okresem starań, kiedy nigdy nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę miała dziecko, to się przeciągało latami i dużo osób z moich znajomych, i z mojej rodziny zaczęło już mieć te swoje małe domy, w których biegały małe stópki, a u nas ich jeszcze nie było. Nie chce tak się mędrkować tutaj i wychodzić na taką wiecie Zosię samosię, która wie najlepiej, ale z drugiej strony chciałabym Wam powiedzieć, że teraz po latach tego wszystkiego, tak jak Wam powiedziałam też niektóre z moich relacji, które wydawały się mi istotne – one jednak życie je mocno zweryfikowało, i ta niepłodność, chociażby sposób informowania o ciążach bądź ich brak mocno zweryfikowało kilka z relacji, które kiedyś uważałam za istotne w moim życiu, więc to też pozostawiam do przemyślenia. Ale chciałabym przekuć Waszą optykę dzisiaj na to również, żebyście mieli taką świadomość, jeśli ten ktoś przychodzi do Was z taką informacją, to dla niego to też jest bardzo stresujący moment i że to nie przychodzi mu też tak just like that (tak po prostu/łatwo), że osoba, która ma Was poinformować, a bardzo jej na Was zależy, to będzie szukała odpowiedniej okazji, będzie szukała odpowiedniego momentu, odpowiednich słów, żeby zranić Was, jak najbardziej, jednocześnie licząc na to, że… A.: Jak najmniej… Z.: Jak najmniej, przepraszam. Tak, żeby zrobić to jak najbardziej delikatnie, to mam na myśli, że jednocześnie licząc na to, że tam po prostu powstanie jakiś taki… wiecie no, że nie wszystko jest czarno białe i powstanie jakaś taka skala szarości, której on dostanie też odrobinę empatii. To nie jest tak (kurcze nie wiem, jak to nazwać), bo wiesz wyobrażam sobie jedną stronę – psiapsi, która zachodzi w ciąże i dobrze wie, że jej ukochana psiapsi cholernie o tym marzy. Z jednej strony wie, że musi ją o tym poinformować, bo jest dla niej turboważną psiapsi, a z drugiej strony wie, że po prostu rozerwie jej to serce i też wyobrażam sobie, i od razu pierwsze o kim myślę to ta osoba, która się stara o dziecko, bo od razu wyobrażam sobie, że jestem to ja. Z drugiej strony widzę tę dziewczynę drugą, która jest w ciąży i bardzo stresuję się tym, żeby powiedzieć to swojej przyjaciółce, bo po prostu cholernie jej na niej zależy, i nie chce jej zrobić krzywdy, więc dla niej to też jest taki ciężki czas. Może to być bardzo trudna rozmowa dla obu stron. A.: No i trudna też przyszłościowo taka (myślę sobie) relacja, bo jakby nie wiem często ciężko jest uczestniczyć właśnie w tym życiu, kiedy rośnie brzuch, to wszystko w późniejszym czasie (ciąży), typu np. czy byłaś na badaniach? Gdy jedna osoba bardzo by chciała się dzielić tym ze swoją ukochaną osobą, a z drugiej strony ta druga osoba niekoniecznie może też chce słuchać takich rzeczy. Z.: Nie no jasne, ale to już jest temat na kolejny podcast. Bo to chyba trzeba kolejnej rozmowy wydaje mi się i określenia jakiś granic, bo wiesz dla niektórych może to być ciężkie inni mogą wręcz chcieć się czuć nie pomijani. Kojarzysz mnogość informacji, które mamy w wiadomościach z Instagrama – niektórzy się czują bardzo pominięci a bardzo by chcieli być zaproszeni do tego świata, a niektórzy wręcz się czują po prostu przeładowani informacjami o nowych śpioszkach, badaniach, wyborze szpitala, wyprawce itd. A.: Tak, tak. Na grupach jakichś takich (to się zdarza). Spectrum osobistych doświadczeń Z.: Takie dominujące tematy w życiu, no i pamiętajmy też o tym, że życie jest bardzo dynamiczne, i bardzo przewrotne, więc to w jakim jesteś teraz miejscu w swoim życiu nie znaczy, że za miesiąc, za pół roku, za rok możesz być w zupełnie innym miejscu w swoim życiu. Trzeba to mieć zawsze gdzieś tam z tyłu głowy nie? A.: Wiesz trudno jest też myśleć… ja sobie myślę tak o sobie podczas starań, że ciężko mi było znaleźć… ciężko mi było znaleźć wtedy Anię, która dysponowała takimi zasobami, która nie potrafiła nazywać swoich emocji, która nie potrafiła mówić o tym też, o swoich jakichś takich oczekiwaniach wobec samej siebie, a co dopiero świata. Trudno mi było wtedy zrobić też miejsce właśnie na ciąże innych ludzi z otoczenia, że inaczej też ja rozwiązuję teraz konflikty, problemy, trudne rozmowy. Jestem w stanie to inaczej troszeczkę przeprowadzić niż ta Ania, którą byłam kilkanaście lat temu. Z.: Tak, dlatego super, że jesteś pełna empatii dla kogoś, kto jest dzisiaj taką Anią, którą Ty byłaś sprzed lat, ale mówisz też tutaj dzisiaj w tym podcaście jako Ania ze swoim całym bagażem doświadczeń. Więc z Twojego doświadczenia i tego, że jesteś w tym miejscu w swoim życiu niech płynie też jakaś nauka, jeśli ona uderzy w grunt, który może wiesz przynieść plon to super. Niech zostanie w głowie jakaś myśl, no bo widzisz to, z czego się składamy, z czego jesteśmy ulepieni sprawia, że tak postrzegamy świat dzisiaj, a nie postrzegaliśmy go tak te 5 lat temu, ale skąd wiesz, co by było, gdybyś mogła wysłuchać takich dwóch lasek, które kiedyś były te kilka kroków przed Tobą, a i tak nie idą w tych samych butach… rozumiesz. Każdy ma inną drogę do przejścia i to, że nam się trochę wydaje że się rozumiemy, bo dotyczyła nas niepłodność, to ta skala – tak jak to mówię odcieni szarości była inna w moim życiu była inna w Twoim, i właściwie w życiu każdej staraczki jest trochę inna. Więc chyba zawsze trzeba zostawić sobie to spectrum na to, że u Ciebie może być inaczej, że Twoje serce jest inaczej pojemne, ma inny kształt, inaczej jesteś stworzona z innej gliny po prostu, a mimo wszystko z tej samej. Z tym bym chyba zakończyła ten podcast. Z taką wzajemną otwartością i pamiętaniem o tym, że to jest trudne dla obu stron, ale czasami poświęcenie trudu dzisiaj, może przynieść o wiele więcej korzyści w przyszłości. A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Artykuł #099 – Jak powiedzieć o ciąży pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Mar 26, 2025 · 1 hr 4 min

    #098 – Na co wydawałyśmy hajs podczas starań

    Zmiany w życiu nie zawsze łagodzą obyczaje, a te, które następują w Tej drodzę, nieustannie krążą wokół budżetu i zdecydowanie za często spędzają sen z powiek w okresie starań. Poczucie, że w walce z niepłodnością możecie zostać pokonani przez brakujące środki na koncie paraliżuje. Dokonywanie wyborów i podejmowanie właściwych decyzji nie jest łatwe, gdy piętrzą się obawy o przyszłość, brak doświadczenia, niewiedza, uczucie wypalenia i zrezygnowania oraz koszty, które zdają się być bezlitosne. Mimo, że wciąż tę drogę przemierzacie ze świadomością “uda się, tylko muszę spróbować jeszcze tego. Albo tamtego?”, to nie opuszcza Was wrażenie zagubienia. Czy tak musi być? Czy można ufać wszystkim drogowskazom w trakcie starań? Jak się odnaleźć w gąszczu propłodnościowych zaleceń i nowinek? Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca? Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI Ania: Witamy w kolejnym podcaście? Nie, najpierw czołówka… Zosia: Najpierw to bym chciała rzec, że nie wiem kiedy finalnie zdecydujemy się opublikować ten podcast, bo trwa debata, bo mamy TAAAK nawalone w tym tygodniu, że bardzo bym chciała, żeby tak się działo w Akademii zawsze. Ale na pewno zdecydujemy się go opublikować wtedy, kiedy jeszcze trwa premiera najnowszej edycji DIET WIOSENNYCH, takich najfajniejszych… za często mówimy, że to są najfajniejsze, ale akurat te są naprawdę fajne… A.: Wiosenne i jesienne to są moje TOPY, ale to pod względem owoców. Z.: Ja jeszcze letnie bardzo lubię. Właśnie lato to jest takie owocowe. A:. Lato jest owocowe, a jesień jest taka dyniowa, to też lubię, a wiosenne to są takie… Z.: Chrupiące, nowalijkowe… A.: Tak, tak. Z.: Wreszcie się pojawia, takie CHCĘ SIĘ – więcej słońca. Szparagi…,mmm, fajne rzeczy tam są. A.: A ta edycja wiosenna jest bardzo dobra. Te szparagi są. Z.: No i co jeszcze jest oprócz tego, że szparagi są… A.: Pyszności. Z.: Nawijamy o tym dlatego, że nie chcemy byście się ewentualnie nie spóźnili na promkę. Więc tutaj na wstępie tylko musicie usłyszeć o tym, że aktualnie trwa na te diety promocja, która kończy się w czwartek, więc jeśli słuchacie tego podcastu jeszcze przed czwartkiem, to macie okazję kupić nasze diety taniej 10%. A.: Podczas premiery. Z.: A później wbiją już w swoją cenę standardową, więc to tak tytułem wstępu na początku pamiętajcie o tym, że nowa edycja diet wiosennych wjechała do sklepu. A.: Juuuhuuuu. Z.: Teraz jak najbardziej możemy nagrać Kochana wstępik. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Z.: Tyrytaty ta, ta, tyritataty, tiritatat da ta, taram, tyritataty, tiritatat da ta, taram… A.: No i ładnie. Będzie muzyczka. Z.: Nie trzeba, ja już zaśpiewałam. A.: Bardzo dziękujemy Zofio za tutaj wokal…wykon. Odkręcam się na fotelu do Ciebie. Z.: Czy opowiesz mi dzisiaj Mordzio, na co wydawałaś swój hajs cenny podczas starań? Jestem bardzo ciekawa na co szły środki z Twojego portfela. Z Waszego portfela w sumie. Małżeńskiego. A.: Tak, dzisiaj będzie właśnie taki temat. Pogadamy sobie o tym co, gdzie i jak? I chyba jeszcze takim tytułem wstępu powiedziałabym, że ten budżet, który też u osób z którymi się spotykałyśmy – on się bardzo różnił i niekiedy, niektóre z Was na niepłodność wydawały ogromne kwoty, wręcz takie, że ciężko jest uwierzyć, że leczenie niepłodności może tak być kosztowne. Jeżeli chodzi o mnie, to takim pierwszym punktem na które szły nasze pieniądze to były BADANIA I WIZYTY. Właściwie to chyba najpierw zaczęłabym od badań, bo badania takie, które robiłam na zlecenie lekarza, ale też badania takie, które wydawało mi się, bo gdzieś – coś wyczytałam, że sama sobie te badania muszę zrobić. Więc takie balansowanie… kurczę dużo tych badań było i to co jakiś czas nawet powtarzałam te badania. Wyczytałam gdzieś więc takie po omacku szukanie, co może być przyczyną niepowodzeń, albo co jeszcze może być przyczyną niepowodzeń, czy coś zostało przeoczone. Bez konsultacji z lekarzem, więc na to poszło dość sporo. BADANIA. Z.: Kurde ja też to robiłam, i mam nawet tak, że… w ogóle bardzo mnie – jest teraz takie modne słowo TRIGGEROWAĆ KOGOŚ, bardzo mnie triggerowały takie posty na grupach na fejsie, gdzie laski wypisywały listę badań, którą one mają zrobioną, albo które trzeba zrobić. Ja wiedziałam, że np. z tych badań, mimo, że nasze starania trwają tam powiedzmy trzeci rok, no to ja mam zrobione powiedzmy 40%, albo 50%, a o niektórych badaniach w ogóle nawet nie słyszałam i musiałam googlować co to jest. I miałam takie poczucie, że na pewno w tych badaniach, które jeszcze nie są wykonane leży nasza przyczyna i po prostu my jeszcze o tym nie wiemy. I lekarze do których chodzimy, a też ich była mnogość cała, na co z kolei ja również wydawałam kasę – to oni po prostu jeszcze o tym nie wiedzą, albo uważają, że to nie ten etap. Więc ja też byłam w tej grupie, która robiła badania, bo gdzieś wyczytała, że to może być mieć wpływ. Nie chcę mówić co, ale tym sposobem udało mi się samej zdiagnozować – jedną z moich jednostek (chorobowych), na którą, żaden z moich ówczesnych lekarzy nie wpadł na to, żeby to zbadać. I dopiero z gotowym wynikiem poszłam do lekarza i było “O, kurcze. To My tu musimy się leczyć”. Więc to też trochę nakręca potem, bo widzisz, że jednak w Twoich rękach jest w pewien sposób sprawczość. Bo nikt Ci nie zlecił (tych badań), Ty gdzieś wyczytałaś w necie, zrobiłaś i się okazało, że to masz. Ja tak miałam i to już w ogóle wpadłam w taką korbę na zasadzie “kurde, to ja jestem właściwie tylko odpowiedzialna za swoje zdrowie, bo mogę poświęcić ten czas, mogę poczytać w necie i się dowiedzieć, że trzeba jeszcze zrobić to, siamto, owamto, i może znowu coś mi wyjdzie, tak jak tamto mi wyszło przed chwilą. Jednak się okazało, że trzeba to leczyć – to było takie turbo niebezpieczne z jednej strony, a z drugiej… A.: Bo ta studnia może nie mieć dna. Z.: Ona nie ma dna… A.: Studnia badań może nie mieć dna i ta studnia była bardzo kusząca, żeby ją po prostu przemierzyć – dla mnie przynajmniej. Więc życzymy Wam, żebyście trafiły na takich specjalistów, którzy Was pokierują w ten najbardziej odpowiedni dla Was sposób i dla Waszego przypadku. I też ja sobie myślę tak, że mi brakowało cierpliwości, że ja już chciałam tak działać, szukać tej przyczyny tu, teraz. Najlepiej wydać wszystkie pieniądze na badania, które mogę zrobić dziś, za dwa dni będę miała wyniki. Nie potrafiłam się pohamować w tym wszystkim. Z.: No i wierzyć, że tam coś wyjdzie, no bo Ty robiąc intencjonalnie badania, wierzyłaś, że któreś z nich pokaże, co blokuje Cię i dlaczego nie możesz być w ciąży, prawda? Nie zakładałaś, że te badania wyjdą git i właściwie fajnie było wydać tyle i tyle klocków, no to żeby się przebadać i wiedzieć, że jestem zdrowa. Przynajmniej ja tak miałam, tylko właściwie liczyłam na to, że “kurde to tu!”, tak samo jak kupowałam te suple wszystkie… zaraz do tego dojdę, to ja zawsze miałam takie wrażenie czytając o czymś, co oczywiście zachwalało na stronie producenta, czy na jakimś forum, czy gdzieś – czy wiesz, nie piłam jakichś ziół, “kurde, to TO!”, nie brałam jakiegoś suplementu, który sprawiał, że wracała owulacja, “to na pewno TO!”, nie robiłam tego przez tyle miesięcy, “zobaczysz ja będę Tą kolejną napisze na tym forum, że mi pomogło TO”. A.: Do suplementów jeszcze później wrócimy, ale teraz tak sobie myślę jeszcze, że – czy żałujesz wydanych pieniędzy na starania, też to powinno paść w podsumowaniu (tak myślę), ale może na początku zaczniemy od tego, czy miałaś takie myśli, że o tym wszystkim o czym będziemy gadać, że “kurde no, z perspektywy czasu przewaliłaś sporo pieniędzy na drogę starań”. Z.: Nie mam takiego poczucia, że żałuję. Na pewno nie mam w sobie takiej myśli, że źle zrobiłam, ale na pewno mam takie poczucie, że dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Z dzisiejszą wiedzą i z dzisiejszym doświadczeniem nie wydawałabym pieniędzy na te rzeczy, na które wydawałam wtedy, ale nie mogę oceniać siebie, czyli Zosi sprzed X lat z perspektywy Zosi dzisiejszej. Więc nie mam do tamtej Zosi żalu, ja wiem jaka Ona była zdeterminowana, zdyscyplinowana i teraz wiem, że dało się to zrobić mądrzej, ale Ona tego jeszcze wtedy nie wiedziała. Ona po prostu chciała best (najlepiej). A.: Bo ja mam bardzo podobne przemyślenia, że ja nie żałuję tych wydanych pieniędzy. Czy one były wydane słusznie, bądź nie, to nie wiem… jakby to wszystko – słusznie, bądź niesłusznie doprowadziło mnie do miejsca o którym marzyłam, żeby było. Więc sama nie wiem, czy właśnie tak, jak Ty Zosiu mogłam zrobić coś lepiej, bo wiem, że mogłam pokierować te środki finansowe na coś, co szybciejby przełożyło się na naszą wygraną. Natomiast finalnie – nie żałuję. Z.: Ale wydałabyś tę kasę dzisiaj inaczej? A.:Tak, tak. Na pewno, jak dojdziemy do suplementów. Działki suplementów. Z.: No właśnie chciałam powiedzieć, że może Ty nie wydawałaś tego hajsu tak durnie jak ja Stara. A.: Nie no, wydałabym raczej na taką celowaną terapię, która wiem (teraz wiem), chociażby wspominane przez nas kwasy omega-3, które mówimy, że są must have (obowiązkowe), i must have, a ja nie brałam kwasów omega-3, one mogły być w tych takich preparatach… Z.: Multi… A.: Multi tak, ale czy one były? Wiesz, jakiś taki dodatek do tego wszystkiego, nie zwracałam na to uwagi, natomiast teraz, to jest taka podstawa. Z.: Ja brałam, ale takie raczej mocno basic (podstawowe). Nie zwracałam uwagi na ich jakość, nie żąglowałam źródłem. A teraz też bym to zrobiła mądrzej. O Boże jaka ja teraz w ogóle jaka ja teraz jestem bardzo mądra, jakbym zrobiła dużo rzeczy lepiej. A.: No dobra teraz mamy jeszcze SPECJALIŚCI. Z.: Mam taki podpunkt na swojej karteczce, bo to każda siedzi ze swoją kartką – musicie wiedzieć, każda sobie wypisała rzeczy na które wydawała kasę. U nas na to szło bardzo dużo pieniędzy… bardzo. A.: I mówimy tu o lekarzach, czy o specjalistach z innych dziedzin? Z.: Podczas moich starań ja głównie wydawałam pieniądze na lekarzy. To byli lekarze różnej specjalizacji, dlatego, że tych schorzeń i u mnie, i mojego męża nakładało się dużo, ale to głównie byli lekarze u nas w naszym przypadku. Różne kliniki, różne miasta w Polsce, różne podejścia – ja to chciałam konsultować, to co zaproponował jeden, chciałam przegadać z drugim. Zwłaszcza jak wchodziły w grę tematy jakieś takie mocno inwazyjne typu operacja, to chciałam wiedzieć, czy ktoś może ma na to jakiś inny pomysł. A.: Co nie jest wcale takie niemądre. Z.: Ja teraz bym to zrobiła… w ogóle ja zachęcam do tego, jeśli macie możliwość się z kimś skonsultować to róbcie to zawsze, bo my jesteśmy tylko ludźmi. Lekarze również. Pomysłów na terapię, wiedzę, doświadczenie, każdy z nas ma inny koszyk. Ktoś mógł się spotkać z takim wachlarzem chorób u większej ilości pacjentek, ktoś może się specjalizować w czymś innym. Więc akurat jeśli chodzi o konsultowanie, to ja jestem bardzo za. Bardzo. Jeśli macie taką możliwość nie polegać na opinii tylko jednej osoby, to zawsze warto. A.: Ja również mam punkt na swojej karteczce – LEKARZE, SPECJALIŚCI, to wiązało się też z tymi badaniami, które wykonywałam później w klinikach i też zabiegami, które miały też tam miejsce. Natomiast, tak jak mówię – ja nie żałuję. Cieszę się wręcz. Jak doszliśmy do takiego etapu, gdzie wpadliśmy w taki wir diagnostyki kierowanej przez lekarza, to ja po prostu poczułam, bo zaufałam temu lekarzowi, to też jest taki moment – fajnie, że coś się dzieje. Czułam taką ulgę, że tyle myślałam o tym, żeby sprawdzić czy mam drożne jajowody, bo “może to jest właśnie to, dlatego się nie udaje” i ten wir diagnostyki dawał mi takie poczucie sprawczości. To to był właśnie dość spory wydatek. Sporym wydatkiem było też samo leczenie gonadotropinami pamiętam. Z.: Jezzzu, ja też pamiętam, że jeździłam po aptekach, bo ceny bardzo się różniły. Sprawdzałaś to? A.: Nie, ja kupowałam przy “Zakładowej”, gdzie byliśmy prowadzeni. Od razu tam robiliśmy zakupy. Z.: A ja pamiętam właśnie, że jak wchodziła w grę stymulacja i wjechały gonadotropiny, to pamiętam karteczkę z adresem apteki, którą zapisała mi nasza pani doktor i powiedziała “z tego co wiem to tam jest najtaniej”, możecie sprawdzić i poszukać, i zerknijcie. I sprawdziliśmy, i rzeczywiście w najbliższej, i tam na tej ulicy konkretnej, którą mam teraz w głowie (ale nie będę mówić) w Lublinie, i rzeczywiście tam było najtaniej. Ale to były duże, bardzo duże pieniądze. To było najtaniej ale wciąż grubo. A.: Jak ja sobie tak przypominam – sama terapia gonadotropinami, plus inseminacje, w tym cyklu, plus wizyta u lekarza, która była monitoringiem, plus jeszcze moje te dodatkowe wszystkie rzeczy: podróże, dojazdy, i też ten czas, który – no nie pracowałam, bo jechałam do kliniki, więc to był dodatkowy dzień bez pracy – to generowało naprawdę spore koszty. Już nie pamiętam dokładnie kwoty, no i też to było jakiś czas temu, więc nie wiem, czy ta kwota byłaby adekwatna do obecnych cen. Ale to było tak, że musieliśmy zaplanować budżet. Mój mąż w jednym z podcastów wspominał, że dla niego wsparciem podczas starań było to, że On zakasał rękawy i po prostu robił na dwa etaty, jak nie więcej – cały czas był w pracy i On wiedział, że musi zarobić kasę i gdzieś też uciekał w tę pracę. Dla niego tym wsparciem właśnie mnie, o czym ja nie wiedziałam też – i o tym w podcaście tym małżeńskim wydaje mi się, że rozmawialiśmy. On po prostu robił wszystko aby zorganizować pieniądze na leczenie, aby mieć po prostu te pieniądze. Więc człowiek tak naprawdę, jak sobie myślę ile On wtedy pracy poświęcał na to, to ja w ogóle nawet tego nie widziałam i nawet tego nie doceniałam, że On od rana do wieczora pracował. Dosłownie. Był więcej, więcej, więcej, więcej. Ja również pracowałam. Natomiast moje zarobki nie były (wystarczające). Nie miałam możliwości (by były wystarczające) – również Wam powiemy, co robiłam jeszcze w międzyczasie – nie były one na tyle duże, żeby sfinansować leczenie, gdyby to zależało tylko ode mnie. Te nasze połączone siły miały szansę, ale mój mąż tutaj naprawdę cisnął po prostu opór, także że, jak wyobrażacie sobie, że można pracować i tylko spać, to on po prostu żył w takiej korbie. Z.: Teraz ja mam powiedzieć, bo zapadła taka cisza i w sumie nie wiem, czy chcesz coś jeszcze dodać? Ja się bardzo cieszę, że powiedziałaś to, bo wiesz co sobie wyobrażam, że taki dzień kiedy wyjeżdżasz do lekarza, to koszty w trakcie tego dnia nie są związane tylko z tym, że płacisz za wizytę, tylko to jest właśnie związane z tym, że jakoś musisz tam dojechać, czy jedziesz pociągiem, czy jedziesz samochodem, każda ta podróż kosztuje. Nie ma Cię wtedy w pracy, więc albo robisz to po godzinach albo zarywasz dzień w pracy i nie zarabiasz wtedy, bo musisz wziąć wolne, szef się krzywo patrzy, ja mam za sobą starania w trakcie kiedy pracowałam w korpo i mam starania kiedy pracowałam sama dla siebie. I każda z tych opcji wiąże się z tym, że w tym dniu nie zarabiasz pieniędzy. To jak jesteś u siebie sama, to przynajmniej Twój czas zależy od Ciebie i wydaje Ci Się, że masz takie poczucie, że “dobra nadrobię w nocy, więc mogę jechać teraz na tę wizytę na 11.00”, ale kiedy wypada Ci akurat monitoring akurat w tym dniu o 11.00, a pracujesz u kogoś i jeszcze nawet nie wiesz, czy będziesz musiała błagać na kolanach o to wolne, czy tracisz ten dzień urlopu, czy bierzesz L4, i jest jeszcze taka logistyczna układanka, która wiąże się oprócz z ogromnym kosztem emocjonalnym, to jeszcze z tym, że to są dodatkowe koszty. Takie normalne finansowe, mierzalne. Więc cieszę się, że to padło, bo dużo generuje. A.: Logistycznie te wszystkie wizyty to jest też duża i trudna przeprawa, bo niektórzy z nas nie chcą się tłumaczyć, że jadą na wizytę, “dlaczego tak wyjeżdżasz?” – później pojawiają się pytania, “a gdzie Ty tak jeździsz?”. Z.: Bo właśnie to nie jest jedna wizyta, to nie jest wyjazd na wyleczenie zęba i zamykasz temat, tylko takie monitoringi np. ja miałam co drugi dzień, więc wyjeżdżanie do lekarza co drugi dzień – musisz w to w pewien sposób wtajemniczyć, a jeśli nie chcesz, to musisz się mocno gimnastykować, a różne mamy sytuacje w pracy, też pamiętajmy o tym. Nie każdy ma tak open (otwartą) atmosferę i w ogóle chce o tym gadać, żeby otwarcie ten problem nakreślać, a czasami nawet nie możesz sobie na to pozwolić, ze względu na różne sytuacje. Więc gimnastyka totalna. U nas też było to ogromnym kosztem. Specjaliści wszyscy. A.: Pamiętam nawet taką sytuację, kiedy mój mąż (te wizyty były tak częste), woził mnie do Warszawy, w sensie jeździliśmy we dwoje tam i w pewnym momencie nie było możliwości, bo on zarywał właśnie dzień w pracy, który musiał odrobić, i zawsze jeździliśmy tam na spinie ogromnej, no bo to było w trakcie jego pracy. Jego pracodawca wiedział, że Michał jedzie z Anią do lekarza i to było jasne, nikt nie ingerował po co, natomiast nie było możliwości, że ktoś za niego zrobił tę pracę. To było zawsze na spinie. Mieliśmy jedną knajpkę, gdzie później po leczeniu zajeżdżaliśmy – mogliśmy zjeść i nie było więcej czasu na spokojny przyjazd, tylko ja zostawałam w domu już, albo szłam do pracy, a Michał wracał do swoich obowiązków i siedział tam do nocy. Chcę opowiedzieć też taką sytuację, że w końcu doszliśmy do tego, że ja jeździłam pociągiem na badania i to też było dla mnie bardzo stresujące. Bo pamiętam jak pierwszy raz wyszłam i nie znałam Warszawy, nie umiałam się w ogóle poruszać po Warszawie i było to dla mnie bardzo trudne. Taki wyjazd, choć studiowałam w Lublinie i nie było problemu z poruszaniem się tam. Natomiast tu to mnie tak przytłoczyło wszystko, ta zmiana, że ja będę musiała jeździć teraz pociągiem, gdzie to wszystko jest dla mnie nowe, że pamiętam jak wyszłam na Śródmieściu (wydaje mi się) wyszłam na powierzchnię i ja się tam popłakałam, ale z tego wszystkiego myślę, z tego, że to życie tak wygląda, że zostałam sama… znaczy, że musiałam sama jeździć, bo już były takie sytuacje – mój mąż nie zawsze mógł być ze mną i jeszcze w mieście w którym nie mam pojęcia, a to jeszcze były czasy – nie tak, że sobie wbijam teraz “jak dojadę.pl”, czy jakieś takie inne rzeczy i zamawiam Bolta, i wszystko jest takie, że “aplikacja i no problem (nie ma problemu). Pójść na przystanek, zapytać ludzi to po prostu było przerażające dla mnie. Dojechać tam, wiem jaki jest adres, wiem jaki autobus… czy tam nie autobus tylko… tramwaj. Z.: Trolejbus. Trolejbusy tylko w Lublinie. A.: Trolejbusy tylko w Lublinie. Tak tramwaj. Niby ogarnięty człowiek a poczułam się wtedy… takie mam – widzę ten obraz, widzę jestem taka mała w tym wszystkim. Z.: I to jest Ania, która biegnie po to dziecko… A.: Tak! Z.: W tę dżunglę właśnie, w sensie – pójdę po Ciebie chociaż to jest tak bardzo trudne. A.: Tak, bo to było bardzo trudne dla mnie. To było dla mnie wręcz… nie rozumiem dlaczego, ale to było dla mnie wtedy przerażające, że zadzwoniłam do mojego męża i powiedziałam: jak mogłeś mi to zrobić, że ja będę teraz sama jeździła do tej kliniki. Z.: Do tej miejskiej dżungli, której nie znam. A.: Tak, do tej miejskiej dżungli. Wtedy wszystko tam wyszło, nie tylko ta podróż i to przerażenie, ale cała ta sytuacja gdzieś z człowieka uleciała na chwilę. Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań Dobrze dalej mamy RZECZY NA KTÓRE WYDAWAŁYŚMY PIENIĄDZE to SUPLEMENTY i wrócimy do tego. Z.: O Boże, tu się otwiera puszka pandory… A.: Yhhyy… Z.: U mnie przynajmniej. A.: U mnie też. Z.: Bliźniaki z manioku? A.: Dobrze, dobrze, taki był epizod w moim życiu. Tak, suplementy to była gałąź – odnoga mojego budżetu. Z.: U mnie to była gruba gałąź. A.: No ładowałam ten hajs, nie szkoda mi było na suple. Nie była to celowana i mądra suplementacja i raczej taka na oko – bo coś. Tych suplementów było. Pamiętam, że denerwowałam się na mojego męża, że On tych suplementów nie brał. Rodziło to jakieś takie niesnaski i kłótnie u nas, które później urastały do ogromnych kłótni, bo skoro On nie bierze tych suplementów, to znaczy, że mu w ogóle nie zależy. No suple były – po prostu były, bo coś gdzieś przeczytałam, chociaż może nie aż tak, jak Zosia – bo myślę, że tutaj jest mistrz – nazwijmy to tak – stosowania różnych rzeczy. Ale jest to zrozumiałe totalnie dla mnie. No to więc, powiedz Zosiu. Z.: Ja już? Ty skończyłaś gadać o swoich suplementach? Myślałam, że naprawdę się otworzy puszka pandory. A.: Nieee, ja aż tak nie. Miałam suplementy. Byłam w tym klimacie, że kupowałam różne rzeczy, natomiast ja pamiętam Ciebie podczas starań i jak wyglądała Twoja tutaj półeczka… Z.: Szafeczka… A.: Szafeczka suplementów i nie doszłam do takiego momentu. Brałam te rzeczy… Z.: “Nie doszłam do takiego momentu” i nie przystopowałam Cię, ale Ty byś mnie nie wtedy nie przystopowała. Ja byłam pewna, że robię dobrze. A.: Zosin Tobie nie dało nic w ogóle wytłumaczyć. Nawet nie próbowałam, bo ja wiedziałam gdzie Ty jesteś swoją głową. Póki widziałam, że sobie nie robisz krzywdy, to przymykałam na to oko. Z.: Granica była close in my opinion (bliska w mojej opinii), ale może… A.: I co byś powiedziała…? Z.: Patrzę teraz z perspektywy (obecnej). Wtedy nic pewnie, ale teraz może bym sobie pomyślała, że “patrz ale Ania wtedy mądrze Ci gadała, że Ci mówiła – ogarnij się”. A.: No to wtedy może bym Ci gadała ale powiedziałabyś… odwóciłabyś się… nie wiem. Z.: Nie wiemy, nie wiemy, bo to są jakieś spekulacje Kochana, ale prawda jest taka, że ja nie lubię jak ktoś mi mówi jak mam żyć, więc bardzo możliwe, że mogłabym Ci wystawić środkowy palec np. i pokazać język albo figę z makiem czy coś. Wydawałam hajs na suplementy gruby, mając nadzieję – to kolejny raz. Bo wiecie… U mnie kupowanie suplementów, było związane z ogromnym emocjonalnym nakładem i taką pewnością, takim przekonaniem graniczącym z pewnością, że tu jest właśnie ten pies pogrzebany. Ok, może ja po prostu wszystkie rzeczy, które mam w swoim organizmie to, to da się poukładać np….(no i teraz bardzo nie chcę używać określenia, co ja tam brałam), bo wiecie, jak u mnie była otwierana taka szafeczka w kuchni, gdzie były takie trzy grube półki, to dwie z nich to były kosze, które były pełne supli. Tak durnych supli. Chętnie w ogóle teraz bym sobie zajrzała do tej szafeczki, chociaż w sumie nie wiem czy byłabym gotowa się z tym zmierzyć ale tam było wszystko i też wydaje mi się, że ta mieszanka była dość wybuchowa, bo mieszanie ze sobą tylu substancji ziołowo-wszelakich… A.: To też nie jest tak do końca bezpieczne momentami. Z.: To było bardzo niemądre. Tak dokładnie. Mieszanie ze sobą kilku nurtów leczniczych (nie wiem jak to powiedzieć, bo przecież) tam było trochę jakichś takich rzeczy z medycyny chińskiej, bo przecież przeczytałam jakieś takie rzeczy, które teraz po prostu mi skóra cierpnie, jak sobie myślę (o tym). Ale przecież wtedy tamta Zosia wyczytała gdzieś w necie, że to jest właśnie TO. To właśnie to coś sproszkowane mi pomoże i łykałam ten shit (badziewie) będąc pewną, że widzisz – miesiąc temu tego nie robiłam i pewnie dlatego miesiąc temu nie wyszło, ale teraz już to wiem, i teraz już biorę, będę to łykać. Suple (pamiętam) mojego męża kosztowały gruby hajs, bo On całe szczęście nie brał ich tak dużo, to jednak był rozsądny człowiek i brał tylko te przepisane przez lekarza, nie bardzo chciał – nie był podatny na moje takie (mądre to było) jakieś nowinki, on brał tylko te rozpisane przez lekarza, ale to i tak było naprawdę grubo – kilkaset złotych tak po prostu na same suple. Więc suple to gruba odnoga. A.: Mądra suplementacja ma sens prawda? To trzeba powiedzieć, że są takie rzeczy które warto brać i są takie rzeczy, które są też dostosowane do danego przypadku, które warto brać. Natomiast rozumiem totalnie, że można się czuć w tym gąszczu zagubionym bardzo. Bo ja sama byłam też zagubiona i ja rozumiem to też. Z.: Ja w pewnym momencie brałam tylko tyle, że miała takie kasetki, które są na leki z podziałem rano, w południe, po południu, wieczór. Miałam takie kasetki dwie i jak wysypywałam sobie suple plus leki z tych kasetek to i ich było tak – prawie, jak przekąska. A.: No tak, ale powiedz jeszcze gdzie Zosia w tym wszystkim – Zosia która już była dietetykiem, która wiedziała, co to są badania naukowe i też, co jest pro, a co może jest mniej pro. Potrafiłaś oddzielić? Bo swoim pacjentom nie zaleciłabyś kasetek. Z:. Ale wiesz co, no z jednej strony tak, ale te kasetki – Stara – to były początki starań. A:. Ok. Z:. To były naprawdę początki starań, no bo potem tych supli nie brałam tyle. Więc wydaje mi się, że to jeszcze była ta Zosia, która nie wiedziała tylu rzeczy. Później to była wręcz Zosia, która walczyła z całym przemysłem suplementów, który jest właściwie bardzo mało kontrolowany i jak zgłębiłam swoją wiedzę (całe szczęście), pokończyłam te kolejne studia, i zobaczyłam jak to wygląda i pobadałam te suplementy w ogóle na zajęciach i widziałam, jak bardzo różni się zawartość substancji czynnych deklarowanych na opakowaniu, a to co znajdujemy tam w środku i czasami, że to są śladowe ilości, a czasami, że wręcz wybijają w kosmos. Jakie tam są inne rzeczy w domieszkach to mi się oczka otworzyły, że to suplement, a lek to bardzo daleko, żeby postawić znak równości. A.: Fajnie, że to powiedziałaś… Z.: Też tu bym nie była dla siebie taka za bardzo surowa, bo ja w momencie kiedy ładowałam te suple, to ładowałam jeszcze jako taki żółtodziób wiedzowy, wierząc w to, że to co oni mi tam obiecują to jest prawda. Nikt przecież nie będzie oszukiwał? To był czas jeszcze kiedy pani Bożenka z zieleniaka mogła przebrać się za lekarza i wystąpić w reklamie i mówić, że “jestem pediatrą z długoletnim doświadczeniem”. A.: A kiedyś to były czasy takie właśnie Zosin. Z.: Teraz nie ma czasów, ale dla suplementów to dobrze, że nie ma czasów. A.: Dobra… Z.: Ale to prawda, muszę też się podpisać pod tym, co powiedziała Ania: są dobre suple, naprawdę są dobre suple, takie które naprawdę są wręcz niezbędne w niektórych przypadkach i to nie jest tak, że ja tutaj wyjmuję szabelkę, i walczę przeciwko wszystkiemu, co się nazywa suplementem, sama te suple biorę teraz. Tylko, że teraz robię to z głową i robię to mądrze, więc nie chcę teraz też tak nie wybrzmieć, że w ogóle wszystkie suple to na stos, i do spalnia. Absolutnie nie. Niektóre są naprawdę świetne jakościowo i bardzo poprawiają parametry wszelakie: i u kobiet i u mężczyzn; co jest bardzo istotne podczas starań tylko trzeba to robić z głową, a ja wtedy tego nie robiłam nawet jednym procentem głowy. Mam wrażenie, że tam tylko serducho wjeżdżało i moja nadzieja, że to jest właśnie solution (rozwiązanie) dla mnie w tym cyklu. A.: Kolejną rzeczą na które ja wydawałam grube siano, to było… i nawet Wam powiem, że pod jedną z naszych rolek ostatnio, pojawił się taki komentarz: “niech ktoś przebije kupowanie testów ciążowych, albo owulacyjnych w wielopakach” i ja miałam nawet odpisać na ten komentarz, że “przebijam”, bo to ja jestem. Kupowałam w wielopakach testy owulacyjne i testy ciążowe, a później jak mi się kończyły, obiecywałam sobie, że już nie będę robić obsesyjnie testów ciążowych i testów owulacyjnych, to kupowałam i takie w aptece. Więc na to szło bardzo dużo i na aukcjach Allegro – w paczkach wielkich przychodziły. Z.: A to np. akurat w ogóle nie jestem ja. Na to w ogóle nie szedł mój hajs. A.: Testy ciążowe? Z.: W ogóle… A.: W wielopakach? Z.: W ogóle… A.: Owulacyjne? Z.: W sensie kupiłam je raz. A.: Te takie paseczki? Z.: Tak, te takie paseczki i tam było z 50 może. A.: Taniej było, a to ja to sobie wiesz – stówami jechałam. Te testy. Z.: Ja pierdziele Stara, to w ogóle nie jestem ja. Ja się bałam robić testy ciążowe i czułam się głupio wtedy jak je robiłam. Więc nie. Oczywiście kupiłam ten pięćdziesięcio pak ale ja to w ogóle nie wiem ile tam zużyłam z tego. A.: A owulacyjne testy? Z.: Nie robiłam owulacyjnych. A.: Nie chciałaś wiedzieć, że masz owulację? Z.: Chciałam wiedzieć, ale wiedziałam, że mogę mieć to zaburzone i nie chciałam sobie rozwalać głowy jeszcze bardziej. A:. No ja sobie rozwalałam, bo w związku z tym, że te testy przepłacało się ze względu na wysoki poziom LH utrzymujący się cały czas, to wychodziły mi – cały czas się barwiły- natomiast bardziej bądź mniej w momencie owulacji, ale ja byłam freakiem (dziwakiem) też robienia pasków tych owulacyjnych bardzo, po kilka dziennie robiłam. Ciążowe tak samo, więc bardzo dużo pieniędzy wydawałam na to. Z:. You crazy (jesteś szalona). Ja tego nie robiłam w ogóle. Ale to zaraz dojdziemy do miejsca gdzie szedł mój hajs a Twój nie, więc co ja tutaj mam jeszcze… O! To będzie dobre. Uwaga: wydawałam hajs… nie oceniajmy tego… A:. Yhhhhy Z:. Ja teraz też postaram się siebie nie ocenić… na GADŻETY. Jeszcze żeby to były właśnie gadżety erotyczne, które np. poprawiłyby jakość mojego życia seksualnego. Nie Kochani. To były gadżety typu gadżet, który zbada Twoją ślinę albo np. śluz i jeśli wyjdą tam takie znaczki jakieś np. liście paproci to znaczy, że właśnie w tym dniu masz śluz płodny – jeśli Twoja ślina taka wyjdzie. Rozumiesz? A:. Rozumiem. Z:. Na to szedł mój hajs. Ja to kupowałam. A:. Ja też kupowałam. Z:. Koleżanka mi pokazała, że takie coś jest. A:. No akurat ja pokazałam Zosi to, że jest. Nie oceniajmy. Może to jest prawda, może nie, natomiast nie polecam bo nie zaglądałam też badania naukowe, czy tam jakiekolwiek, jeżeli coś jest. Z.: Nie wiem. A.: Więc nie oceniam i nie wiem. Dzielę się tylko tym co się działo. Z.: Na to szedł mój hajs Kochani A.: Mój też. Wydawałam też pieniądze na takie ŻELE, które poprawiały jakość śluzu podczas współżycia – coś takiego to było to pamiętam, że te żele różne rodzaje. Te żele, to nie był też taki jakiś rozwinięty rynek żeli poprawiający śluz, więc coś takiego pamiętam, że kupowałam. Kupowałam też sobie ABONAMENT, który wyznaczał mi owulację i dni płodne, i zapisywałam sobie tam temperaturę – to pamiętam to. Akurat lubiłam to, że tak powiem – poświęcanie na to czasu, na taki monitoring do pewnego momentu sprawiał mi frajdę (o ile można jakkolwiek, że podczas starań mamy frajdę z czegokolwiek). To ten abonament i to mierzenie temperatury dawało też takie poczucie trochę kontroli nad tym, co się dzieje. Natomiast w związku z zaburzoną owulacją bądź jej brakiem, no to się po prostu u mnie nie bardzo sprawdzało i dużo też czasu poświęcałam na analizę i w porównywanie się do innych wykresów, które wychodziły podobnie. To była taka nerwówka, czy ta temperatura wzrosła do góry, czy zaraz spadnie czy jakaś anomalia. No dziewczyny, które mierzą temperaturę to wiedzą, że to jest takie.. no właśnie czy ta kropka wyżej o te dwa stopnie to jest to, czy jeszcze nie. To na to wydawałam. Nie żałuję. Jakieś takie TERMOMETRY DO MIERZENIA, że zakupiłam sobie z tych gadżetów, i chyba z gadżetów to było tyle. Taka kategoria GADŻETY. Z.: Też tutaj nie uświadczysz żadnych gadżetów so nice (takich fajnych). Niestety to były gadżety stricte płodnościowe. A propos tego żelu, to ja mam napisane właśnie, że to była taka nowinka, że dla plemników. Bo były lubrykanty, które zawierały w sobie jakieś takie niekorzystne składniki, które mogły wpływać negatywnie na plemniki. Jak ja to przeczytałam, pamiętam miałam takie YYYYYYYY – przeraziłam się. Ty mówisz, że kupowałaś różne rodzaje. Ja kupowałam jeden ten sam tylko on był albo w tubce – takiej tubce, albo w aplikatorach. A.: Nie że różne rodzaje. Nie, kupowałam jeden. Wybór nie był właśnie bogaty wtedy. To był jeden, już nie pamiętam jak się go zapuszczało. Natomiast kojarzę tylko jeden rodzaj tego, możliwy, dostępny, który był akurat wtedy. Z.: Powiedziałaś coś takiego: “że kupowałam różne żele Kochana”. A.: A to nie, to sorry. Z.: Bo ja właśnie kupowałam jeden, tylko droga aplikacji była różna. A.: To prostuję… Z.: Ale to był jeden i ten sam. I znalazłam i tam było napisane, że on jest dobry dla plemników, że je odżywia i że im robi autostradę. A.: Tak, tak dokładnie. Z.: Autostradę! A.: A w związku z tym ja miałam problemy z tym, to zależało mi na tym aby ten płodny śluz się zwiększyła – jego ilość, albo żeby się w ogóle pojawił. W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe Z.: Masz jeszcze coś – na co wydawałaś hajs – na swojej karteczce? A.: Taaak. Mam hajs NA ZDROWE JEDZENIE. I zdrowe jedzenie po prostu – wybieranie, może nie tyle, że wydawałam hajs, bo i tak musiałam jeść coś, więc wybierałam sobie (pamiętam, że) sałatki (tak mi się kojarzy), że robiłam bardzo dużo sałatek. A też pamiętajcie o tym, że nie byłam świadoma podczas starań, jak ta dieta powinna propłodnościowa wyglądać i to dopiero po jakimś czasie zmieniłam żywienie na takie bardziej propłodnościowe. Natomiast ono i tak uważam, że na obecny stan mojej wiedzy, no miało szansę zadziałać, natomiast nie wykorzystałam całkowicie tego co wiem teraz. O! Pamiętam jak robiłam sobie sałatki z łososiem (tym takim podłużnym z Biedry), takie mam wspomnienia swoje, że kupowałam sałatki i robiłam sobie tego łososia – pamiętam, że wydawałam… właśnie to nie było wydawanie, to było zastępstwo czegoś np. tej bułki, którą zazwyczaj sobie brałam na drugie śniadanie. To takie rzeczy robiłam. Pamiętam też, że już wspominałam, że na endometrium miałam taką fazę, że wyczytałam, że orzechy są dobre – i one są dobre, bo źródła witaminy E, wykazano, że witamina może wpływać pozytywnie na endometrium. Natomiast kilo pistacji zjedzonych z czerwonym winem – myślałam, że na to endometrium podziała, to nie był dobry wybór. No właśnie – taki miałam punkt. A Ty Zosia wydawałaś na zdrowe jedzenie? Z.: Jeśli chodzi o zdrowe jedzenie to ja mam też taki podpunkt i mam go w sumie rozbity dwojako, bo wydawanie kasy na zdrowe jedzenie jest jak najbardziej pro. Pamiętam to z przeszłości, że jak przerzucałam się na taką skrajnie zdrową dietę, jak wjeżdżał ten Zosin zafiksowany taki, że o Boże, nie było mowy na wypicie smoothie, tylko to smoothie musiało być po prostu odrąbane w kosmos. A.: Z jarmużem i kurkumą? Z.: Dokładnie. Bez trzech superfood`sów smoothie to się nie zalicza do smoothie pro płodności. To to. I bym chyba powiedziała tylko, bo w ogóle wydawanie kasy na zdrowe jedzenie, na jedzenie ekologiczne, organiczne jest jak najbardziej OK i bardzo do tego probsuje i zachęcam dzisiaj. Akurat tego bym nie zmieniła. Tylko zmieniłabym raczej taki poziom “zafiksowania na…”, czyli zastanowiłabym się, czy wydawanie kasy na te superfoodsy, które dodaję i np. przez ten superfoods, który łatwo jest zastąpić czymś innym co Ci smakuje, ale ten jeden superfoods dodany do posiłku sprawia, że on jest okropny i wmuszasz go w siebie i czujesz, że z każdym kęsem masz ochotę coraz bardziej zwymiotować, ale jesz, bo superfoods tam jest, i wydałaś na niego w ciul siana, i musisz jeść, a przecież on Cię przybliży do (ciąży). To może o to bym zmieniła, czyli ten poziom zafiksowania – bo naprawdę da się to zrobić mądrzej. Plus mam tutaj – jeśli chodzi o jedzenie w trakcie starań – to mam też wypisaną “dietę pudełkową” na którą szły wtedy moje pieniądze. Ta dieta pudełkowa trwała trochę i była z różnych źródeł. Bo wiecie po kilku miesiącach jedzenia z jednego źródła, nie dało się już przetrawić tych posiłków. I tu bym też dała taką gwiazdkę może? No bo niektóre z tych diet pudełkowych, były po prostu głupie. Bo wiesz, jak zjadłam śniadanie, które (powiedzmy) było w miarę normalnie, a na drugie śniadanie miałam po prostu małą buteleczkę świeżo wyciskanego soku i koniec. No to sory, nie zrobiłabym dzisiaj tego w ten sposób. To była np. dieta z niskim indeksem – jak dieta z niskim indeksem? Więc to tutaj to było jakieś rozwiązanie, ale jednak. Ok, gdybym miała dzisiaj wydawać na dietę pudełkową to bardzo bym nie chciała, żeby ona była skomponowana tak jak wtedy tamta dieta pudełkowa. Czyli też tak jak z suplementami – nie wrzucajmy wszystkich diet pudełkowych do kosza, ale akurat tamte nie były (powiedzmy) turbo jakościowe. Więc tutaj mam podpunkt “superfoodsy – mądrze bym postąpiła”. A.: Dajmy sobie też prawo do bycia niemądrymi. To jest bardzo takie uwalniające. Wybaczajmy sobie błędy i wiedzmy, że cały czas będziemy je popełniać bo jesteśmy tylko ludźmi. Ale czy zdrowe jedzenie…no wydawałaś na to hajs? Z.: No wydawałam. Pamiętam np… A.: Bo gotowałaś bardzo dużo i te soczewice tutaj… tutaj gdzie Zosia kiedyś mieszkała. Z.: Siedzimy w tym miejscu gdzie te soczewice były gotowane. To prawda. A.: Dokładnie. To cisnęłaś. Z.: To prawda, ale te soczewice, to tam nie wspominam tego traumatycznie. Raczej traumatycznie zakupy wspominam właśnie z kilkoma porcjami łososia. To wtedy było takie “kurde, obiad z łososiem!”, który się jadło często, potrafiło szarpnąć budżetem moim. A.: No tak. Z.: To było drogie żarcie. A.: Z takich droższych rzeczy uważam, to łosoś i orzechy włoskie. Na ten moment to są na ten moment dość – droższe rzeczy. Natomiast też dużo rzeczy jest (a propos tego budżetu i zarządzania tym zdrowym jedzeniem) jest też kasza chociażby. To są produkty, które… nie wiem ile jest teraz kasza dokładnie chodzi- 3,99 zł duże opakowanie kilogramowe? Więc kasze, siemię lniane. Kiedyś robiłyśmy nawet taki mailing z tymi tańszymi produktami, które mogą wspierać płodność właśnie, żeby zachęcić Was do tego, żeby spróbować, bo to nie znaczy, że ta zmiana żywienia (oczywiście nie wiem, jak wygląda Wasze dotychczasowe żywienie i na co wydajecie pieniądze) może wiązać się z tym (też nie chcę oceniać wszystkiego, natomiast chcę pokazać), że w tej płodnej diecie są fajne produkty, które są niskobudżetowe. Z.: Plus, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, bo czasami takie trochę mylne poczucie daje pierwsze zrobienie zakupów płodności. Kiedy ten koszyk – kiedy w ogóle musisz uzupełnić zasoby swojego domu w płodne produkty po które będziesz sięgać i wiadomo, że jak kupujesz jednorazowo te orzechy, czy tego łososia, czy np. oliwę – litr dobrej jakości oliwy – to te pierwsze zakupy są droższe. Ale przecież nie zużyjesz tego litra oliwy do następnych zakupów. A.: Czy nawet kilograma kaszy gryczanej. Z.: Czy tych orzechów, bo bierzesz ich po prostu kilka do porcji, więc to tak się rozkłada relatywnie. Później te koszty się po prostu rozkładają na każde posiłki i to może dawać takie mylne poczucie, że to jest po prostu bardzo drogie, a tak naprawdę zużycie tego litra oliwy zajmie Wam dużo czasu. A.: I też jeżeli chcecie zobaczyć jak np. wyglądają nasze diety i zobaczyć jakie to są składniki to na naszym NEWSLETTERze otrzymacie po zapisie darmowe dwie diety dla kobiety i mężczyzny, które też są takim naszym też wkładem właśnie dla tych z Was, którzy chcą spróbować, chcą zaoszczędzić, a my chcemy żeby właśnie Wasza płodność poszybowała w górę. To tak prezencik od Akademii. Z.: I zobaczycie sobie czy tam są super wymyślne superfoodsy, czy jednak superfoodsy, które są dostępne i może nawet nie wiedzieliście, że część z nich to superfoodsy. WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca? Ok, to zamykamy temat jedzenia i wydawania kasy na jedzenie w trakcie starań, czy jeszcze coś do jedzenia byś dodała? A.: Tak… nie, do jedzenia już… to też chcę powiedzieć, że to był taki na przestrzeni tych wielu miesięcy, całego okresu starań, to jedzenie to też nie kupowałam sobie codziennie łososia, bo ono różniło się, wśród nich były też przyjemności. I podczas starań, były też PRZYJEMNOŚCI – nazwijmy to przyjemnością (ja tutaj sobie zaznaczyłam w takim kółeczku, bo to nie do końca były przyjemności, tylko ja bardzo chciałam odciąć sobie myśli różnymi rzeczami podczas starań. Wygospodarowliśmy w Naszym budżecie lekcję języka angielskiego, które miałam niedaleko – dwa budynki obok mojej pracy. I to było takie kuszące, bo to było nieopodal i nie musiałam czasu poświęcać na dojazdy. Lekcje języka angielskiego trzy razy w tygodniu – to było coś, na co wydawałam kasę, ale to też półrocznie wydawałam, bo płatność była albo z góry na rok, może nawet rocznie, że płatność była za cały rok, albo za pół roku. Więc to było coś, co było takim – musiało być ujęte w budżecie i moje studia, które miały też za zadanie odciąć moje myśli. I tak sobie marzyłam, że jak nauczę się angielskiego i skończę studia pielęgniarskie, to po prostu kiedyś uciekniemy z tego miejsca naszego gdzie mieszkamy i od tych całych starań. Dlatego poszłam na te studia, wyobrażałam sobie, że po prostu, że wyjedziemy i ja ze studiami pielęgniarskimi znajdę zawsze pracę, i potrzebny jest mi język angielski, a w międzyczasie doszło do tego też, że uczyłam się angielskiego i studiowałam jeszcze inny kierunek związany z żywnością (swoją drogą), i że pojadę sobie na Erasmusa, że już tak miałam dość tych starań i zrobię sobie przerwę na tym pielęgniarstwie, zostawię te starania, zostawię pracę i po prostu wyjadę sobie na Erasmusa, a że mój mąż zawsze powtarzał, bo On zawsze marzył o tym Erasmusie to bardzo mnie wspierał, mówił, że jakoś sobie damy radę z tym wszystkim. Chociaż powiem Wam szczerze, że teraz sobie myślę o tym – pół roku na Erasmusie w Hiszpanii – nie wiem, nie wiem – dość szalony pomysł to był. Już nie wiedziałam (co robić), moim zdaniem to była taka ucieczka po prostu, bo gdzieś indziej bolało mniej. Na Erasmusa nie dostałam się, bo złożyłam podanie późno – znaczy dzień po, w dniu komisji, w której już nie wzięli pod uwagę mojego podania, co jest smutne – Kartagena czekała. Z.: Widzisz, tak miało być Kochana. Wiesz co, może byś teraz jakąś inną Sophie (Zosię) znalazła tam. A.: Nie no nie żałuję tego, pomysły i ogromne marzenie o zostaniu mamą, a tutaj w końcu przyszła – to tylko było po to – ja już miałam dość po prostu. Ja już miałam dość tego wszystkiego, ja już chciałam (i tak mieliśmy wspólnie) zrobić sobie przerwę, bo żyć w tym kołowrotku, gdzie sen jest tylko odpoczynkiem od starań. Tylko sen. I to i tak nie (zawsze), bo jak mi się śniło coś związane z staraniami to nie (odpoczęłam). Ja już po prostu dłużej nie mogłam, więc szukałam tego jakiegoś ujścia wszystkiego. Ale przyznaję, że było to dość szalone, a mój mąż mówił, że to super pomysł – będzie przyjeżdżał. Z.: Słuchamy nie oceniamy. Słuchamy nie oceniamy, tak miało być, życie zadecydowało, że jednak nie wyjechałaś na Erasmusa Kochana. Po prostu słuchamy nie oceniamy… A.: Dokładnie. Z.: Nie mogę zostawić innego komentarza w tym miejscu. A.: Po prostu miałam dość i tyle – wszystkiego. Z.: To ja akurat bardzo czaję ten vibe (klimat) i może w takim właśnie dojściu do ściany też bym wyrąbała na Erasmusa, tylko wiesz, teraz oceniam to z perspektywy aktualnej. A.: Wiesz, wszystko sobie przeliczyłam, to mi się wszystko zgadzało: jakieś było stypendium, chciałam iść tam do pracy. Z.: Wszystko się zgadzało. Tam się wszystko zgadzało. A.: Tam się wszystko zgadzało. Finansowo też to się musiało zgadzać. Finansowo też szły wszystkie pieniądze leczenie, więc taki Erasmus – wyjazd przy tym wszystkim, to była wręcz oszczędność w porównaniu do tego ile to wszystko kosztowało nas. W każdym razie moja ucieczka się nie udała, ale zaznaczyłam sobie… nie, najpierw zadam Tobie Zosiu pytanie, czy Ty wydawałaś na przyjemności? Z.: W ogóle nie mam takiego podpunktu tutaj, co nie znaczy, że nie wydałam. Natomiast jak robiłam sobie rekonesans na to, na co szedł mój hajs podczas starań, w ogóle nie przyszło mi do głowy “wydawanie hajsu na przyjemności” – w ogóle. I teraz musiałabym się zastanowić na co wydawałam… Pod koniec zaczęłam podróżować, sobie kupiłam te podróże, które się nie odbyły, bo byłam w ciąży, ale to była taka turbo-turbo końcówka tych starań. Właśnie chyba po dojściu do ściany na zasadzie “a co jeśli nigdy się nie uda? To moje życie zawsze będzie tak wyglądać, czy to będzie kolejny rok w którym nigdzie nie wyjadę?”, i to był właśnie ten moment, kiedy masz jeszcze pieniądze na koncie, wchodzisz na stronę linii lotniczych i rezerwujesz lot na zasadzie “jak tego nie zrobię teraz, to tego nie zrobię nigdy”. A jak on (lot) się zbliży, to będziesz musiała się jakoś zorganizować. I tak porezerwowałam te loty… A.: Na którym ja również byłam… Z.: Jednym z tych szalonych wyjazdów, tak. A.: Zosia mistrzem kupowania tanich biletów. Z.: Już miałam w ogóle taki kalendarz w tym domu roczny i tam było rozpisane już – tu z Anią, tu z mężem, tu z Jackiem, moim bratem. A.: Tu z mamą byłaś. Z.: Tu z mamą, dokładnie. Tam już było grubo po rozpisywane. A.: Nawet na Zosi instagramie znajdziecie sobie przypiętą relację, która nazywa się “PROJEKT ŻYĆKO”. Z.: Tak. I PROJEKT ŻYĆKO się urodził właśnie na jednym z takich wyjazdów. A.: Możecie zobaczyć (tam) ten piękny, taki prawdziwy obraz właśnie PROJEKTU ŻYĆKO, który urodził się z tego wyjazdu, gdzie Zosia powiedziała: STOP. Przyjemności, no ja z takich przyjemności też nie miałam, bo angielski wcale nie był dla mnie… ciężko powiedzieć, czy to była przyjemność, czy po prostu jakiś taki cel nowy w głowie. No bo to był cel – nauczę się w końcu angielskiego, bo zawsze marzyłam, żeby się go nauczyć. To był inny cel niż posiadanie dziecka, niż zajście w ciąże. Ale słuchajcie, też było tak, że siedziałam nad tym angielskim i myślałam sobie o staraniach i musiałam siebie pilnować, żeby momentami wracać tam. Natomiast nie żałuję tego, to zawsze było coś wyrwanego, ale nie z taką intencją, że o to jest coś dla mnie i ja tam się rozkoszuje tym. Nie. Myślę, że to też mogło być na takiej spinie. Fajnie, że było, bo mogło nie być. Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA Dobrze, mam takie pytanie: czy żałujesz czegoś, na co nie wydałaś pieniędzy? Bo ja mam taką jedną rzecz podczas starań. Z.: Yyyyy nie wiem, bo w ogóle o tym nie myślałam w ten sposób, bo ja mam tutaj jeden taki punkt z którego jestem dumna akurat, że na to wydałam (pieniądze), chociaż wydając je wtedy w ogóle nie zauważyłam, że to jest aż tak istotne. A.: Dobrze mów, bo pewnie to będzie pewnie mój na który, żałuję, że nie wydałam. Z.: Ja napisałam TERAPIĘ. A.: A ja mam napisane, że żałuję, że nie wydałam na terapię jako już osoba, która spojrzała na to z perspektywy (czasu). Z.: To ja mam tutaj wypisaną terapię – to była terapia indywidualna, terapia małżeńska, tam zahaczały jeszcze na rodzinną, bo musiałam na kilka spotkań stawić się z rodzicami, osobno oni sami musieli pójść, więc to było takie szerokie koło terapii. I jak to zaczęłam, to mi się wydawało, że to jest gruby hajs i że on jest nie potrzebny, tak szłam na nią na zasadzie: ok, odwalcie się, zrobię to, ale nie widziałam w tym większego sensu, a teraz jednak widzę, że to były wspaniale wydane pieniądze i to bym zrobiła na pewno jeszcze raz – nawet zapłaciłabym za to więcej. A.: Ja mam z podpunktów, że żałuję, że nie poszłam na terapię bo myślę, że mogłaby być bardzo, bardzo potrzebna… w sensie ona była bardzo potrzebna, natomiast, żałuję, że nie skorzystałam z tego, nie spróbowałam nawet, zobaczyć, czy mój komfort życia (się poprawi). Pamiętam taki moment kiedy mi się nie chciało wstawać z łóżka i jeżeli to cokolwiek by mogło mi pomóc, to po prostu byłoby cudowne. To by mnie być może w jakimś tam sensie pozwoliło się uwolnić od bycia tym depresyjnym naleśnikiem, którego ja tak używam – takiego sformułowania, a kto wie, może byłaby potrzebna jakaś zaawansowana terapia. Nie tylko terapia z terapeutą, a może coś więcej, co pozwoliłoby mi przetrwać ten czas, ale to są tylko takie dywagacje moje. Natomiast żałuję, że nie poszłam na terapię, patrząc ile ona dobrego może wnieść w życie także staraczek, które piszą nam, że ona pozwala po prostu przetrwać im. Z.: To jest gruby kaliber. Pokrywa się z dwóch źródeł: Ty żałujesz, że nie poszłaś, a ja poszłam i nie żałuję, że poszłam, wręcz zauważama coraz więcej plusów tego, a wtedy ich nie zauważałam. A.: No właśnie. Z.: Ja zostałam wypchnięta na terapię, idąc – wykopana na nią, na kopach i jestem wdzięczna, że ktoś to zrobił. Z drugiej strony też… terapia jest bardzo trudna. To jest bardzo trudne i ja też szłam tam po to, żeby usłyszeć to czego chciałam, a okazało się – że nie, trzeba włożyć ciężką pracę, która Cię kosztuje bardzo dużo, wychodzisz stamtąd, chce Ci się drzeć mordę, nienawidzisz tej baby i dopiero po czasie do Ciebie wraca, że to Ty musisz odwalić robotę całą. I to jest zajebiście trudna praca: rozdrapywanie ran z przeszłości, to jest próba zrozumienia dlaczego jesteś takim człowiekiem a nie innym, co na to może wpływać, jesteś taka bardzo wyczerpana w trakcie tego. Na terapię moim zdaniem też trzeba iść z konkretnym założeniem, właśnie takim, że to nie jest easy game (łatwa gra) i że to nie jest tak, że tam siądziesz i przez godzinę za pieniążki włoży do głowy “jak teraz masz myśleć”. To Ty masz utorować sobie nowe myślenie, więc też fajnie było być na to gotowym i przygotowanym, że to naprawdę ciężka praca. Twoja praca i nikt za Ciebie tego nie zrobi. Ktoś Cię może tylko skierować na właściwe tory ale to jest w Twoich rękach. A.: Gdybym zadała Ci pytanie podczas starań, czy warto iść na terapię, co byś odpowiedziała? Podczas starań… Z.: Ale byłabym już bym była po terapii, czy jeszcze bym jej wybrała. A.: Ty jesteś w trakcie tej terapii… Z.: Jestem w trakcie chodzenia na te zajęcia? A.: Tak chodzisz na te zajęcia… Z.: Ja nie wiem Stara, bo jak byś mnie zapytała w momencie, w którym nienawidzę mojej terapeutki, to bym Ci powiedziała: “k* w życiu, żadna Twoja złotówka nie jest warta tego, żebyś się czuła tak jak teraz”. Ale zapytałabyś mnie tydzień później, ja już może bym była pokornym Zosinem i bym stwierdziła: “może ona nie jest głupia ta baba, może ja ją oceniłam za surowo i może to jednak właśnie nie będzie tak Zosinku, jak Ty sobie wyobrażałaś, że pójdziesz, pani Ci powie, “a wie pani Zosiu trzeba myśleć TAK…” A.: Pani ma rację… Z.: Pani ma rację, oni są głupi, pani jest mądra, ona jest głupia, jak mogła pani tak powiedzieć – 50 złotych…ta jeszcze, żeby to było 50 złotych… A.: Tak 50 złotych… Z.: W marzeniach. Ale jak już tu rozpisujemy sobie terapię marzeń. Nie wiem co bym Ci odpowiedziała. Jak byś trafiła na mnie po terapii i na takiego wk*ionego Zosina, to bym Ci powiedziała uuu… A.: Ale ja pamiętam Ciebie w trakcie tej terapii. Ja pamiętam Cię. Z.: Nigdy więcej ta stopa nie postanie, przecież ja wychodziłam i mówiłam: ostatni raz, to był ostatni raz kiedy w ogóle tutaj weszłam do tej głupiej baby. Potem do tej “głupiej baby” odesłałam tyle ludzi, którym ta “głupia baba” pomogła. A.: Taka ciekawostka – razem z Zosią nawet byłyśmy u tej Pani doktor (ma doktorat), byłyśmy razem jak sobie tutaj też musiałyśmy ogarnąć we dwie różne rzeczy i notorycznie odsyłamy tak naprawdę całe nasze rodziny. Z.: Duża już jest ta pajęczyna, która jest łączona przez jedną teraputkę naszą. A.: Ta pajęczyna też pomogła naszej terapii małżeńskiej – w sensie nie moją z Zosią, tylko mojemu małżeństwu Z.: Twojemu małżeństwu też. A.: Mojemu małżeństwu, gdzie to był naprawdę ktoś kto, poszanowanie miał w oczach mojego męża chociażby, bo nie każdy terapeuta też na takie (zasługuje). Taką dygresję Wam tutaj wtrące, bo decydując się na terapię małżeńską trafiliśmy do terapeuty, który totalnie no nie przypadł nam do gustu i szukaliśmy kogoś innego, kogoś z większym doświadczeniem, bo po prostu jesteśmy takimi ludźmi, kogoś kto zjadł zęby (że tak powiem) na takich problemach małżeńskich i zdecydowaliśmy się właśnie pojechać – wrócić tam gdzie byłyśmy my z Zofią z naszą terapią małżeńską, do tej pani doktor. Ona po prostu ułożyła – znaczy ułożyła, my sobie ułożyliśmy, ale Ona pokierowała właśnie nas odpowiednio. Mój mąż był przeciwnikiem, że to nie jest potrzebne nam, natomiast ja chciałam spróbować, bo open mind (otwarty umysł) mocno. I słuchajcie skończyło się tak, że od tego czasu minęło już wiele lat, a mój mąż potrafi w rozmowie wspomnieć terapeutkę, że wtedy to się wszystko zmieniło. Nawet w tamtym tygodniu mi to powiedział, jak sobie rozmawialiśmy kiedy się to wszystko uspokoiło, ta relacja, że już się tak dotarliśmy po tych wielu latach i mówił, że wtedy właśnie ta terapia otworzyła mu oczy. Z.: W skrócie: DOBRA TERAPIA Z MĄDRYM TERAPEUTĄ jest przezajebistym prezentem, który możecie sobie dać sami sobie na całe życie. Zrobicie to w trakcie starań, ale to będzie procentowało dalej w Waszym życiu – więc totalnie TAK. Nie zrażajcie się, bo może tak być że pierwszy terapeuta, drugi terapeuta, trzecia terapeuta to nie będzie Wasz człowiek, to nie będzie Wasz vibe, i nie zrażajcie się też, że będziecie wychodzić z tego gabinetu i będziecie sobie myśleć: głupia baba, nigdy więcej do niej nie wrócę… A.: Albo po co to wszystko? Z.: “Głupie babsko, nigdy więcej tu nie przyjdę, moja złotówka już nigdy nie pójdzie na jej chleb”, a potem wracacie, pieniążki w ząbkach, proszę bardzo tu na chlebek – ja mam do przegadania to i to. I to jestem ja na przykład. A.: Bo zaprocentowało i było warte. Podsumowując Nasz podcast… Z.: No dobrze, możemy zrobić A.: A jeszcze masz coś? Z.: Mam, kurcze ale w sumie to już jest mniej istotne, bo ta terapia to taka już jest gruba klamerka. A.: Kaliber na zakończenie…? Z.: Z tym bym wolała zostawić ekipę do przemyślenia. A.: Pewnie tych rzeczy było o wiele więcej, które zostały być może pominięte. To też dajmy sobie na to miejsce. Jak zakończyć to mądrze? Z.: Ja bym dała ludziom zakończyć. My po prostu skończmy to, a niech Oni zostaną sobie ze swoimi myślami i pomyślą czy wydawanie kasy, i dysponowanie tym budżetem, który mamy jest rozsądny, i mądry czy warto przekierować środki procentowo trochę inaczej na przykład. Dajcie sobie czas, być może za jakiś czas… (czy jeszcze raz użyjemy słowa “czas” w jakimś zdaniu?) dojedziecie do innych wniosków, ale pomyśleć zawsze warto. Z tymi refleksjami zostawiamy Was do kolejnego podcastu. Miłego tygodnia. A.: Miłego Artykuł #098 – Na co wydawałyśmy hajs podczas starań pochodzi z serwisu Akademia płodności.

Showing 1–20 of 28 episodes